Autor tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autor zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autor bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczny, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

czwartek, 21 września 2017

#56 – „Zbrodnia w miasteczku” – Rozdział 8

Sekrety i kłamstwa”

Arturo Bosca wszedł do sypialni spokojnie. Cicho zamknął za sobą drzwi. Zaświecił lampkę przy łóżku, bo za oknem zaczynało się już robić szarawo. Spojrzał na żonę.
Sylvia leżała odwrócona do niego plecami. Łóżko mieli jednym bokiem dostawione do ściany i to właśnie przy tej ścianie się znajdowała, dotykała jej podkulonymi kolanami.
Teraz płaczesz? Niepotrzebnie, karku ci nie skręcę. – Zasiadł obok. Pochylił głowę i obiema dłońmi chwycił się za potylicę, przeczesał niechlujnie włosy, sprawiając, że stały się bardziej potargane niż wcześniej.
Poruszyła się niespokojnie na tembr jego głosu, choć nie wydawał się być zły, bardziej zmęczony.
Rozumiem, że powiedziałem coś czego mówić nie powinienem, zwłaszcza przy kimś, ale sprowokowałaś mnie.
Oczywiście, ty zawsze jesteś niewinny – zadrwiła, a potem pociągnęła nosem. Drwina ta była zbolała i nie miała na celu poprawić jej humoru ani doprowadzić do zagrzania się do walki. Tak naprawdę nie miała już siły na potyczki, nawet słowne.
Mogę wziąć winę na siebie, niewiele to zmieni – przyznał. – Cokolwiek powiedziałem, wiedz, że nie poradziłbym sobie bez ciebie. Nie chciałem ani cię urazić, ani zaniżać twojej wartości. Dla mnie jesteś warta wszystkiego.
Tylko dlatego, że piorę twoje gacie i stoję przy garach – stwierdziła bez entuzjazmu.
Arturo wyczuł w tonie żony namiastkę agresji, jakby przeradzało się w nią wcześniejsze zobojętnienie i rozgoryczenie.
Zrobi się niemiło, ale wiedziałaś przed kim rozkładasz nogi. Ja niczego wcześniej nie udawałem. Tak naprawdę to udawać zacząłem dopiero przy tobie, oboje zaczęliśmy i kiedyś nas piekło za to pochłonie – ostatnie słowa wypowiedział przez mocno zaciśnięte zęby. – I odwróć się w końcu do mnie. Nie będę rozmawiał z twoimi plecami! – uniósł się.
Nie mam ochoty na ciebie patrzeć.
Nie będziesz miała wyjścia. – Wstał energicznie z miejsca, nachylił się do żony, chwycił dłonią za jedno jej ramię i siłą zmusił, by się odwróciła, drugą dłoń kładąc nieopodal jej głowy.
Spojrzała na niego, ale bez przerażenia w oczach, choć te jego zdawały się cisnąć w nią najprawdziwszymi gromami.
A więc, zanim mi wypomnisz, że byłaś małą dziewczynką, zbałamuconą i wykorzystaną przez starszego mężczyznę, to wiedz, że już mnie to nie dotknie. Kiedyś, faktycznie, było szpilą i wchodziło między żebra. Teraz oboje dobrze wiemy, że byłaś temu tak samo winna jak i ja.
Ja byłam wolna, nikomu wcześniej nie przysięgałam. Ty miałeś żonę, powinieneś być wierny – wyrzuciła bez cienia emocji, jakby była zawodowym szachistą.
Arturo poczuł się dotknięty i nawet jeśli na twarzy starał się przybrać cyniczny uśmieszek, to swój brak opanowania zdradzał zaciśnięciem dłoni na ramieniu żony.
Puść mnie, bo to boli! – krzyknęła i dopiero wtedy się opanował.
Zwolnił uścisk, w końcu całkiem wypuścił jej rękę z objęć i ponownie przysiadł obok.
Zdradzałeś Glorię, jaką mam pewność, że mnie nie?
Żadną – wypowiedział prosto w jej twarz, bez uciekania wzrokiem. – Mężowie chodzą na boki, niemal każdy jeden. Możesz się tylko łudzić, że trafił ci się wyjątek, prawdziwy ideał albo, że sama jesteś tak idealna w łóżku, że nie mam konieczności szukać po bokach.
Jesteś w tej chwili bezczelny – stwierdziła, starając się powstrzymać łzy.
