Autor tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autor zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autor bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczny, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

piątek, 6 lipca 2018

#81 – „Zbrodnia w miasteczku” – Rozdział 13

Rozdział 13
Nieszczęśliwcy”

Marcela Ramírez po cichu przekroczyła próg drzwi wejściowych. Przysiadła na drewnianej ławeczce i przymierzała się do zdjęcia butów. Zgrzytnęła zębami, gdy uświadomiła sobie, że na stopach ma pantofle, te same, w których zwykle chodziła po domu. Wstanie okazało się być trudniejsze, niż się tego spodziewała. Bezskutecznie spróbowała tego aż trzy razy. Za czwartym w końcu się udało. Niemiłosiernie kręciło jej się w głowie od wypitego u Elsy wina.
Mogłaś wrócić jeszcze później – skomentował Miguel. W jednej dłoni trzymał szklaną butelkę, a w drugiej ścierkę do wycierania naczyń.
Marcela odpowiedziała na zarzut męża złośliwym uśmieszkiem, a po chwili dodała:
Nie muszę wcześnie wstawać, więc mogłabym zostać nawet do rana.
I czemu nie zostałaś? – dopytywał. Wyglądał na znudzonego. Wsparł się na futrynie drzwi prowadzących do kuchni.
Hadrian Alarcon – odpowiedziała niewyraźnie. Chwiejnym krokiem ruszyła na przód. Mijanego męża poklepała po ramieniu i weszła do kuchni. Stamtąd przeszła od razu do pokoju, gdzie kanapa była już rozłożona do spania. Nie miała siły, by zdjąć z siebie sukienkę, więc tę noc postanowiła spędzić w ubraniu.
Miguel przyjrzał się trzymanej w dłoni butelce. Oglądał ją kilkakrotnie i z każdej strony pod światłem lampy naftowej. Butelka nieustannie wydawała mu się być brudną. Zdecydował się więc pozostawić ją, ale używać co najwyżej w formie naczynia na wodę, która niezbędna będzie do przedłużenia żywotności jakiegoś zielska. Wiedział, że jego żona kochała kwiaty, choć nie miała do nich ręki. Nigdy nie hodowała doniczkowych. Co najwyżej kupowała ich za dużą ilość od miejscowej kwiaciarki.
Westchnął i odkładając butelkę do szafki kuchennego kredensu, przekonywał samego siebie:
Jeszcze dwa dni, góra trzy, może tydzień.
Miguel miał nadzieję, że żona w końcu pogodzi się z utratą pracy. Wiedział, że nie mogą oboje pracować, gdyż jego rodzice byli coraz starsi i nie mogli zajmować się wnukami każdego dnia, a dzieci były jeszcze za małe, by zająć się same sobą. Taka sytuacja miała się utrzymywać jeszcze przez co najmniej kilka lat.
Nie będę przepraszał za konieczność – powtarzał szeptem. – Nie będę. Nie będę. Nie będę – warczał przy końcu, pragnąc jedynie nie dać się złamać.

Sylvia, leżąc na łóżku, tuliła do siebie Antonia. Głaskała czule przepocone włosy syna i szeptem starała się go uspokoić.
Nie możesz tak płakać. Rozchorujesz się – powtarzała zmartwiona.
Chłopiec w odpowiedzi jedynie pociągał nosem, nieustannie powtarzając jedno słowo – boli. Wzbudzał w ten sposób w matce poczucie winy, choć nie robił tego specjalnie.
Sylvia starała się nie płakać, ale łzy same cisnęły się do jej oczu.
Mamo, Clara bardzo płacze! – krzyknął Jacopo i tym oderwał matkę od pocieszania Antonia. Sprawił, że kobieta musiała pozostawić syna, by móc zająć się dwójką młodszych dzieci.
Zeszła po schodach i od razu porwała małą na ręce. Uznała, że nie warto jej przewijać, że lepiej przygotować kąpiel. Z dziewczynką na rękach zabrała się za podgrzewanie wody w dużym garnku, by potem przelać ją do dużej, blaszanej miski. W tym pomógł jej Jacopo, choć z początku obawiała się powierzyć chłopcu to zadanie. Martwiła się, że może się sparzyć.
