Autor tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autor zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autor bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczny, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

poniedziałek, 12 listopada 2018

#91 – „Paulina” – Rozdział 58

Dla rodziny”

Tomasz przeprosił. Od lat już tego nie robił. Można by nawet rzec, że wyszedł z wprawy. Dawniej tym podobne gesty przychodziły mu z łatwością. Teraz miał z nimi problem. Wynagrodzenie dzieciom tego co widziały było proste – zabrał ich do kina, później bawialni, McDonaldu. Z Pauliną było trudniej. Znacznie trudniej. Zdecydował się zadziałać w nocy, kiedy dzieci już spały. Przygotował kolację ze świecami, zamówił kwiaty, ofiarował żonie złotą bransoletkę. Paulina otrzymała więc od niego to co zawsze pragnęła dostawać od mężczyzny – zaangażowanie. Na powrót poczuła się kochana i rozpieszczana. Każda kobieta lubi się tak czuć.
To nie była twoja wina – zaczął. – To mogło się zdarzyć nawet gdybyśmy w domu byli oboje.
Nie powinnam pić – przyznała. – Ale ja nie wypiłam dużo. Po prostu bolała mnie głowa i jeden drink mnie dobił – naumyślnie skłamała, gdyż dobrze pamiętała, że drinki były dwa.
Masz... – przez chwilę się zawahał. Spuścił głowę. – Masz z tym problem? – zdecydował się w końcu zapytać.
Szybko pokręciła głową.
Coś ty? – zaśmiała się i zbliżyła kieliszek do ust. Smak wina ją usatysfakcjonował. Było wytrawne, ale nie aż tak cierpkie. Smak wina ją też rozweselił, rozluźnił. – Mogę nie pić – zapewniła. – Nie muszę pić – dodała, jakby chciała przekonać samą siebie.
Tomek przyjął to do wiadomości. Zaufał żonie. Poza tym doszedł do wniosku, że Paula pije z powodu bycia nieszczęśliwą, a to nieszczęście on spowodował.
Wszystko będzie inaczej. – Wstał i podszedł do komody. Otworzył szufladę. Wyjął katalogi biur podróży. – Dokąd chciałabyś pojechać? – zapytał. – Tylko we dwoje, sami. Rozmawiałem już z Natalią i Agatą. Zajmą się dziećmi. Twoja mama też pomoże. Odpoczynek nam się przyda. Obiecuję, że się zmienię. Wrócę do spotkań z psychologiem. Wszystko przez te wyjazdy do pracy. Ciebie to stresowało, mnie. To już minęło – obiecywał.
Zamknęła oczy i poczuła łzy pod powiekami. Cisnęły się na zewnątrz tak bardzo, że nie dawała rady ich utrzymać. Nie płakała ze szczęścia, a z własnej naiwności. Wewnętrznie czuła, że to co Tomasz mówi, to tworzenie kolejnej mydlanej bańki, która wcześniej lub później pęknie. Chciała jednak mu wierzyć. Niczego nie pragnęła bardziej jak dać wiarę jego słowom... jak znowu zaufać.
Wybrała Paryż, gdyż to właśnie tam pojechali w pierwszą, wspólną, zagraniczną podróż. Paryż dobrze jej się kojarzył. Nie tylko ze szczęściem i radością, ale także z młodością. Przypomniała sobie poznanie Tomka. Piramidy z cytrusów i papierosów. Balony z helem. Oświadczyny. I mały, drewniany kościółek, w którym przed laty udzielono im sakramentu.
Pięć dni bez dzieci, to zdawało się być to czego im obojgu było trzeba. Wrócili inni. Na powrót byli radośni, w siebie zapatrzeni, ciągle roześmiani. Powrót jednak przypomniał im o tym, że nikt nie ma monopolu na szczęście. Tomasz niemal od razu z lotniska pojechał do pracy. Paulina udała się po dzieci do rodzinnego domu.
Cześć wam! – krzyknęła z samego progu.
Mama, mama! – wykrzykiwały dzieciaki naprzemiennie. Pytały też o ojca, zdjęcia, prezenty.
Wszystko w swoim czasie. Dajcie mi się napić kawy, błagam. – Zerknęła na swoją rodzicielkę. Ta uważnie przyglądała się jej twarzy.
Widzę po siniaku nie ma już ani śladu – skomentowała.
Paulina poczuła się zmieszana i odruchami, takimi jak odrzucenie do tyłu włosów drżącą dłonią, zdradziła swoje zdenerwowanie.
O czym ty mówisz? – spytała wprost.
Iwona chciała powiedzieć coś więcej. Na usta cisnęło jej się naprawdę wiele. Zdecydowała się jednak na:
Niech się dzieci najpierw tobą nacieszą. My później porozmawiamy.
