Autor tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autor zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autor bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczny, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

wtorek, 12 lutego 2019

#95 – „Jabłka i śniegi” – Rozdział 1

Najcenniejszy dar”

Cyntii wydawało się, że wiele wie o miłości. Czytywała o niej książki i wiersze. Wielokrotnie widywała ją na obrazach. Pełne niej były sztuki i pieśni. Miłość kojarzyła jej się z czymś pięknym i dobrym. Matka i ojciec wydawali się być szczęśliwym małżeństwem. A w rodzinie nie było żadnego miłosnego skandalu. Czasem tylko służba plotkowała. Niejedna pokojówka nie chciała biednego rzemieślnika i wybierała być utrzymanką jakiegoś jegomościa. Zaś zwykli chłopcy, choćby synowie kucharki, chadzali do tawern na bitki i kurwy. Cyntia tylko raz odważyła się powiedzieć o tym matce. Chciała zapytać o miłość; dlaczego ta jej znana jest inna od tej znanej służbie. Użyła jednak słowa „kurwy” za co rodzicielka wymierzyła jej policzek. Więc od matki nie dowiedziała się niczego. Wtrącił się do rozmowy ojciec. Ujął odpowiedź w krótkie zdanie: „biedni kochają inaczej”.
Cyntia drążyła temat. Była ciekawa. Jednak dorośli milczeli, zbywali ją, kłamali w żywe oczy. Jedynie stara Lukrecja, zamieszkująca samotnie dużą willę w środku lasu, zdecydowała się na powiedzenie dziewczynce prawdy.
Miłość zrozumiesz dopiero wtedy, gdy jej doświadczysz, moje dziecko – rzekła i z uprzejmością zaproponowała Cyntii herbatę. – Lubisz z mlekiem? Z mlekiem, to moja ulubiona.
Słowa Lukrecji się ziściły. Cyntia poznała miłość. Różne jej oblicza. I już nic nie było takim jakim wydawało jej się być na obrazach, w sztukach, książkach.
Kiedy pierwszy raz miłość jej się przytrafiła była młodą i piękną damą, mającą nieco ponad metr w kapeluszu. Krążyła dumnie w okolicach pobliskiego sadu. Miała nienagannie białą, skrojoną na miarę suknię ze srebrnymi zdobieniami. Kroczyła pewnie i kobieco, choć jeszcze dziecięco i tak bardzo niewinnie. Trzymała w rękach książkę – swoją ulubioną – o chłopcu, który nie potrafił dodawać. Usiadła pod dużym drzewem, rzucającym spory cień. Otworzyła książeczkę i wpierw przeczytała dedykację. Kochała swego ojca z wielu powodów, także za prezenty jakie jej dawał, za to, że zawsze przy niej był kiedy tylko zapłakała lub go wezwała oraz, za dedykacje. Dedykował jej wszystko co tylko mógł. Na każdym prezencie zaznaczał datę i dodawał coś od siebie.
Na pierwszej stronie książki, którą Cyntia miała w dłoni, widniało: „Dla mojego Aniołka, którym zawsze będę się opiekował”. Dziewczynka zaczytała się i kilkakrotnie prześledziła dedykację ciepłym, zielonookim spojrzeniem. I wtedy wystraszyły ją szmery. Poczuła cudzą obecność za plecami. Odnosiła wrażenie jakby ten ktoś się skradał, zbliżał się, już był tuż, tuż. Odskoczyła zlękniona i ujrzała... chłopca. Najprawdziwszego, o głowę od niej wyższego.
Cześć, jestem Willy. Co porabiasz? – zapytał i uśmiechnął się ciepło, pomimo braków w uzębieniu. W tamtym okresie gubił ostatnie mleczaki. Odgarnął kruczoczarne włosy z oczu, przeczesując je palcami. Nie były długie, ale grzywka opadała na czoło i momentami wpadała do oczu. Strasznie mu tym dokuczała.
Czytam – odburknęła Cyntia. Nie chciała się zaznajamiać. Matka zawsze jej mówiła, by unikała obcych.
Umiesz czytać? – zdziwił się chłopiec i podszedł bliżej.
Dziewczynka na powrót oparła się o konar drzewa i rozpoczęła czytanie od początku.
