Autor tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autor zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autor bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczny, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

poniedziałek, 12 czerwca 2017

#50 – „Między alejkami” – Rozdział 7

Powrót do domu”

Daniel był człowiekiem, który miał dużo sił na wiosnę i zwykle tracił je jesienią. Tej wiosny postanowił regularnie biegać i jak zwykle znalazł powód, by nie utrzymać tego postanowienia i wymigał się od niego jeszcze nim pierwsze, jesienne krople deszczu zastukały o blaszany daszek budki, gdzie przygotowywano jego ulubiony kebab.
Zajadając tortille z dużą ilością ostrego i czosnkowego sosu, rozmyślał o dniu, gdy Kornelia stanęła przed drzwiami mieszkania, które zajmował, a które miał teraz w planach szybko wynająć.
Porozmawiajmy – nalegała.
Był wtedy taki bierny. Z jednej strony nie miał jej nic więcej do powiedzenia, a z drugiej nie mógł przecież w nieskończoność uciekać przed tą rozmową.
Stał w kuchni, oparty tyłem o szafkę ze zlewozmywakiem, a ona znajdowała się dokładnie naprzeciw niego, na tle białej tapety w różowe róże.
Co chcesz usłyszeć? – zapytał, nawet nie siląc się na uprzejmość zaproponowania kobiecie czegoś do napicia.
Na początek może to, dlaczego się wyprowadziłeś? – brzmiała jakby była pełna pretensji, nawet jej postawa na to wskazywała... te splecione na piersi ręce i wojowniczo uniesiony podbródek.
Wydaje mi się, że już to przerabialiśmy. Nie mogę ci dać tego czego ode mnie oczekujesz.
Nie wiesz tego na pewno! – uniosła się.
Jeśli tyle lat się nie udało...
Nawet nie spróbowałeś!
Czego nie spróbowałem!? Pieprzyć cię bez gumki!? Robiłem to połowę mojego życia! Myśmy się tylko za pierwszym razem zabezpieczali! – przypomniał.
Uspokój się – zażądała. – Nerwy nam akurat nie pomogą. Byliśmy szczęśliwi, nawet bez dziecka. Możemy nadal być.
Ty nie możesz.
I to powód, by z dnia na dzień zostawić żonę bez żadnych wyjaśnień!? Nigdy nie byłeś dojrzały, ale teraz przeszedłeś samego siebie. Mamy problem, to ty pakujesz walizeczki i... aż dziwne, że zamieszkałeś sam, a nie poleciałeś do mamusi.
Zamknij się!
Bo co? Uderzysz mnie?!
W życiu nie podniosłem na ciebie ręki – odpowiedział, ledwie się opanowując, by nie uczynić tego w tej chwili.
A szkoda! – wypaliła nagle. – Bo wiesz co? To by mniej bolało.
Ponownie przywarł plecami do szafki ze zlewozmywakiem i uniósł głowę do góry, na tyle mocno ją zadarł, że zdawał się obserwować sufit albo krawędź jaka tworzyła się w miejscu, gdzie ów sufit łączył się ze ścianą. Zeszkliły mu się oczy.
Twoja wyprowadzka dała mi do zrozumienia, że nic dla ciebie nie znaczę. Ty chcesz... Siedemnaście lat naszego wspólnego życia chcesz wywalić do kosza?
Widocznie twój ojciec miał rację.
Nie wyjeżdżaj mi teraz z moim ojcem. Już dawno jest w grobie!
Ale miał rację, byłem wtedy młody, ty też.
A teraz jesteś stary i ja też – stwierdziła, wzruszając niedbale ramionami.
Kornelia...?
Mój ojciec przewidział, że przy tobie nie skończę szkoły i że razem skończymy pod mostem – przypomniała. – Jakoś do tego nie doszło.
Przypadkiem. Dwa razy oblałaś maturę – przypomniał.
Każdy popełnia błędy. Ten akurat był mój, nie twój. Poza tym, ja o nas walczyłam i mam prawo wymagać tego samego od ciebie.
Walczyłaś?
A nie? Poszłam do sądu, by móc za ciebie wyjść, człowieku, a ty po siedemnastu latach małżeństwa wychodzisz z domu, gdy mnie nie ma. Niczym złodziej się wyprowadzasz!
Lepiej będzie ci z kimś innym, z kimś kto może ci dać to czego chcesz.
Nie wiesz czego chcę. Nie wiesz też, że ty nie możesz mi tego dać. Zrób chociaż badania albo jak nie chcesz, to ich nie rób, tylko wróć do domu.