Dlaczego od niego nie odejdziesz? – zapytał wprost ciemnowłosy chłopiec i w chwili, gdy matka wrzucała brudną pieluchę siostry do pełnego wody wiaderka, on zajął się rozpinaniem koszuli młodszego braciszka. – Dlaczego, mamo? – dopytywał, czochrając kręcone blond włosy Mattea.
Chłopczyk zaśmiał się, ale jego dobry humor nie udzielił się nikomu z obecnych. Mama ciągle była smutna, siostra płaczliwa, a brat przygnębiony.
Sylvia z początku nie chciała odpowiadać na pytanie syna. Nie wiedziała jak ma to uczynić. Jedyną słuszną odpowiedzią, odpowiednią dla dwunastolatka, wydawało jej się powiedzenie „kocham”, ale w takich sprawach nie umiała kłamać, a miłości do męża nie była pewna. Jacopo jednak nieustannie pytał i nie dawał się zbyć słowami „To są sprawy dorosłych”.
Mam dwanaście lat. Jestem prawie dorosły – powtarzał. – Zrozumiem – zapewniał.
To mój mąż.
Pani z baru też kiedyś miała męża, ale już nie ma.
Wiem o kim mówisz. – Spojrzała na Jacopo, a później ponownie skupiła swój wzrok na córce. Umyła jej krótkie włoski szarym mydłem i spróbowała je spłukać w taki sposób, by woda nie naleciała do małych, błękitnych oczek. – Nie jestem jak Helena. Nie rozwaliłabym rodziny z kaprysu.
Jacopo zamilkł. Zajął się rozbieraniem brata, podczas gdy ich matka wycierała siostrę i zakładała jej suchą pieluchę. Kiedy nakazywał Matteo, by wszedł do wody po Clarze, nie zwracał uwagi na mamę, na jej zamyślenie.
Już kiedyś rozwaliłam rodzinę – uświadomiła sobie w myślach Sylvia. – Twoją rodzinę – dodała bezgłośnie, spoglądając przy tym na Jacopo.
Sylvia ostatnio coraz częściej zastanawiała się nad tym co by było, gdyby kilka razy w życiu postąpiła zupełnie inaczej. Wiedziała, że wystarczyłaby jedna odwrotna decyzja, by historia miała zupełnie różny od obecnego bieg.
Mogła nie zgodzić się na zamieszkanie z wujostwem i przebywać w przytułku aż do osiągnięcia pełnoletności. Mogła wyjechać do szkoły z internatem, a nie wybrać tę najbliższą miejscu zamieszkania. Mogła nie zgodzić się na współżycie z żonatym mężczyzną. Mogła nigdy nie powiedzieć mu o ciąży i pozbyć się problemu, tak jak to radziły koleżanki. Mogła nie odbierać Glorii Jacopo, mogła poprzestać jedynie na odebraniu jej męża. Mogła, mogła, mogła... Nie uczyniła tak jak mogła. Uczyniła tak jak chciała i za tę chęci przyszło jej dźwigać obecny krzyż.
Chodzi o pieniądze? – zapytał nagle Jacopo. – Helena ma bar i restaurację, a ty nie.
Tak, finanse, to też jakiś powód – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Była zbyt zmęczona, by szukać w głowie wymówek.
Ja mógłbym iść do pracy. Antonio za jakiś czas też – przekonywał. – Moglibyśmy wszyscy wyjechać – stwierdził, przyglądając się siniakom, ciągle widocznym na pupie i nogach czterolatka.
To nie tak, Jacopo – szepnęła Sylvia. – Nie da się uciec od dorosłych decyzji – dodała, patrząc głęboko w oczy chłopca. Były identyczne jak oczy Glorii. Jego włosy także były równie ciemne co jej. Ją jednak szczerze nienawidziła, a jego nie potrafiła nie kochać.