Chłopiec zerkał jej przez ramię i nie dawał za wygraną.
Co tu pisze? – zapytał i wskazał palcem na dedykację.
Jest napisane – poprawiła go. – To bardzo osobiste – wymądrzała się. Zatrzasnęła przed nim książkę. Wtedy sobie przypomniała słowa ojca, mówiące o tym, by nie była dla innych niemiła ani co do nich uprzedzona i przede wszystkim, by bawiła się ze wszystkimi dziećmi, bez wyróżnień, nawet z dziećmi służby. – Jestem Cyntia – przedstawiła się.
William – odparł. Potarł o spodnie wewnętrzną część, brudnej od piasku dłoni i dopiero podał ją dziewczynce, sadowiąc się wygodnie obok niej. Rozpromienił się.
Ile masz lat? – zapytała z czystej ciekawości.
Prawie jedenaście – pochwalił się dumnie.
A ja tylko dziewięć – posmutniała. – Ale za to umiem czytać – wymądrzyła się znowu.
A umiesz zrobić tak? – dopytywał. Nie zamierzał jej wyjaśniać, postanowił pokazać.
Wspiął się na drzewo pod którym siedzieli, zerwał dwa dorodne jabłka i wrócił na ziemię.
Trzymaj – podzielił się z nią.
Też mi coś, każdy tak zrobi – stwierdziła. Nigdy nie potrafiła przyznać się do niewiedzy czy braku jakiś zdolności. W tej dyscyplinie jednak nie miała żadnych szans, zwłaszcza z Williamem. Żałośnie podskakiwała przy drzewie, ale nie mogła dosięgnąć gałęzi. Miała też za krótkie rączki, by objąć konar i się po nim wspiąć. W końcu ze zdenerwowania wymierzyła kopniak drzewu. – Ała! Wszystko przez ciebie! – krzyknęła w stronę Williama.
Ja nic nie zrobiłem – stwierdził pewny swego. Schylił się, wziął z okładki książki jabłko i ponownie podał je dziewczynce.
Właśnie, że zrobiłeś. Umiesz coś czego ja nie umiem! – wykrzyknęła. – Naucz mnie tej sztuczki – zażądała, przejmując od niego owoc.
Cyntia oczami wyobraźni już widziała jak brat i siostra zazdroszczą jej nowo nabytych umiejętności. Nie lubiła swojego rodzeństwa. Martin miał trzynaście lat i swój marynarski świat. Marzył o tym, by zostać kapitanem. Natomiast jedenastoletnia siostra ciągle się stroiła i wyprawiała przyjęcia dla lalek, których nie kazała Cyntii dotykać. A wszystko przez to, że Cyntia kiedyś, przez całkowity przypadek, jedną upuściła i lalka z porcelany się potłukła.
Mogę cię nauczyć, ale co za to dostanę? – zapytał Willy.
Mogę ci zapłacić. Mam kilka monet w mojej nowiutkiej torebeczce.
Nie potrzebuję pieniędzy. Na co miałby je wydać? – wyjawił, mrużąc oczy.
Cyntia w odpowiedzi wzruszyła ramionami.
Na co tylko będziesz chciał. Choć na wiele nie wystarczy – dopowiedziała smutno. – Bardzo chcę się nauczyć wspinać – wyjawiła ze łzami w oczach.
Więc naucz mnie czytać – zażądał twardo, jakby nie przyjmował odmowy.
Cyntia nigdy wcześniej nie słyszała u innych dzieci takiego tonu. I już miała wytknąć Williamowi, że nie w taki sposób rozmawia się z kobietami, gdy przypomniała sobie o drzewie, jabłkach, wspinaczce.
Dobrze, nauczę. – Pozornie się rozpromieniła. Czytanie było czymś, co mogła mu ofiarować i z początku zdawało jej się, że nie będzie ją to wiele kosztowało. Miała w planach uwinąć się raz dwa.
Umowa? – upewniał się. W jego życiu było zbyt wiele niespełnionych obietnic. Matka od miesięcy obiecywała mu nowe buty, ojciec całą tytkę karmelków, a pani Montenegro podwyżkę jego najbliższym. Ugryzł jabłko trzymane przez ten cały czas w dłoni i czekał na to aż Cyntia powie coś co pozwoli mu jej zawierzyć.
Ona ugryzła swoje.
Umowa – odpowiedziała i zaproponowała zamianę owocem.
To wtedy pierwszy raz poczuł namiastkę smaku jej ust na swoich ustach.

