Autor tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autor zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autor bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczny, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

wtorek, 2 października 2018

#86 – „Paulina” – Rozdział 53

Rozdział 53
Kolejny raz”

Paulina nie uważała Tomka za złego ojca. Niemal każdego dnia mogła obserwować jak zajmował się dziewczynkami, jak nosił Julka na rękach. Widziała też jak tracił cierpliwość, ale w porównaniu z tym wszystkim co robił dla rodziny, zdawało jej się to być takim „niczym”. Sama częściej się unosiła i znacznie prościej było ją wyprowadzić z równowagi niż jego. Ona jednak nie posuwała się do rękoczynów. Zdarzało jej się uderzyć dłonią w blat lub ścianę, zakląć, wrzasnąć, nawet szarpnąć, ale nigdy nie wymierzyła żadnemu z dzieci choćby klapsa.
Tomasz działał zupełnie różnie od żony. On dłuższy czas pozostawał opanowany. Był niczym bomba zegarowa, która długo tykała nim nastąpił wybuch. Zresztą, on nawet wybuchy miewał kontrolowane, dlatego Paula była pewna, że Tomek nigdy nie przekroczy granicy, że nigdy żadnemu z dzieci nie wyrządzi trwałej krzywdy.
Często tłumaczyła męża. Mówiła do samej siebie w myślach „to tylko klaps”, „jedno lanie”, „kilka pasów”, „przecież dzieci się go nie boją”. Faktycznie, codzienność pokazywała jej, że miała rację. Amelka i Emilka normalnie rozmawiały z ojcem podczas posiłków, potrafiły się z nim wygłupiać, grać w piłkę, oglądać telewizję. W ich krótkim życiu przemoc nie była codziennością. To była sporadyczność. Coś co miało miejsce nie częściej niż dwa razy w roku.
Paulina jednak nigdy nie odkrywała przed samą sobą tych myśli, które mówiły o niej. Nigdy nie pytała się samej siebie czy ona boi się męża. Nie musiała. Od kilku lat byli raczej zgodnym małżeństwem. Zdarzały im się powarkiwania, gorsze nastroje, brak czasu i chęci na jakiekolwiek rozmowy. Bywali przemęczeni, ale nic poza tym. Odbijali to sobie wycieczkami, zarówno tymi rodzinnymi, jak i tymi tylko we dwoje, choć te od narodzin Juliana nie trwały dłużej niż trzy godziny, gdyż Paulina nie wyobrażała sobie go na dłużej pozostawić pod opieką kogokolwiek, nawet swojej mamy. Była do chłopca bardzo przywiązana. Uwielbiała z nim leżeć na łóżku i opowiadać mu bajki. Odnajdywała ukojenie skołatanych nerwów w jego ssaniu mleka z piersi. Przekładała potrzeby syna nad własne, a często nad potrzeby całej rodziny. I Tomek długi czas się temu w spokoju przyglądał, od czasu do czasu rzucając jakimś komentarzem, aż w końcu powiedział „dość”.
Nad ranem jeszcze nic nie zapowiadało tragedii. Paulinę zbudził płacz syna, więc wzięła go do łóżka. Tomek przebudził się na krótki moment i nawet musnął chłopca w czółko. Rano dał żonie dłużej pospać. Samodzielnie ubrał dziewczynki i poszedł z nimi wyprowadzić psa. Jak zwykle spacer trwał tyle co do piekarni i z powrotem.
Kiedy Tomasz z córkami wrócili do domu, Paulina przygotowywała kawę z chłopcem na rękach. Mężczyźnie cisnęło się na usta, że robi z syna dziecko nieodkładalne, ale ugryzł się w język i postanowił ułatwić jej zadanie. Najpierw napełnił ekspres kawą, a później za pomocą jednego przycisku przyrządził idealną, świeżo zmieloną mokkę. Przejął syna od żony i usadził go pupą na stole. Kiedy patrzył w jego oczy widział ten sam turkus co w oczach Pauliny. Natomiast w długich rzęsach chłopca i w jego lekko falowanych włosach upatrywał swoją matkę z lat młodości, taką jaką znał jedynie ze starych fotografii. Ogólnie Julek był bardzo urodziwym dzieckiem, choć urodą przypominał bardziej dziewczynkę niżeli chłopca. Po Tomku odziedziczył właściwie tylko uśmiech.