Paulina starała się bawić z dziećmi i wciąż wyglądać na radosną, ale matka nieco wytrąciła ją z równowagi. Nie wiedziała skąd wie, co wie i ile tak naprawdę sama może jej powiedzieć. Po kilku godzinach spędzonych z dziećmi dała im w końcu zapakowane w kolorowy papier, duże puzzle.
Tata ma więcej prezentów w samochodzie. Ja wróciłam taksówką – powiedziała. Obserwowała jak dzieci drą papier. – Możecie zacząć układać, a ja w tym czasie ugotuję wam jakiś budyń. Mamo, masz budyń?! – Wstała z miękkiego dywanu, na którym siedziała razem z dziećmi i udała się do kuchni.
Mam budyń. – Iwona otworzyła szufladę mebli, które przed laty zrobił dla nich Tomasz. Rzuciła opakowanie na stół. Z lodówki wyjęła mleko.
O co jesteś zła? Wygląda jakbyś była zła.
Bo nie tak cię wychowałam – oznajmiła. Zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami.
Paulina sięgnęła garnek i zabrała się za przygotowywanie dzieciom podwieczorku.
Z czym cię znowuż zawiodłam? – zadrwiła.
Przymykałam oczy. Naprawdę długi czas przymykałam oczy, bo przecież nie wezmę cię za kłaki i nie zaciągnę z powrotem do domu. Poza tym nie miałam pewności. Niby skąd miałam ją mieć? Ty się nie skarżyłaś. Dzieci milczały. Poza tym jesteś dorosła. Twoja życie, twoje siniaki, twoja sprawa.
O czym ty mówisz?
Tu są dzieci, Paulina. Ty masz dzieci. W pierwszej kolejności zawsze powinnaś być matką, myśleć o nich.
Myślę o nich – zapewniła.
I pozwalasz by je bił?
Paulina szybko pokręciła głową.
Nie, nie, nie – powiedziała. – Nie rób z Tomka sadysty. Pewnie chodzi ci o to, że klepnął Julka, gdy ten wyjechał na ulicę. Puściły mu nerwy. Każdemu by w takiej sytuacji puściły nerwy.
Na tyle, by dać żonie w twarz?
W pierwszej chwili chciała odpowiedzieć na to pytanie awanturą. Poddała się jednak. Nawet nie podniosła głosu. Przysiadła na krześle, wsparła łokcie na kolanach i schowała twarz w dłoniach.
Ja nie wiem co mam robić – przyznała w końcu. – Gdyby był taki ciągle, gdyby gorzej nas traktował, gdyby pił... wszystko byłoby prostsze. Łatwiej odejść, gdy tak się dzieje. A tak... – Poczuła jak drży. Ciężko jej było złapać oddech. Nie mogła wypowiedzieć już ani słowa. Zaczęła płakać.
Iwona przysiadła na krześle obok córki. Z jednej strony była na nią wściekła, że zgotowała dzieciom taki los. Z drugiej było jej Pauliny zwyczajnie żal. Położyła dłoń na jej plecach.
A co się dzieje?
Uspokoiła się na tyle, by podnieść głowę.
Wszystko było dobrze, gdy chodził na terapię, Tomek ma problemy z agresją przez to jakie miał dzieciństwo. Przez matkę. Czasami mam wrażenie, że widzi ją we mnie i przez to oczekuje bym dzieciom dała wszystko to czego on od niej nie dostał. Całymi miesiącami jest dobrze. Czasami się pokłócimy, ale dziś wszyscy się kłócą, to nic złego.
Nie wszyscy się biją – zaznaczyła Iwona.
My też nie! – uniosła się. – To były sporadyczne sytuacje. Może trzy, cztery razy się zdarzyło – skłamała, mając pewność, że matka ją nie zrozumie, dlatego nie zdecydowała się na powiedzenie całej prawdy. Nie chciała, by rodzicielka przekonywała ją do odejścia od męża. Nie chciała pozbawiać dzieci ojca i dobrego, radosnego, stabilnego finansowo życia.
Uderzył cię raz, to uderzy po raz drugi. Uderzył trzeci czy czwarty, to będzie też czwarty i piąty.
Wiem – zapewniła. – Naprawdę wiem. Dlatego kazałam mu wrócić na terapię. Sama też tam pójdę. Ja nie chcę skreślać tych wszystkich lat i ogólnie dobrego życia przez kilka incydentów. Zrozum, proszę!
Staram się. Cholernie się staram i... nie rozumiem. Nie chcę, by moje wnuki na to patrzyły. Nie chcę, by twój mąż znęcał się nad dziećmi.
Nie znęca się! – Paulina stanęła w obronie Tomka.
To niech to, kurwa, wyjaśni w przedszkolu! W końcu doprowadzicie do tego, że wam dzieci zabiorą!