Hadrian powrócił do domu trzeźwy, co zdziwiło Camilę. Babcia Clary zamiast cieszyć się z trzeźwości męża wnuczki, to była tym faktem szczerze zaniepokojona. Jej zdaniem jeśli mężczyzna wracał w środku nocy podpity, to była nadzieja, że czas spędził w barze, jedynie ze swoimi kompanami od kieliszka czy kufla piwa. Zaś jeśli powracał on o tak późnej porze trzeźwy, to istniało duże prawdopodobieństwo, iż wraca od innej kobiety.
Gdzie byłeś tak długo? – zapytała wprost.
Hadrian mógł skłamać. Miał świadomość, że Camila nie sprawdzi jego prawdomówności, ale pomimo tego zdecydował się na całkowitą szczerość.
Najpierw w sklepie. Później u Pedro. Alicia nadal się nie odnalazła.
Zaginęła? Narzeczona Rivery?
Nie wiem czy nadal są narzeczeństwem... czy kiedykolwiek tak naprawdę nim byli. – Wzruszył ramionami i podtrzymując się jedną dłonią komody, podniósł nogę i zabrał się za rozsznurowywanie butów. – Później byłem u Elsy.
U Elsy?
Tak i nie, nie zdradzam Clary. Nie potrafiłem.
Mam ci w to uwierzyć? Byłeś u... i nic?
Alarcon zaśmiał się, ale w dziwny, nieco bolesny i jednocześnie kpiący sposób.
I nic – odparł. – I nie, nie musisz mi wierzyć. Możesz sobie myśleć co tam chcesz. – Odłożył buty na wycieraczkę i wyminął kobietę. Udał się do kuchni. – Obiecałem, że naprawię kran – przypomniał, gdy po spojrzeniu za siebie zauważył zdziwione spojrzenie.
Najpierw ukląkł i rozsunął firankę, a następnie wyjął spod zlewozmywaka wiaderko pełne wody. Bez trudu znalazł przeciekającą zawleczkę. Szczerze ucieszył się, że to tylko nieszczelna zawleczka, a nie pęknięta rura, bo na wymiany nie byłoby go w tym miesiącu stać. Zresztą, w obecnym miesiącu nie było go na nic stać, pomimo że ten dopiero się zaczął. Mężczyźnie ciążyła zaginiona wypłata, choć serce bardziej tęskniło za portfelem. Dostał go od żony bez okazji, bo nie chciała, by nosił pieniądze luzem lub w białych kopertach. Nigdy nie podobał jej się ten zwyczaj u bogaczy, tym bardziej, że byli to ludzie, których przecież było stać na skórzane dodatki. Przyuważyła, że bogaci zwykle nawet nie noszą pasków, bo spodnie mężczyzn trzymały się głównie na szelkach, zaś kobiece torebki, to zazwyczaj były kopertówki, noszone pod pachą lub na delikatnym łańcuszku.
Hadrian, którego głowa owładnięta była wspomnieniami, za mocno poruszył trzymaną w dłoni zawleczką i woda, która dotychczas powolutku, spokojnie kapała, nagle trysnęła.
Cholera! – zaklął, uświadamiając przy tym samemu sobie, że nigdy nie był dobry w pracach domowych i zwykłe przybicie gwoździa stanowiło dla niego nie lada problem.
Wycierając podłogę starym, dziurawym prześcieradłem, pocieszał samego siebie, że naprawianie zlewu, to przynajmniej praca, która nie odbywa się na wysokościach. Hadrian bał się wysokości i nawet na stabilnie postawionej drabinie trzęsły mu się nogi. Ostatni raz znajdował się ponad metr nad ziemią, gdy zawieszał portret ślubny.
Trochę w lewo i daleko wyżej – mówiła wtedy Clara, stojąca na podwiniętym dywanie.
Jak będzie w lewo, to nie da się wyżej! – krzyknął zbulwersowany tym, że robota, która miała mu zająć dosłownie dwie minutki, przedłużała się w nieskończoność i trwała już blisko pół godziny.
Dlaczego się nie da? – zdziwiła się.
Bo nie jestem koszykarzem! – wrzasnął. – Nie sięgnę – dopowiedział, podając tym samym powód w znacznie konkretniejszy sposób.
Jak zejdziesz z drabiny i nieco ją przesuniesz, to sięgniesz – zapewniała wtedy czarnowłosa Clara.