Paula przygotowywała kanapki, słuchając przy tym marudzenia córek, które naprzemiennie mówiły:
Tata nie chciał kupić pączka.
Drożdżówek też nie kupił.
Nie możecie każdego dnia zaczynać od słodyczy – niemal warknął Tomasz. – Wczoraj pożarłyście miesięczny limit.
Miesięczny... co? – starała się zrozumieć Amelka.
Nie możesz jeść tyle słodyczy, bo później nie jesz obiadu – wytłumaczył. – A co do obiadu, Paula, proszę cię, nie McDonald.
Nie mam czasu gotować – stwierdziła, kładąc kanapki na środek stołu. Szybko wyciągnęła ręce po Julka.
Czemu go zabierasz? – zapytał wprost, przekładając chłopca ze stołu na swoje kolana. – Pójdę później do pracy. Zabiorę go, gdy będę odwoził te dwie do przechowywalni, zwanej powszechnie przedszkolem, choć uczą tam tyle co każde patologiczne podwórko, czyli dłubania w nosie, przeklinania i posiadania dwóch chłopaków.
Marzena ma nawet tszech! – wykrzyknęła entuzjastycznie Amelka.
Tata by wolał byś ty do dwudziestego roku życia nie miała żadnego – odparł żartobliwym tonem Tomasz. – Będziesz miała czas na zrobienie obiadu – powrócił do poprzedniego tematu, zwracając twarz w stronę żony.
Paulina, pomimo propozycji męża, zabrała syna. Głośno stwierdziła, że Julek jej w niczym nie przeszkadza.
Nie mam czasu na gotowanie ogólnie. Pranie, sprzątanie, gotowanie...
Gotowanie? W gotowaniu ci przeszkadza gotowanie? – zapytał z niedowierzaniem. – Chyba gotowanie wody na herbatę – zadrwił.
Jeszcze powiedz, że nie sprzątam i nie piorę.
Powiem, że nie chcę się kłócić, ale też nie będę ukrywał tego, że mam dość.
Dość czego? Syna!? – niemal go zaatakowała.
Tego, że robisz z niego takiego maminego przydupasa. Nic by mu nie było, jakby się ze mną przejechał samochodem. A wszystkim by to wyszło na plus, bo może w końcu w tym domu byłby normalny obiad, a nie spaghetti, kebab czy McDonald.
Ugotuję dziś obiad – zapewniła, jednocześnie odpuszczając awanturę. – I nie musisz go nigdzie zabierać – dodała szybko, jakby obawiała się rozstania z małym choćby na ułamek sekundy.
Doskonale. Trzymam za słowo. – Wstał i musnął żonę w policzek. Julkowi rozczochrał włosy.
Ej i ma – wymsknęło się z niespełna półrocznych usteczek blondaska. Później mały zaśmiał się w głos, jakby cieszył się z tego, że usłyszał samego siebie.
Tomek odpowiedział synowi uśmiechem, a potem zwrócił się do dziewczynek:
Po kanapce w łapkę i do samochodu.
Amelka wzięła najmniejszą kanapkę spośród tych, które znajdowały się na talerzu.
Nie jestem głodna – powiedziała Emila.
Nie dyskutuj ze mną – odparł.
Nadal nie jestem głodna.
Ale jedną zjesz.
Dlaczego?
Bo musisz coś zjeść.
A nie mogę pączka?
Nie! – uniósł się i pod wpływem zdenerwowania położył dłoń na stole. Nie trzasnął nią, ale tak naprawdę niewiele brakowało by to zrobił. – Mam dość tego, że trzeba nad tobą stać byś zjadła choć kawałek czegokolwiek.
To nad Amelką trzeba stać – odpyskowała.
Faktycznie, Emilka miała rację, bo choć sama była niejadkiem, to Amelia pokonywała ją w tej dziedzinie. Ami zdarzało się, że nawet frytkami z McDonalda gardziła. Dla dziewczynki liczyła się tylko zabawka. Często też jej jedynym pożywieniem przez kilka dni z rzędu były chipsy.
Bierzesz tę kanapkę czy nie? – zapytał Tomasz, nawet nie starając się ukryć swoje irytacji.
Nie – odburknęła.
Paula przymknęła oczy, jakby spodziewała się wybuchu. Amelka w tym czasie wykorzystała sytuację, by swoją kanapkę wręczyć psu wylegującemu się na dywanie w salonie.