***

Cyntia i William, jako dzieci, spotykali się regularnie, co sobotę. Dziewczynka kłamała rodzicom, że idzie na spacer do kapliczki. Ojciec nawet żartobliwie upominał, że pragnąłby mieć z jej strony wnuków. Nie chciał, by córka w przyszłości zamknęła samą siebie w zakonie i poświęciła w ten sposób całe swoje życie. Życie bez wolności było dla niego równe śmierci.
Julian Montenegro często gdybał o przyszłości swych dzieci. Martina widział w roli spadkobiercy, Julię w ramionach prawdziwego intelektualisty, zaś Cyntię wolną niczym ptak. Była dla niego ptakiem. Najbarwniejszym. Zwłaszcza, gdy przywdziewała tę kolorową sukienkę, którą specjalnie dla niej nakazał uszyć i kręciła się w kółko, wirując w ten sposób po całym salonie.
Martha miała nieco inne zdanie od męża. Postawiła sobie cel, by wychować córki na dobre żony. Na takie, które mogłyby zdobywać prośby o rękę od najzamożniejszych dżentelmenów. Martha niczego nie pragnęła bardziej niż pomnożenia majątku. To była sprawa jej ambicji.
Ojciec mógł być spokojny – Cyntia nie miała w planach przywdziewać habitu. Matka także nie musiała się martwić – dziewczynka chciała kiedyś wyjść za mąż, otrzymywać od ukochanego prezenty, późnymi wieczorami grywać z nim w karty i urodzić mu dzieci.
Po latach spotkań z Williamem, to w nim Cyntia upatrywała się miłości. Był dla niej tym jedynym. Tym, który nauczył ją wspinać się po drzewach, grać w karty, a nawet pływać. Nagość ciał zanurzonych po szyję w niegłębokim jeziorze była dla Cyntii tym, czym dla innych młodych kobiet bal debiutancki. Przeżyła to wewnętrznie, niczym największe z katharsis. Choć wtedy. pomiędzy nią a Williamem, doszło jedynie do niewinnego, pełnego ciepła pocałunku.
Cyntia była pewna Williama, a on zdawał się być pewny jej. Znali się niemal na pamięć. Dorosłym, pochłoniętym problemami codzienności, zapewne wydałoby się to być głupie, ale Cyntii imponowało, że William wiedział ile ma pieprzyków na karku. Ona zaś wszędzie rozpoznałaby go po chodzie. Słyszała miliony razy jak kroczył. Kroczyli wspólnie, często spacerowali.
Młodzi jednak nigdy wzajemnie nie odwiedzali się w domu. W ciepłe dni spotykali się w sadzie lub przy jeziorze, zaś w chłodne skrywali się w starej willi, ukrytej w środku lasu. Ich młodzieńcza miłość rozkwitała na oczach starej Lukrecji. To ta kobieta częstowała ich herbatą i wysyłała do miasta po zakup sporego kawałku ciasta, tak by wystarczyło dla nich troje. Zazwyczaj był to wiedeński tort, Cyntii ulubiony.