Jak zejdę z drabiny, to już na nią nie wejdę.
A to niby dlaczego? Boisz się? Naprawdę się boisz? – nie dowierzała i dopiero wtedy dostrzegła jak jej świeżo upieczony mąż zaciska zęby i ze wszystkich sił stara się powstrzymać drżenie nóg. – W takim razie zejdź. Sama sobie poradzę. – Przejęła od niego płótno oprawione w drewnianą, rzeźbioną ramę i przyjrzała się uważniej swojemu wizerunkowi. – Nie mam czasami krzywego nosa? Myślisz, że to światło tak padało, czy że...
Masz przecież do cholery lustro! – ryknął. – Zamiast siebie podziwiać, powiedz mi w końcu gdzie mam przybić tego cholernego gwoździa – powiedział rozkazującym tonem.
Teraz to już nie wiem, bo jak mi podałeś ten obraz i przestałam patrzeć na ścianę, to każde miejsce na niej wydaje się być takie samo – stwierdziła spokojnie, z miną niewiniątka.
Hadrian zagryzł zęby i kilkakrotnie nimi zazgrzytał, a następnie rozpoczął odliczanie.
Rozpoczynasz zabawę w chowanego czy starasz się może w ten sposób uspokoić? – dopytywała, wchodząc pod drabinę, na której stał.
A jak sądzisz? – Spojrzał w dół i przez to o mały włos, a utraciłby równowagę.
Sądzę, że jesteś bardzo nerwowy. Naprawdę, bardzo szybko się denerwujesz. I to niesłusznie.
Jak za moment... – przemilczał kilka wyrazów i dopowiedział – to będziesz miała niesłusznie.
Co?
Nic. Gdzie? – warknął i wskazał obiema dłońmi na ścianę, a sekundę po tym chwycił się oburącz drabiny i głęboko nabrał powietrza.
A mógłbyś przyłożyć ten obraz jeszcze raz?
Nie – odpowiedział szeptem. Chwycił za młotek i gwóźdź, które spoczywały w wiaderku zawieszonym na rogu drabiny. Dokończył robotę, więcej nie pytając Clary o zdanie.
Będzie za nisko – skomentowała.
Daj – polecił, wychylając się po obraz.
Będzie za nisko – powtórzyła, chowając portret za swoje plecy.
Clara, daj.
Jeśli poprawisz – trwała przy swoim.
Poprawię, z pewnością poprawię, ale po twoim ojcu.
Co chcesz poprawiać po moim ojcu?
Twoje wychowanie. – Zszedł z drabiny i wyrwał portret z jej rąk. Postawił go na komodzie, opierając o ścianę. – Niech sobie stoi – powiedział zadowolony z siebie.
A ten gwóźdź? Będziemy mieli dziurę w ścianie? – dopytywała i wykrzywioną twarzą okazywała pełne niezadowolenie.
Poczeka na utratę mojej cierpliwości.
Będziesz się na nim wieszał? – zgadywała.
Nie. – Sięgnął do szuflady komody, w której Clara trzymała ulubione szale. Wyjął jeden z nich, o ładnej, miętowej barwie i wyciągnął dłonie po żonę. Szarpnął za jej nadgarstki.
Środek szalu sprawnie opętał wokół gwoździa, zaś krańce zawiązał na przegubach drobnych dłoni.
Powinno mi się to podobać? – dopytywała, stojąc przy ścianie z rękoma mocno uniesionymi w górę.
Tobie nie musi. Mnie będzie – oznajmił, szybko odstawiając drabinę i jeszcze szybciej podciągając spódnicę żony.
Nie jesteś normalny, wiesz o tym?
Nigdy nie byłem. Gdybym był nie byłoby nas.
Nie zdążyła mu nic odpowiedzieć, gdyż włożył język do jej ust, głęboko, dotykając niemal gardła.
Nie dziś! – krzyknęła kiedy tylko przestał ją całować. – Nie dziś! – krzyczała coraz głośniej, próbując się uwolnić z prowizorycznych, ale jednak mocnych więzów. – W dzieciństwie byłeś, kurwa, marynarzem czy co?! – spytała podniesionym tonem, nie kryjąc przy tym swojego zirytowania.