Nie mniej niż ty byłaś przed chwilą i nie bardziej niż byłaś nieraz. – Splótł ręce na piersi, jakby zamykał się na rozmowę, która właśnie się toczyła i chciał ją jedynie zakończyć. – I zanim przyjdzie ci do głowy znowu otworzyć usta i powiedzieć coś jeszcze, to wiedz jedno. Powiedzieć mi możesz wszystko, wszystko wykrzyczeć, urządzić karczemną awanturę, a nawet mnie uderzyć, ale w czterech ścianach tej izby, żadnej innej. Ujmując to jeszcze krócej, urządź jeszcze kiedyś podobną sztukę do tej dzisiejszej przy kimś innym lub przy dzieciach, a zobaczysz jak bardzo potrafię być niemiły, nawet dla żony. – Wstał i skierował się do drzwi, słyszał krzyki dzieci za oknem.
Już raz mi to okazałeś – przypomniała, unosząc się na łokciach.
Nie odwrócił się do niej, jedynie przystanął.
Tak, ale wtedy nie byłem twym mężem – rzekł przed wykonaniem kolejnego kroku. Otworzył drzwi. Chciał się powstrzymać i nie trzasnąć nimi, ale gniew na samego siebie i brak zimnej krwi, którą poniekąd w rozmowie z Sylvią stracił, sprowokowały go do wyładowania się w choćby taki sposób. Najgorsze, że echo trzasku ucichło, ale on nawet po kilku głębszych wdechach ani trochę nie poczuł się lepiej.

Antonio z niecierpliwością przestępował z nogi na nogę i czekał aż któreś z rodziców łaskawie otworzy drzwi.
Chyba znowu się kochają – stwierdził, rzucając wzrokiem na starszego brata. Chciał od Jacopo otrzymać zapewnienie, że jego teoria jest prawdopodobna.
Jacopo jednak nie miał ochoty odpowiadać. Zmęczony był niesieniem Matteo na rękach.
Mówiłem, wróćmy szybciej, bo zaraz uśnie.
O to chodzi. Dobrze, że usnął – upierał się dziesięciolatek. – Ja nie wiem jak ty, ale ja chcę nagrodę.
I tak go obudzą. Mama nie położy go brudnego spać.
Antonio w odpowiedzi wzruszył ramionami, jakby umorusana twarz i brudne ręce młodszego brata nie były takie z jego winy. Nie rozumiał też sensu w myciu kogoś kto smacznie sobie drzemie. On sam nie chciałby być budzony tylko z tak błahego powodu jak wzięcie przymusowej kąpieli.
W końcu drzwi otworzyły się i Antonio od razu zaczął się chwalić tacie, że Clara śpi i Matteo nawet śpi, więc nagrody powinny być co najmniej dwie.
Poniekąd są dwie – przyznał Arturo i przejął Mattea na swoje ręce.
To dobrze, bo nie chciałbym się z nikim dzielić moją nagrodą – odpowiedział szczęśliwy, że nic takiego go nie spotka. Wszedł zaraz za ojcem do domu i nawet nie oglądał się na Jacopo, który męczył się z wózkiem, by dać radę przejechać nim przez próg.
Pomógłbyś bratu – usłyszał nim zdążył wygodnie zasiąść na kanapie.
Ciągle pomóc i pomóc. Ciekawe kiedy mnie ktoś będzie tak pomagał jak ja wszystkim. – Podszedł do wózka Clary, nachylił się i szarpnął za metalowy stelaż.
Arturo przeszło przez myśl, że Antonio ma charakter po Sylvii, że podobnie jak ona nieustannie narzeka na swój los i marudzi, gdy tylko ma coś zrobić.
Kiedy będzie nagroda? – dopytywał dalej o to co dla niego było najważniejsze, a potem napił się wody wprost z dużego, dwulitrowego dzbanka.
Arturo, idąc na górę i niosąc na rękach czterolatka tylko przewrócił oczami, w myślach sobie mówiąc, że Antonio niecierpliwy też jest dokładnie tak samo jak Sylvia.
Cicho być w końcu, bo nie da nam tej nagrody. Krzyczysz tak głośno, że wszystkich pobudzisz i znowu trzeba będzie ich usypiać – zwrócił mu uwagę Jacopo, ale uczynił to szeptem.