Tomek przełknął ślinę, wyminął siedzącą na krześle żonę i chwycił Emi za ramię. Szarpnął.
W takim razie zjesz tutaj – powiedział. Jednocześnie ciągnął małą na drugą stronę stołu, gdzie zasiadł na swoim ulubionym miejscu. Usadził córkę na swoich kolanach. – Nie wyjdziemy dopóki nie zjesz, a przy okazji jeszcze lanie ode nie zarobisz.
Ja nie wiem czy to coś da – wtrąciła się Paulina. – Zmuszanie do jedzenia może przynieść odwrotny skutek – uprzedziła.
Nie będę jej błagał na kolanach ani niczym przekupywał. Ma zjeść i tyle.
Emi słysząc zdenerwowanie w głosie ojca i ostre brzmienie jego głosu, zdecydowała się na zjedzenie jednej kanapki.
Przed wyjściem Tomek zapytał czy na pewno ma nie zabierać Julka z sobą. Tłumaczył, że godzinkę mógłby się nim zająć, by Paulina mogła w tym czasie coś zrobić. Ona jednak się na to nie zgodziła.
Pomimo obecności chłopca dała radę wyregulować brwi i zrobić paznokcie. Wcześniej planowała w tygodniu zapisać się do kosmetyczki, ale skoro Agata ją odwiedziła, to postanowiła nieco wykorzystać przyjaciółkę. A Julek zsynchronizował się z mamą na tyle, by w czasie jej zabiegów kosmetycznych mieć drzemkę.
Półroczniak obudził się po piętnastej. Dopiero wtedy Paulina zdała sobie sprawę, że czas się ubierać i wyjechać po odbiór dziewczynek.
Jeszcze ten nieszczęsny obiad – zamarudziła cicho.
Co? – podłapała Agata.
Obiecałam, że zrobię dziś obiad – wyjaśniła, przewracając przy tym oczami. – Kupię po drodze coś co szybko się zrobi.
Rybę do piekarnika – podpowiedział Aga. – Do tego ziemniaki i będzie zadowolony. Jak nałożysz to na talerze, to nawet nie będzie wnikał czy roboty było na pięć minut, czy na godzinę.
To jest myśl. – żartobliwie uniosła kciuk w górę i przed wyjazdem postanowiła jeszcze nakarmić Juliana. Nie chciała, by chłopiec upomniał się o jedzenie w środku drogi, bo tym zakłóciłby jej spokój podczas prowadzenia i zmusił do karmienia na poboczu.
Plan Agaty, a wykonanie Pauliny były bliskie powodzenia. Zakupy z trojgiem dzieci nie należały ani do najszybszych, ani do najprzyjemniejszych, ale jakoś dała radę. Powrót do domu przebiegł bezinwazyjnie. Dziewczynki śpiewały piosenki, a Julek zajęty był modnym gryzakiem, który zawędrował do Polski wprost z Paryża. Schody zaczęły się dopiero w domu. Ziemniaki trzeba było obrać, a Julian nie chciał zająć się sam sobą. Natomiast Emilka dorwała czekotubkę i podczas wygłupów z siostrą zabrudziła nią cały narożnik. Pralka wydała z siebie dźwięk, ogłaszający zakończenie prania.
I tak tego obiadu przy was nie zrobię – stwierdziła Paulina. Chwyciła za telefon i zamówiła pizzę. Poszła przełożyć ubrania z pralki do suszarki. Potem chciała wytrzeć narożnik, ale już przekładanie prania zostało przerwane przez marudzenie Julka.
Chłopiec, choć cały czas znajdował się na rękach matki, to miał już ochotę na zabawę w coś innego, niż kucanie przed dużym bębnem. Paula spróbowała go zabawić. W pewnym momencie udało jej się to na tyle, że przestał kaprysić.
Tomek, obładowany dwoma większymi kartonami i jednym całkiem malutkim, wszedł do domu.
Spotkałem rozwoziciela – oznajmił, kładąc pizzę na ławę w salonie.
Od progu Paulinie zdawał się być dziwny, taki chłodny, jakby zdystansowany.
Zejdź! – ryknął na Amelkę, która siedziała na komodzie i bawiła się niewielką piłką na sznurku.
Dziewczynka, jak na komendę, zeskoczyła, więc poszedł do kuchni umyć ręce. Paulina nie lubiła u niego tego zwyczaju. Jej zdaniem to umywalka w łazience była przeznaczona do mycia rąk, a nie zlewozmywak.