Co? – zapytał zdziwiony.
Nie dziś – odpowiedziała.
Spojrzał głęboko w oczy żony i nie spuszczał spojrzenia, jednocześnie, bardzo powoli, padając na kolana. Złożył pocałunek najpierw na jej kolanie, następnie tuż nad nim, a później na udzie, bardzo blisko kobiecości.
Nie dziś? – zapytał. Uśmiechał się w taki sposób, by nie mogła tego dostrzec.
Nie dziś – powtórzyła, choć by to zrobić wcześniej musiała stoczyć walkę z własnym pragnieniem. – Nie chcę dzieci, jeszcze nie – wyjaśniła kiedy wstawał z kolan. – Jest za duże prawdopodobieństwo, wiesz? – tłumaczyła, nie chcąc by się na nią obraził.
Rozumiem – odparł.
Spojrzała w górę na swoje obwiązane nadgarstki.
Mógłbyś...?
Oczywiście. Tylko najpierw... coś zjem.
Nie. Hadrian! Nie odwracaj się plecami! Słyszysz!? Hadrian! – nawoływała, kiedy znikał za drzwiami. – Ratunku! – wrzasnęła na całe gardło i nie minęło pięć sekund, a ponownie zobaczyła Hadriana.
Przestań – syknął cicho. – Wiesz co sobie sąsiedzi pomyślą?
Pomyślą coś o wiele gorszego jeśli mnie nie rozwiążesz. Nie przestanę krzyczeć – uprzedziła.
Zawsze musisz wygrać? – zapytał, zabierając się do rozsupływania więzów.
Zawsze – odpowiedziała. – I nie rób tak nigdy więcej – dodała śmiertelnie poważnie.
To były żarty, Clara. – Zaśmiał się z niedorzeczności jej powagi.
Nieważne. Nigdy nie odwracaj się plecami kiedy cię wołam. – Wymijając, trąciła go ramieniem. – I zawieś w końcu ten obraz. Nie może stać na komodzie. W końcu któreś z nas go potrąci i będzie po nim.
Obraz wspomnień rozmazał się. Hadrian powrócił do rzeczywistości, w której Camila mówiła mu, że wcale nie musi naprawiać tego zlewozmywaka dzisiaj, bo przecież nie jest jej wcale tak pilnie potrzebny.
Możesz się położyć spać, wnusiu, pewnie jesteś zmęczony.
Nie aż tak, by zasnąć – odpowiedział i wyjął spod stołu skrzynkę z narzędziami, która nigdy nie miała stałego miejsca. Zawsze odkładał ją gdzie indziej, najbliżej miejsca, w którym akurat dokonywał jakieś naprawy.
Bezsenność w twoim wieku? – nie dowierzała.
Wyjął fragment jakiegoś materiału i postanowił nim uszczelnić rury. Położył się pod szafką i zabrał się do roboty.
Camila przysiadła na taborecie nieopodal. Wsunęła dłonie do kieszeni fartucha.
O coś tyś się tak zdenerwował?
Odpowiedziało jej milczenie. Powtórzyła więc pytanie, sądząc, że Hadrian mógł go nie usłyszeć. Mężczyzna jednak wciąż nie odpowiadał.
Ja byłam przeciwna, wiesz? Przeciwna waszemu ślubowi. Uprzedzałam cię, że moja wnuczka to nie jest typ żony i matki. Próżno teraz to zmieniać. O wiele za późno.
Podniósł się do siadu. Uczynił to o wiele za szybko. Uderzył głową w spód szafki i zaklął siarczyście.
Przestań – warknął na Camilę. – Nie chciałem niczego zmieniać. Wiedziałem z kim się wiążę. Wiedziałem jaka jest. – Przyłożył dłoń do bolącego czoła i wyczuł jak guz rośnie.
Więc dlaczego? Co się takiego wydarzyło?
Nic – odparł krótko, bardzo nieuprzejmie.
Z powodu niczego mogłeś zrobić jej krzywdę. To matka twoich dzieci.