Bo jestem podesytowany nagrodą! – krzyknął Antonio w swojej obronie.
Jaki?
Podesytowany – powtórzył, wypinając pierś do przodu, dumny z tego, że zna tak trudne słowo i jeszcze potrafi je odpowiednio używać.
Jak na moje, to jesteś tylko głupi.
Sam jesteś głupi. – Trącił brata otwartą dłonią w ramię i to z taką siłą, że ten wpadł na kanapę.
Ty jesteś bardziej głupi. – Jacopo podniósł się z kanapy i w odpowiedzi uderzył Antonia oburącz w klatkę piersiową.
Co wy znowu wyprawiacie? – zapytał Arturo, leniwie schodząc po schodach.
Nic – odparł szybko Jacopo.
Zupełnie nic – przytaknął mu Antonio i chcąc uchodzić za bardzo grzecznego, nawet wyprostował się jak należy i splótł dłonie w koszyczek za plecami. Zaczął się bujać z pięty na palce i z palców na pięty. – Nie kąpałeś Mattea, tato? – postanowił dopytać tylko i wyłącznie dla zmiany tematu, po to, by szarpanina z bratem uszła mu płazem.
Nie chciałem go budzić. Mama go potem umyje. – Wyjął delikatnie Clarę z wózka i przełożył do drewnianego kojca stojącego w salonie. – Nagrody są w komórce za domem – nim dokończył to zdanie, to Antonio już był za drzwiami domu i dalej biegł, niemal na złamanie karku, byleby jako pierwszy mógł zobaczyć swoją nagrodę i na wszelki wypadek, jakby dwie nagrody były zupełnie różnymi, to mógł wybrać tę lepszą dla siebie, a bratu zostawić gorszą z nich.
Zapomniał, że komórka jest zamknięta? – spytał Jacopo leniwie, spoglądając na ojca.
Jak mama jest w gorącej wodzie kąpany, pewnie zapomniał – odpowiedział, kładąc starszemu synowi dłoń na karku. Nim obaj doszli do drzwi, to Antonio już ponownie stał przed progiem, by ich ochoczo popędzić.
W końcu nadszedł moment, którego Antonio pragnął, choć chwila, w której tata męczył się z odpięciem kłódki trwała, jego zdaniem, niemiłosiernie długo. Jednak kiedy stare, drewniane, odmalowane na żółto drzwi zostały rozwarte na oścież przed jego oczami, to nagle wydały mu się być bramą do najlepszego raju.
Rower – wyszeptał z szeroko otwartymi oczami. – To naprawdę rower. – Ciągle nie mógł uwierzyć w szczęście jakie go spotkało.
Są nasze? – zapytał Jacopo ojca. – Tak na zawsze czy tylko pożyczone?
Wasze, na zawsze.
Antonio jako pierwszy podbiegł do jednego z rowerów, wyprowadził go z komórki i szybko obejrzał, upewniając się czy ma wszystko co niezbędne, czyli pedały, łańcuch i błotniki. Następnie oparł pojazd o ścianę i podbiegł do ojca, oczekując, że ten się nachyli, by dał radę doskoczyć do jego szyi.
Arturo, nie tylko się nachylił, ale nawet przyklęknął na jedno kolano. Uściskał szczęśliwego syna, któremu uśmiech nie schodził z twarzy.
Jesteś najlepszym tatą na świecie! – wykrzyknął dziesięciolatek, całując ojca w policzek.
A ty największym łobuzem w całym miasteczku, ale i tak cię kocham – odpowiedział, poklepując syna pieszczotliwie po udzie, a potem przytulając go mocniej do siebie, targając przy tym jego włosy i całując w okolice szyi. W tamtym momencie sobie przypomniał, jak Sylvia zawsze broniąc Antonia, uważała, że chłopiec nie może być lepszy, choćby przez wzgląd na to w jaki sposób się począł. Arturo nie wiedział jak jego żona wspominała tamtą chwilę, on natomiast zawsze wspominał ją z uśmiechem na twarzy i łzami w oczach.
W końcu Antonio odsunął się od taty i ponownie podbiegł do swojego roweru.
Jest taki sam jak Marcosa, zagraniczny! – wykrzyknął radośnie, bawiąc się przy tym blaszanym dzwonkiem.
Są identyczne jak Marcosa – przyznał Antoniowi rację i spojrzał na Jacopa. – A tobie jak się podoba?