***

Lukrecja opowiadała panience Montenegro o biedzie i ciężkiej pracy. Williama zaś uczyła manier i zasad dobrego wychowania. Dziewczynce przekazywała chłopską mowę, zaś przy chłopcu cytowała poezję.
Mój... ulubieniec, mej kuzynki syn, kocha poezję – napomknęła pewnego razu.
Musi być wrażliwym człowiekiem, jeśli dostrzega w niej piękno – stwierdziła Cyntia i tu z pogardą spojrzała na ukochanego.
William szczerze nie znosił poezji. Nie rozumiał jej. I nigdy nie wiedział co autor miał na myśli używając tych wszystkich metafor oraz porównań.
Niekoniecznie. Może kiedyś – mawiała Lukrecja, wspominając Héctora. Wydawała się być smutna kiedy o nim opowiadała. Momentami bardzo melancholijna. Z pewnością zawiedziona.
Kiedy panią odwiedzi? Chętnie go poznam – oznajmiła z uśmiechem Cyntia i rozpoczęła rozglądać się po salonie w poszukiwaniu jakiegoś zdjęcia mężczyzny. Czyniła to na próżno. Lukrecja nie była sztucznie sentymentalna i swego ulubieńca nosiła w sercu, miast wieszać go na ścianach.
Héctor wyrył się we wspomnieniach ciotki jako uśmiechnięty, psotny chłopczyk. Pragnęła zapomnieć obraz zgorzkniałego i zapijaczonego mężczyzny.
Będzie tej wiosny? – dopytywała Cyntia. – Wiosną ma pani urodziny – pamiętała.
Przyjdziemy z kwiatami. – Uśmiechnął się William. – I tortem – dopowiedział, nabierając na widelczyk malutki kawałek. Nie lubił jeść w taki sposób jak czynili to wielcy państwo, ale dla Cyntii się zmuszał. Wiedział, że w jej oczach byłoby źle widziane, gdyby wziął ciasto w dłoń i pożarł je z użyciem dwóch ugryzień.
Oby nie – powiedziała Lukrecja, czym zaskoczyła swych rozmówców. – Wy dwoje, ty i Tito, nigdy nie możecie się spotkać. Moglibyście się polubić, a to byłby śmiertelny grzech.
Tito? – zdziwiła się, bo ów zdrobnienie nijak pasowało jej do ciężkiego, męsko brzmiącego imienia. – Jest ode mnie dużo starszy? – zaczęła dopytywać, świadomie chcąc w ten sposób wzbudzić w Williamie zazdrość.
Dobrych kilkanaście lat – odpowiedziała Lukrecja. – Wasze spotkanie to grzech. Powtórki, które świat nosi i wkoło toczy, powtarzając je, znając z góry zakończenie.
Cyntia nie rozumiała słów starej kobiety. Uważała, że miesza się jej w głowie wraz z przybytkiem lat i białych włosów. Obawiała się, że ją też kiedyś może spotkać taki los – powolne umieranie w samotności. I w tamtym momencie Cyntia znielubiła Héctora nim go poznała. Winiła go za nieobecność. Jej zdaniem powinien być przy bliskiej mu osobie, gdy tą dopadały choroby starczego wieku. W oczach Cyntii, Héctor winny był ciotce opiekę i godziwe warunki.
Mężczyzna warunkami faktycznie się zajął. Zaraz po wiośnie przewiózł Lukrecję do domu spokojnej starości, gdzie opłacił prywatną pielęgniarkę. Poczynił to tak prędko, że ta nawet nie zdążyła się pożegnać ze swymi młodzieńczymi przyjaciółmi.
Poinformuj ich chociaż gdzie jestem, niech listy piszą – poprosiła, ciężko dysząc. – Nie, nie informuj jej. Nie waż się jej nawet oglądać – dopowiedziała z trudem łapiąc powietrze.
Niech się ciocia zastanowi. To mam ich...
Nie! Nigdy! Sprzedaj dom, jest twój. Sprzedaj i wyjedź! – zażądała, histerycznie krzycząc. Pchnęła go, pomimo tego, że leżała na łóżku. Wyglądało to tak, jakby chciała go wyrzucić, przegnać, skłonić do powrotu do Hiszpanii.
Héctor nie posłuchał ciotki. Był bowiem mężczyzną, który nie nawykł do okazywania posłuszeństwa nikomu, zwłaszcza kobietom. Zaczął odnawiać dom. Rozpoczął od oświetlenia. Mrok, lampy naftowe i świece zdawały się go przerażać na tyle, że wolał już istną ciemność, niż pozorną jasność.