Idź spać, dobrze? Środek nocy jest – zauważył, spoglądając na zegar wiszący na ścianie.
W moim wieku, to już się cierpi na bezsenność – odpowiedziała i dalej drążyła temat.
Nie ustąpisz, prawda? – Położył się ponownie pod szafką. Dokończył oplątywanie rury materiałem, a później połączył ją z inną za pomocą uszczelki.
Napatrzyłam się kilka lat na waszą miłość. Widziałam jak się rodzi, wbrew wszystkim i wszystkiemu. Teraz widzę jak umiera i po prostu ciężko mi w to dać wiarę.
Nawet pomniki z twardego spiżu upadają. Tak mawiał Horacy.
Kto? To jakiś twój kolega?
Kiedyś oberwałem przez niego od ojca. Mocno żeśmy się wtedy zaprzyjaźnili. Chyba nigdy nie zapomnę tego wiersza. Naprawione, dobranoc.
Jakiego wiersza? – pytała Camila samej siebie.

Arturo powrócił do domu zaraz po oszacowaniu zniszczeń jakich dokonał pożar. Był pewny, iż było to podpalenie, gdyż spłonęła jedynie wystawa, gdzie akurat nie było żadnego dostępu do ognia. Zastanawiał się czy ma to brać za ostrzeżenie, czy zwykły przypadek, być może jakiś głupi wybryk dzieciaków.
Sylvia czekała na niego w salonie. Mała Clara spała w drewnianym łóżeczku, które nieustannie stało na samym środku.
Zdjął i odwiesił wcześniej zupełnie rozpiętą, mocno okopconą koszulę. Bez słowa przeszedł do kuchni, gdzie przemył twarz chłodną wodą.
Nawet na mnie nie spojrzysz? – usłyszał za swoimi plecami głos żony.
Nie mamy o czym rozmawiać – odpowiedział, sięgając po ścierkę, która zwykle służyła do wycierania naczyń.
Po przedstawieniu jakie urządziłeś na oczach naszego syna...
Twojego syna – przerwał jej nagle, ale niezwykle pewnie. – To twój syn, twoje dzieci. – Niedbale wzruszył ramionami.
Co z zakładem? – zmieniła temat, zdając sobie sprawę z tego, że w ten dzień już niczego u Arturo nie wskóra.
Mój zakład, moja sprawa. Twoje dzieci, twoja sprawa.
O co ci teraz chodzi? – zapytała. Była zmęczona i było to po niej widać.
On natomiast był wściekły, bo za dużo się ostatnio działo i odnosił wrażenie, że już nad wszystkim utracił panowanie.
Jesteś mą żoną. Możesz ode mnie liczyć na dalsze utrzymanie, także tych dzieci, ale na nic więcej. Nadal będę tutaj jadał i spał. Ty będziesz spełniała obowiązki żony, ale nawet nie próbuj się do mnie odzywać. Nie mamy już o czym rozmawiać.
Sylvia słuchała w dużym skupieniu, ale pomimo tego odnosiła nieustanne wrażenie jakby się przesłyszała. Nie wierzyła własnym uszom.
Coś ty powiedział?
Wybrałaś Antonia – stwierdził i podszedł do żony na tyle blisko, że dzieliły ich ledwie cztery centymetry. – Nie będę więcej wpływał na jego zachowanie. Wychowuj go sama. Ich wszystkich. – Nie mówiąc nic więcej, odszedł w kierunku sypialni.
Sylvia z wrażenia usiadła przy kuchennym stole. Wsparła łokcie na kraciastym roboczym obrusie i złapała się za głowę.
Oszaleję – stwierdziła szeptem. – Albo już to się stało – dodała, kiedy do jej uszu dotarło pukanie w parapet.
Wstała, chcąc się upewnić, że to żaden ptak czy kot. Otworzyła okno i zdziwiła się, widząc nietypowo ubraną Adelaidę. Kobieta miała na sobie koszulę nocną, wciągniętą w męskie spodnie i buty do jazdy konnej.
Furtka była otwarta – oznajmiła szybko. – Jest tutaj Marcos? – zapytała jeszcze szybciej. W jej oczach Sylvia dostrzegła panikę i najprawdziwszy strach.