Bardzo, dziękuję. Możemy się przejechać? – zapytał, licząc na to, że tata się zgodzi.
Jest już prawie ciemno.
Tylko trochę, tylko do końca ulicy i z powrotem – dołączył się do przekonywań Antonio.
Do końca ulicy i z powrotem. Potem je schowajcie i przyjdźcie na kolację. Jutro pójdziemy całą rodziną na spacer, to będziecie mogli jeździć do woli.
Po całym miasteczku? – dopytywał zaciekawiony Antonio, który już przekładał nogę, by usiąść na rowerze. Był odrobinę za niski, więc musiał przechylać pojazd na bok, by dosięgać stopą do ziemi.
A umiesz chociaż jeździć? – zapytał w końcu Arturo wydawałoby się o to co najważniejsze. Wiedział, że Jacopo potrafi, gdyż sam go uczył, gdy ten był jeszcze siedmiolatkiem.
Oczywiście, że tak. Sam się nauczyłem! – wykrzyknął Antonio, jadąc już w kierunku bramy. Lekko w nią uderzając, gdyż była zamknięta i nie zdążył w porę zahamować.

Hadrian wszedł z dziewczynkami do domu i od razu usadził obydwie na niskiej, biało-błękitnej komodzie. Padł przed swoimi pociechami na obydwa kolana, choć z początku miał zamiar przyklęknąć tylko na jedno, ale zmęczenie uczyniło swoje. Zajął się rozpinaniem dziewczęcych lakierków.
Zdejmujcie peleryny – polecił, stawiając obydwie z powrotem na podłodze. Rozsznurował swoje buty i zdjął marynarkę. Z szafki wyciągnął papcie dla siebie i córek.
Lubiem chodzić bez nich – przypomniała Aurora, ani myśląc je zakładać.
Ale masz chodzić w nich – warknął zirytowany.
Jesteś dziś dla mnie oklopny – poskarżyła się i przetarła zmęczone oczy.
Okropny – poprawił ją i wskazał na schody prowadzące do góry.
Właśnie, taki jesteś, tatko. – Tupnęła nogą, a potem widząc nieprzychylną minę ojca, zdecydowała się jednak założyć znienawidzone papcie i ruszyć we wskazanym wcześniej kierunku.
Amelia jak zwykle ruszyła za nią.
Ledwie znaleźli się na górze, a Hadrian dostrzegł babcie Clary z miską pełną wody i pieluchą tetrową w niej zatopioną. Dziewczynki, także zobaczyły prababcie i zaczęły opowiadać o tym gdzie były, i co robiły. Ojciec jednak szybko im przerwał, a i babcia wyraźnie nie miała ochoty na słuchanie ich opowieści, co Amelia zrozumiała, a Aurora wydawała się być tym bardzo zawiedziona. Chciała pochwalić się, że umie nalewać piwo, że robiła to w barze.
Rozbierzcie się do kąpieli – przemówił zmęczonym głosem ojciec, ledwie stojąc na nogach z braku potrzebnego snu. Podszedł do drzwi łazienki, niczym pijak wspierając się na ścianie, i otworzył je przed bliźniaczkami. – Coś się stało? – zapytał Emilię, jednocześnie łapiąc za klamkę i zamykając drzwi ponownie. Tym jednym ruchem odgrodził córki od brutalnej rzeczywistości, pozwolił im na trwanie w błogiej niewiedzy.
Bardzo miała wysoką gorączkę, ciągle ma – odpowiedziała.
Clara? – Wydawał się być zdziwiony, ale tak naprawdę pytanie było czymś zbędnym. W domu nie było nikogo innego, musiało więc chodzić o jego żonę.
Emilia przytaknęła głową, a potem weszła do łazienki, by wylać ciepłą wodę i miskę ponownie napełnić zimną. Kiedy powróciła na korytarz, Hadrian ponownie zamknął drzwi, by dziewczynki nie słyszały ich rozmowy.
Pochorowała się? – dopytywał, choć w duchu już winił samego siebie.
Albo się zmartwiła, choć nigdy nie była wrażliwa, albo zbiłeś ją za mocno. Mogłeś zrobić jej krzywdę.
Zamknął oczy najmocniej jak tylko potrafił, by po chwili je otworzyć – w taki sposób walczył z opadającymi powiekami. Przyłożył trzy palce do czoła i przez chwilę wyglądał jak filozof, którzy intensywnie nad czymś rozmyśla.