Zrobię herbatę – zaproponowała. Wzięła Julka z sobą.
Chłopic z zaciekawieniem obserwował jak mama otwiera szafki bez dotykania ich rękoma. Miały wbudowany czujnik, co miało zapobiec brudzeniu ich lśniącej powierzchni.
Odłóż go – przemówił nagle Tomasz. Jego głos miał takie brzmienie, jakiego Paulina się nie spodziewała. Był twardy i nieustępliwy, a ton wręcz rozkazujący.
Dlaczego? – zapytała, wrzucając torebeczki do poszczególnych kubków.
Odłóż – ponaglił, aż w końcu nie wytrzymał i zabrał syna z rąk żony. Przeszedł z małym do salonu, gdzie wsadził go do dużego kojca. Następnie wrócił się do kuchni, chwycił żonę za nadgarstek i ruszył w kierunku sypialni.
Trzymał na tyle mocno, że nie miała szans, by się mu wyrwać. Poza tym nie chciała urządzać szarpaniny na oczach dzieci, dlatego starała się za nim nadążyć.
Ledwie przekroczyli próg sypialni, a jej plecy dotknęły miękkiej pościeli. To wtedy spadłoby pierwsze uderzenie. Spadłoby, ale Tomek się zawahał. Zatrzymał dłoń dosłownie kilka centymetrów od twarzy żony. Sięgnął po pasek, który był w zasięgu ręki, bo od poprzedniego wieczora znajdował się na szafce nocnej. Taki zbieg okoliczności... po prostu zapomniał go schować.
Mam dość tego, że wracam do totalnego syfu – powiedział, odwracając żonę na brzuch. W pośpiechu złożył pas w pół i wprawił go w ruch.
W pierwszej chwili szok i strach odebrały jej mowę. Potem wydusiła z siebie, że mają troje dzieci, jakby to miało być usprawiedliwieniem na jego zarzut.
Nie przerwał po sekundzie od usłyszenia tych słów. To lanie trwało jeszcze jakiś czas. Na tyle długo, by uda i pośladki piekły. To pieczenie było jednak dalekie od bólu, jakby Tomasz nie przykładał się do wymierzanych ciosów, albo wręcz przeciwnie – przykładał się do ich złagodzenia.
Troje dzieci? – powtórzył po niej. Przestał klęczeć jednym kolanem na łóżku. Oddalił się na dwa kroki. – Ty zajmujesz się tylko jednym – zarzucił. Przeszedł do garderoby. Ze spokojem schował pasek do jednej z szuflad.
Kiedy wrócił, Paulina siedziała na łóżku. Starała się uspokoić drżenie rąk. Chciała też nie szlochać, ale łzy same cisnęły się do oczu i wdzierały do gardła, odbierając jej tym samym mowę.
Julek nie przechodzi kolek ani nie ząbkuje. Masz, do cholery, pół dnia. Przez te pół dnia nie robisz, kurwa, nic, tylko nosisz go na rękach. O nie, przepraszam, coś jednak robisz. – Pokazał swoją dłoń i w specyficzny sposób wprawił w ruch palce, jakby chciał jej oznajmić, że w opiece nad Julianem znajduje jeszcze czas na umalowanie paznokci.
Paulinie cisnęło się na usta „nie miałeś prawa”. Chciała zakomunikować mężowi, że nieważne co by się nie działo i czego by nie zrobiła, to on nie powinien jej bić. Chciała mu powiedzieć, że to co przed chwilą miało miejsce w ich sypialni było czynem karalnym, czymś za co mógł odpowiedzieć przed sądem. Nie miała jednak odwagi na wypowiedzenie choćby słowa. Ta słabość ją dobijała. Sprawiała, że pieczenie było znacznie bardziej odczuwalne. Piekło jakoś tak wewnętrznie.
Jak już przestaniesz wylewać gorzkie żale, to zapraszam na kolację. Udowodnię ci, że przy trójce dzieci da się gotować.


Przy okazji zachęcam do obserwowania grupy Projekt Prozaicy. Jeszcze w tym tygodniu będzie się tam działo. Możecie liczyć nie tylko na recenzje opowiadań i powieści amatorów, ale także na recenzje filmów, seriali, książek. A przede wszystkim możecie liczyć na wspólnie tworzone opowiadanie "Honor i respekt".
Przypominam: Projekt-Prozaicy