***

W okresie późnej jesieni, w sadzie pełnym jabłek, Cyntia opowiedziała Williamowi o skandalu, jaki wywołała jej siostra. Julia urodziła syna. Było to dziecię bez ojca. Przywiozła je z podróży statkiem, a rodzice zaczęli się o tę sprawę wykłócać i wzajemnie przerzucać winą.
William starał się jak mógł, by Cyntię pocieszyć. Mówił, że z nimi będzie inaczej. Obiecywał wspólne, lepsze życie.
Cyntia mu wierzyła. Nie wątpiła w jego chęci. Wiedziała jednak, że ich miłość jest trudna.
Gdybym była mężczyzną, a ty córką ogrodnika, to nie byłoby problemu. Byłbyś moją utrzymanką. Ludzie krzywo by się patrzyli, ale w końcu zaakceptowali. Tak jak stary Nathan, co ma żonę i trzy córki, ale z Anną z miasteczka aż dwóch synów. Powiła bliźnięta. Żona przymyka oko na to, że jej mąż śle tam dary, pieniądze i swój czas. Całkiem sporo swego czasu – wyjaśniła smutno.
Nie chciałbym tak. Nie chcę być kobietą co się sprzedaje i dzieli z inną ani być bogatszym, a ciebie zubożyć, by zrobić z ciebie mą dziwkę. Chcę być twym mężem – oznajmił twardo, równie pewnie co przed laty, gdy oczekiwał od niej, że nauczy go czytać.
Bez słowa prośby i gestu padnięcia na kolana, wcisnął Cyntii na palec pierścionek, który przed laty, jako mały, ledwie trzynastoletni chłopiec, otrzymał od starej Lukrecji. Wielokrotnie miał okazję go sprzedać i było ku temu wiele powodów. Nigdy jednak się na to nie zdecydował. Ten pierścionek od początku przeznaczony był dla tej jedynej. Właśnie dla niej. Dla Cyntii. W głębi duszy William wiedział, że opowieści o wspólnym, lepszym życiu, to tylko bajki. Był świadomy tego, że ten pierścionek, otrzymany od starszej kobiety, będzie najcenniejszym co Cyntii ofiaruje w całym swoim życiu.
Mylił się. Ofiarował jej coś znacznie cenniejszego. Bezcennego.
Ofiarował jej bicie serca pod jej własnym sercem.


Rozdziały uległy modyfikacji i, przede wszystkim, skróceniu. Postanowiłem dodawać je częściej, ale w takiej formie, by zazwyczaj poruszały jeden wątek i nieśmiało, skrycie, rozpoczynały kolejny.
Mam nadzieję, że bez problemu wychwyciliście główny wątek, ale też, że zauważyliście ten kolejny.
A tak dla zaciekawienia i też nieco dla zrelaksowania, zapraszam Was do zapuszczenia sobie muzyczki z YouTube (Trailer – Cyntia i William). Uważnie obejrzyjcie ten krótki spojler i koniecznie napiszcie co o nim myślicie.
Pozdrawiam i „Paulinka” naprawdę się pojawi. Prawdopodobnie w środę, ale możliwe, że już jutro. Zobaczymy.