Wezwałaś doktora? – zapytał w końcu.
Emilia pokręciła głową.
Dlaczego? – nie rozumiał.
A co ja bym mu powiedziała? – Spojrzała na niego pytająco, ze łzami w oczach. Głos jej drżał.
Sam mogę po niego pojechać – kontynuował, w ogóle nie słuchając tego co do niego mówi.
A co ty jemu powiesz!? – wykrzyknęła zbulwersowana, czym na moment skupiła na sobie wzrok męża wnuczki, całą jego uwagę. – Chcesz, by całe miasteczko się dowiedziało? By ludzie gadali?
Przełknął nerwowo ślinę.
Nie, nie chcę – odpowiedział. – Ale jeśli ma się jej coś stać... – reszta słów nie przeszła mu przez gardło. Oparł się o ścianę i osunął po niej. Bał się, bał się o to, że Clara może rozchorować się jeszcze bardziej, a wtedy on poniósłby konsekwencję swoich działań. Pragnął tego uniknąć.
Jeśli się jej pogorszy, sam się po lekarza udasz – postanowiła Emilia, kładąc Hadrianowi miskę z wodą na kolanach. – Ty przy niej czuwaj, ja wykąpię i położę do łóżek dziewczynki.
Z rezygnacją odchylił głowę, przez co uderzył nią o ścianę, ale zdawał się tym wcale nie przejmować. Trwał tak jakiś czas, a potem ruszył do sypialni. Doznał uczucia, jakby zmęczenie miało zaraz zwalić go z nóg, a jednocześnie wiedział, że i tak nie dałby rady tak po prostu usnąć.
Wszedł cichutko, niczym złodziej. Przysiadł na dużym, małżeńskim łożu i starał się skupić wzrok na wszystkim innym, tylko nie na własnej żonie. W końcu jednak zmoczył tetrę w zimnej, niemal lodowatej wodzie i przyłożył ją do policzka Clary. Wtedy nie miał innego wyjścia, musiał na nią spojrzeć. Dostrzegł wielki siniec w kąciku ust i jeszcze większy, ciągnący się od rozciętego łuku brwiowego aż do połowy policzka. Przed jego oczami stanął obraz matki, która była posiniaczona aż tak bardzo, że nie mogła normalnie mówić ani otworzyć lewego oka. Dorian leżał, wtulony w nią i płakał, modląc się, by mama nie umarła, a on robił wszystko co mógł, by ulżyć jej w cierpieniu, przykładając do jej rozpalonego ciała kompresy z zimnej wody, octu i cytryny.
Przepraszam – wyszeptał, wiedząc, że żona śpi bardzo głęboko, że nie będzie w stanie go usłyszeć. Z tego też powodu pozwolił sobie na łzy. Nigdy nie płakał przy kimś, zawsze czynił to w samotności.

Antonio i Jacopo zapuścili się nieco dalej niż na koniec ulicy. Dojechali na drugi koniec miasteczka, minęli kościół i szkołę. Zawrócili jednak pod dom Marcosa, by móc się mu pochwalić rowerami.
Wjechali na posesję, korzystając z okazji, że brama była otwarta i jeżdżąc po cudzym ogrodzie, taranując wypielęgnowane rabatki pełne kwiatów, wykrzykiwali imię kolegi, wpatrując się we wszystkie okna po kolei.
Marcos akurat zajadał kolację, którą podała mu jedna z służących. Nie chciał rezygnować z kanapki, którą już zaczął konsumować ani pozostawić na talerzu drugiej, jeszcze nietkniętej. Pierwszą więc wepchnął do ust, ledwie ją tam mieszcząc.
Jakby twoja mama to widziała, paniczu, to dałaby ci po uszach. Dobrze wiesz ile dla niej znaczą dobre maniery – upominała go Wera, wymachując przy tym ścierką.
Wołają mnie – powiedział niewyraźnie, z pełnymi ustami, jakby to miało być usprawiedliwieniem. Drugą kanapkę położył na dłoni i wstał z miejsca. – Mogę iść? – zapytał, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę.
Tylko być ty przed domem. – Wystawiła palec wskazujący i pogroziła nim, ale Marcos już tego nie widział, gdyż ledwie uzyskał pozwolenie na wyjście, a już odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem opuścił kuchnie.