Nie, nie możliwe – zapewniała samą siebie. – Nie zabiorą! – oznajmiła w taki sposób, jakby to ona o tym decydowała. – Gdy się leczył to wszystko było dobrze. Teraz też będzie dobrze. Pójdę do przedszkola, wyjaśnię – powiedziała, choć sama nie wiedziała jak ma załagodzić tę chorą sytuację.
Na drugi dzień odwiozła Juliana do przedszkola. Wychowawczyni niemal od razu skierowała ją do dyrektorki placówki. Ta zaprosiła ją do gabinetu.
Paula rozsiadła się wygodnie na krześle. Była wypoczęta, zadbana, pewna siebie.
Wiem co mój syn powiedział – zaczęła.
Powiedział, że tata go pobił, że uderzył mamę, że bije jego siostry...
Nie – zaprzeczyła szybko. – To nie jest tak jak Julian to przedstawia. Był zły na ojca, więc...
Kłamał?
Paula straciła na pewności siebie, ale szybko nabrała jej ponownie. Założyła nogę na nogę.
Niezupełnie. Mąż... było kilka tak mocno stresujących sytuacji, że puściły mu nerwy. Jest tylko człowiekiem. Dużo pracuje, mało sypia.
Pani go tłumaczy?
Nie. Myślę, że nawet gdyby był wypoczęty i miał mniej wymagającą pracę, to też puściłyby mu nerwy. Każdemu by puściły, gdyby dziecko uciekło ze sklepu i wsiadło w autobus czy wyszło sobie na ulice, pojeździć po niej na przykład rowerem! – uniosła się.
Dyrektorka była pięćdziesięcioletnią kobietą o czarnych, farbowanych włosach i mocnych, wręcz męskich rysach twarzy.
Gdyby Julek powiedział tylko to, to nawet byśmy panią nie wzywali. Niemal co drugie dziecko przynosi do przedszkola takie rewelacje. Dać klapsa to nie grzech. Pani syn jednak powiedział coś jeszcze. Coś co mocno nas zaniepokoiło.
Co takiego?
Powiedział, że ojciec uderzył panią. Mówił o krwi na podłodze. O tym, że zostali sami w domu, że...
Paula wzięła głębszy oddech.
Tak, ale to była jednorazowa sytuacja. Mąż nie uderzył mnie nigdy wcześniej – skłamała. – Julek wyjechał samochodzikiem na ulice. To ja nie zamknęłam bramy. Tomek właściwie mnie nie uderzył tylko popchnął. Poślizgnęłam się, straciłam równowagę. Rozcięłam sobie głowę. Dzieci zostały same, bo zawiózł mnie na pogotowie.
I pani nadal z nim jest?
To był wypadek. Przeprosił, szczerze żałował.
Paulina podczas trwania tej rozmowy całkiem straciła na pewności siebie. Spojrzała z nadzieją na dyrektorkę przedszkola syna.
Znam pana Bordycha osobiście. Gdyby nie to, pewnie od razu zgłaszałabym tę sprawę dalej. Poukładali sobie państwo już wszystko? – zapytała serdecznie.
Paula poczuła ulgę.
Tak. Oczywiście, że tak. Porozmawiamy z dziećmi. Nie będziemy zamiatali problemu pod dywan. To się stało, ale więcej się nie powtórzy.
Oby, bo niech pani wie, jeśli się powtórzy, to ja będę musiała...
Nie powtórzy się – zapewniła. – To był jeden raz. Nie odejdę od męża i nie rozwalę rodziny przez jeden incydent.
Jeśli będzie drugi, trzeci, czwarty to trzeba będzie mu założyć niebieską kartę. Jeśli pani się na to nie zdecyduje, to my do tego doprowadzimy, dla pani i dzieci dobra.
Paula przytaknęła ruchem głowy na znak, że rozumie.
Dziękuję za troskę, ale naprawdę.... Jesteśmy normalną rodziną. Po prostu nałożyły się na nas różne problemy. Choćby finansowe, długie nieobecności męża, moje przemęczenie... Mąż też miał trudne dzieciństwo. W ogóle to chyba cud, że wyszedł na ludzi, że normalnie założył rodzinę. Porozmawiam z nim. – Wstała, podała dyrektorce dłoń, podziękowała i wyszła.
W domu powiedziała o wszystkim Tomkowi. Ten zdecydował się iść do psychologa, by w razie czego mieć choćby zaświadczenie o leczeniu, tak na wszelki wypadek. Poszedł także do przedszkola. Osobiście porozmawiał z dyrektorką. Zrobił na niej dobre wrażenie.
Dyrektorka nigdzie nie zgłosiła przemocy, inni jej nie zauważali, nawet Iwona zdawała się odpuścić, zajęta problemami starszej córki, która przechodziła przez nastoletni bunt syna. U Pauliny i Tomka zdawało się uspokoić. Uporali się ze wszystkim. Pomogli nawet Natalii i Michałowi ponownie się zejść. Bawili się na ich weselu.