Pokręciła głową.
Nie – odpowiedziała i nim zdążyła zapytać o coś więcej, Adeli już nie było w zasięgu jej wzroku. Kobieta wsiadła na konia i ruszyła dalej, na poszukiwania syna.

Adelaidę po odwiedzeniu rodziców wszystkich kolegów Marcosa, zawitała pod dom brata męża. Długo stałą przed furtką, nim w końcu chwyciła za sznur i nim poruszyła, wprawiając tym dzwon w ruch.
Czarny pies zaszczekał i w sekundę znalazł się przy furtce. Wyszczerzał na kobietę białe zębiska, a ślina ściekała mu z pyska ciurkiem.
Adela cofnęła się o dwa kroki i gdy tylko dostrzegła światełko lampy, to ochoczo zamachała.
To ja – odezwała się głośno, ale nie krzyczała. Nie chciała zbudzić mieszkających w najbliższej okolicy.
Ty? – zdziwił się Hadrian kiedy już dostrzegł z kim ma do czynienia. Odciągnął psa i nie otwierając furtki, zapytał: – Z ojcem gorzej?
Marcosa nie ma – odpowiedziała z wyczuwalną w głosie paniką. – Nie zauważyłam kiedy wyszedł.
Może jest w domu. Mógł się zapodziać w tych wszystkich korytarzach i salonach.
Myślisz, że tego nie sprawdziłam!? – wrzasnęła. – Cała służba go szukała wraz ze mną. Nie ma go w domu ani w ogrodzie. Jestem tego pewna!
Hadrian przełknął gorzką ślinę – pozostałość po pitym wcześniej alkoholu.
I przychodzisz z tym do mnie?
A gdzie mam iść? Jesteś policjantem, tak?
Tak, ale nie mam dzisiaj dyżuru.
Jesteś bratem mojego męża. Zaginął twój bratanek. Liczyłam na to, że mi pomożesz.
A czy ty mi kiedykolwiek pomogłaś? – spytał wprost.
Nigdy nie prosiłeś mnie o pomoc.
Z pewnością byś odmówiła – stwierdził, świadomy tego jak ostro brzmią jego słowa.
Dobrze. Żałuję, że tu przyszłam. – Odwróciła się plecami i zaczęła wsiadać na konia, gdy nagle usłyszała skrzypnięcie furtki.
Zejdź – polecił Hadrian, dotykając kobiecego, szerokiego biodra. – Sprawdzę jedno miejsce, ale sam.
Dlaczego sam? – dopytywała, a jej wzrok wyrażał znacznie większe przerażenie niż do tej pory. – Dlaczego sam!? – krzyknęła do dosiadającego konia szwagra.
Hadrian nie odpowiedział. Ruszył w stronę rzeki, tam gdzie stała stara, opuszczona chata – miejsce, w którym znaleziono trupa. I choć nigdy nie miał do czynienia z seryjnym mordercą, to wiedział, że tacy zazwyczaj dokonują powtórek. Wybierają więc podobne ofiary lub te same miejsca dla swoich zbrodni.

***

Ten rozdział miał być znacznie dłuższy i nosić tytuł „Sekret malinowej sukienki”. Ten sekret jednak postanowiłem zostawić Wam na później. Poza tym przyznaję się szczerze, że chciałem opublikować jakikolwiek fragment tej powieści, gdyż nie było mnie jakieś pół roku i zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z Was czeka na kontynuację.
Jeśli są jakieś błędy, to przepraszam. Jutro jeszcze raz wszystko przejrzę, poprawię i opublikuję kolejny rozdział.
Tymczasem chciałbym Was prosić o udzielenie odpowiedzi na trzy pytania:
1. Czy Marcos będzie kolejną ofiarą seryjnego mordercy, a jeśli nie, to co takiego stało się z chłopcem?
2. Zmieniliście nieco zdanie o Miguelu (to ten co zabronił żonie pracować)?
3. Co myślicie o zachowaniu Arturo? Zachowuje się trochę jak obrażony chłopczyk czy świadomy manipulator?