Blondynek minął długi hol, zastawiony przeróżnymi rzeźbami, zajadając przy tym kanapkę. Doszedł do fontanny, która postawiona była dokładnie naprzeciw drzwi, tak by każdy kto wejdzie do domu od razu mógł ją zobaczyć. To w tej fontannie umył ręce i obryzgał buzie, nieco chlapiąc przy tym podłogę. W końcu znalazł się na tarasie.
Antonio! – krzyknął na całe gardło. – Jacopo! – wrzasnął, biegnąc jednocześnie w kierunku kolegów.
Wolniej – pouczyła go matka, siedząca na pobliskiej ławce, pod winoroślą i rozmawiająca z nauczycielem.
Pan Pedro tutaj? – zdziwił się nie mniej niż Antonio i Jacopo, którzy właśnie stawiali rowery, wspierając je o barierki tarasu.
Marcos pokazał kolegom na palcach, by chwilę poczekali i podszedł do mamy. Chciał podsłuchać o czym ona rozmawia z panem Riverą i upewnić się, że ten na pewno na niego nie donosi.
Możesz iść do kolegów – powiedziała nim na dobre znalazł się przy niej, ale pomimo tego podszedł bliżej. – Tylko niedługo – dodała, jakby spodziewała się, że syn chce się upewnić jak długo może się jeszcze bawić.
A pan Pedro po co przyszedł? – zapytał wprost.
Ale to chyba nie jest twoją sprawą. – Uśmiechnęła się przyjaźnie, ale z wyraźnie zarysowaną wyższością.
Nie na skargę? – dopytywał.
Nie – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
To po co? – nie dawał za wygraną, zgarniając swoją niemal siwą grzywkę z czoła. Była już za długa i gdy mama go nie uczesała, przylizując ją, to włosy wpadały mu do oczu.
Za moment stracę cierpliwość, Marcosie, wiesz o tym?
Chłopiec w odpowiedzi wzruszył ramionami.
Nie wiem, choć chyba teraz już wiem – odpowiedział po chwili ciszy.
Pedro, przysłuchując się rozmowie matki i syna, nie potrafił powstrzymać śmiechu.
Ciekawski jesteś – zwrócił się do chłopca. – W szkole, gdy o coś pytam, to nigdy nie jesteś taki wygadany.
Bo jestem wstydliwy – wyjaśnił, zabawnie poruszając przy tym brwiami.
Idź się już bawić, bo zaraz przyjdzie pora, by wracać do domu i będziesz marudził, a teraz czas marnujesz. Ciemno już jest – zauważyła, wstając przy tym z ławki i przygładzając swoją ciemną, nieco za grubą jak na tę porę roku spódnicę.
Pedro mimo woli sunął wzrokiem po jej dłoniach. Wydawały mu się być niezwykle pociągające. Dłonie Adeli były smukłe, a palce długie, niczym u pianistki, choć ta nigdy nie grała na żadnym instrumencie. Na dwóch palcach znajdowała się biżuteria. Na serdecznym była to obrączka, a na środkowym jakiś pierścień z nieprzyzwoicie dużym okiem, przypominającym bursztyn, ale mającym zieloną barwę.
Jak spotkam Alicię, to powiem jej, że pan jej szukał – zapewniła.
Niech pani przekaże, że jeśli nie chce się odzywać do mnie, to niech chociaż odezwie się do swojej matki. Ona bardzo się o nią martwi. – Wstał z miejsca i skierował się do wyjścia, po drodze upominając Antonio i Jacopo, że już jest za późno na tak dalekie przejażdżki.
Wiemy, ale dostaliśmy rowery od taty i musieliśmy wypróbować. Prawda, że ładne? – pochwalił się Antonio i wyczekiwał aż nauczyciel zacznie zachwalać jego nowy pojazd.
Piękne, ale jak ojciec się dowie, że było już tak ciemno na dworze, a wy tak daleko od domu, to z pewnością wam je zabierze.
Nieprawda, panie nauczycielu. A nawet jeśli, to ja bym mojego za nic nie oddał – zapewnił, przytupując przy tym nogą.
Pedro rozczochrał włosy Antonia, uśmiechnął się do chłopców, choć sam nie miał za dużo powodów do radości i poszedł.
Do widzenia! – krzyknął do jego pleców mały Bosca. – Jakiś przygnębiony był, nawet na do widzenia nie odpowiedział – poskarżył się bratu i Marcosowi, który już znajdował się za jego plecami.
Szukał pani Montero – poinformował Marcos. – Moja mama skłamała, powiedziała, że jej u nas nie ma, a przecież jest. Myślicie, że czemu skłamała?
Jacopo wzruszył ramionami, ani trochę nie interesowały go prywatne sprawy jego nauczycieli. Antonio natomiast postanowił pochwalić się swoją wiedzą na temat spraw damsko-męskich, a przede wszystkim kobiet.
Pan bankier mówił kiedyś tacie, że kobieta jak się nie pomyli, to prawdy nie powie.
Jakieś głupoty plótł – stwierdził Jacopo.
Wcale, że nie! – upierał się Antonio. – Matka Marcosa się nie pomyliła i co? I skłamała! – podał jako przykład na potwierdzenie swojej teorii. – A mama? Pamiętasz jak kiedyś się szarpaliśmy i potłukliśmy prawie wszystkie kieliszki? Powiedziała wtedy tacie, że chciała je wziąć z regału do umycia i jej wszystkie z tacą poleciały.
Mama nas broniła.
Broniła czy nie, prawdy nie mówiła! – wykrzykiwał swoje racje Antonio. – Kobiety kłamią ciągle, taką już mają naturę.
Albo powody! – wykłócał się Jacopo.
Właśnie, powody! – wtrącił Marcos. – Wiecie, że żona policjanta była na policji na niego donieść?
Nie – powiedział Antonio i zgodnie z Jacopo pokręcił głową. – A ty skąd o tym wiesz?
U Wery, takiej co u nas sprząta i gotuje, była taka pani co sprząta na komisariacie. Widziała to wszystko. Nawet podsłuchała rozmowę komendanta z Hadrianem.
Przecież to twój wujek. Dlaczego zawsze mówisz o nim „ten policjant” albo po imieniu? – dopytywał młodszy z braci Bosca.
Jaki tam wujek? Tata mówi, że to tylko zagrożenie co może zabrać mi kiedyś pieniądze, które się mnie należą. Mama mówi to samo. Żaden wujek, tylko policjant, a teraz jeszcze mężczyzna, który pobił żonę.
Ona pracuje u nas w bibliotece – przypomniał Jacopo. – Faktycznie była posiniaczona. Byłem oddać książkę, to widziałem.
Widzicie, prawdę mówię. Ciekawe czy go za to zwolnią z pracy. Tata by się ucieszył.
Ale ta żona chyba nie – stwierdził Antonio. – W ogóle nie pomyślała. Z czego będą żyli jak go zwolnią? Sama domu nie utrzyma. A może prawdy nie mówiła. Mogła kłamać, jak się nie pomyliła.
Sama się raczej nie pobiła – wtrącił Jacopo.
Mógł ją pobić ktoś inny albo mogła się uderzyć sama o coś, choćby potknąć, a zwaliła na męża. Kobiety zawsze uważają, że wszystkiemu winni jesteśmy my. Tylko dlatego że nosimy spodnie, a im nie wolno i zazdroszczą.
Moja mama czasami nosi spodnie – powiedział Marcos. – Jak jeździ konno albo, gdy pracuje w ogrodzie.
Twoja mama to jest w ogóle inna od wszystkich mam i wszystkich kobiet – odparł mały Bosca.
Nie obrażaj mojej mamy!
Nie obrażam, mówię jak jest! To był nawet komplenent.
Komplement – poprawił go Jacopo.
Właśnie, to był komplenent.
Jacopo nie miał już siły powtarzać bratu jak należy poprawnie wymówić to słowo, przewrócił więc tylko oczami i przypomniał, że powinni już wracać, bo robi się coraz ciemniej.
Faktycznie, powinniśmy. Jutro pojeździmy razem rowerami – zapewniał Antonio, dobiegając już do swojego pojazdu, nie mogąc się doczekać drogi powrotnej.

* Na poprzednim zdjęciu był Hadrian Alarcon, więc tym razem jest Sylvia Bosca.
* A tak poza tym, to postanowiłem się z wami przywitać po dłuższej nieobecności. Postaram się już tak nie znikać, być częściej obecnym i więcej publikować. Miałem po prostu małe zamieszanie w życiu prywatnym.