Kornelia, to nie ma sensu.
Dla mnie ma. Poza tym nigdy nie spytałeś czy biorę pod uwagę inne możliwości, a brałam. Nawet już odwiedzałam domy dziecka, dowiadywałam się o adopcję.
Niby skąd miałem to wiedzieć!?
Wystarczyło ze mną porozmawiać, ale ty nawet nie chciałeś o tym słuchać!
Po co mówić o czymś czego nie możemy mieć!? – zdenerwował się i to tak bardzo, że nawet zmniejszył dystans, który istniał między nimi.
Właśnie ci tłumaczę, debilu do entej, że to coś co możemy mieć – warknęła przez zaciśnięte zęby, poruszając przy tym nerwowo otwartą dłonią. W końcu zebrała się na to, by go uderzyć, najpierw w klatkę piersiową, jakby chciała go odepchnąć, a potem w twarz.
Daniel wykazał się refleksem i ten drugi cios udało mu się zablokować.
Nie pozwalaj sobie. – Chwycił za jej nadgarstek i szarpnął tak, że przyszpilił ją do bocznej ściany. W ten sposób znaleźli się we wnęce utworzonej pomiędzy pralką, a lodówką.
Nagła bliskość, płytsze, ale za to szybsze bicie serc, to wszystko sprawiło, że krew zawrzała, dokładnie tak samo jak za młodych lat. On mokrą dłonią sunął po kobiecym udzie. Ona długie palce smukłych dłoni wplatała w jego gęste włosy.
A potem zjawiła się Julia, która była światkiem jedynie końca ich rozmowy, a właściwie to obecna była tylko i wyłącznie przy tym, jak Kornelia krzyczała na Daniela, że jest nienormalny. Gdyby zjawiła się dwie minuty wcześniej, być może usłyszałaby:
Tylko tyle potrafisz!? Przelecieć mnie, a potem powiedzieć, że to ostatni raz, bo wiesz lepiej co dla mnie dobre!? Jesteś popierdolony! Jesteś nienormalny!
Daniel Lalental tak naprawdę nie miał w planach widzieć Kornelię po raz kolejny w innym miejscu niż na sali podczas rozprawy rozwodowej. Nie chciał odbierać jej możliwości na bycie szczęśliwą, zabierać ostatnich chwil czasu, w którym jeszcze miała szansę na zostanie matką.
Plany Daniela jednak rzadko były wypełniane. Zawsze się gdzieś obsunął w czasie lub zmieniał porządek, który wcześniej ustanowił. Dlatego nie było nic dziwnego, że po SMS-ie jaki otrzymał od żony, gdy tylko włożył do komórki stary numer, to zdecydował się ruszyć w stronę domu.
W tym samym czasie zaniepokojona Julia szukała go wszędzie, gdzie tylko mogła. Odwiedziła więc wszystkie miejsca, które kojarzyły jej się z Danielem, także jego mieszkanie. Natrafiła na pana z psem, tego samego, dzięki któremu kilka dni wcześniej dostała się na klatkę schodową. Powiedziała mu kogo szuka, opisując Daniela możliwie jak najdokładniej.
Ma biuro nieruchomości. Gdzie ja widziałem ten szyld? – pytał samego siebie. – W, w... u weterynarza! To ten sam budynek – przypomniał sobie nagle i podał dziewczynie dokładny adres.
Temperatura pomału spadała, w powietrzu czuć było, że zima, która nastąpi po jesieni będzie sroga, ale tego popołudnia słońce wyszło zza chmur, więc Julia zdecydowała się na rozpięcie złotej kurtki.
Szła naprzeciw Daniela, tyle tylko, że po drugiej stronie ulicy. Nie zauważył jej, wyposażony w ciemne, okrąglutkie, przeciwsłoneczne okulary, dzięki którym był w stanie prowadzić z otwartym dachem nawet pomimo wiatru. Poprawił arafatkę, która osłaniała jego szyję i dawała złudne poczucie, że gardło mniej go boli.
Julia ruszyła szybciej, jakby chciała go dogonić, ale nie odezwała się ani słowem. Nie krzyknęła za nim, jakby nie miała pewności czy to on. Mężczyzna tego dnia nosił się zupełnie inaczej niż zwykle, jego włosy zdawały się być dłuższe, a krok bardziej sztywny, mniej chłopięcy. W ciszy więc weszła na klatkę schodową, gdzie po jednej stronie mieściło się biuro nieruchomości, a po drugiej gabinet weterynaryjny. W tym miejscu był też fryzjer, makijażystka oraz solarium. Przeczytała tabliczki:
BIURO NIERUCHOMOŚCI, DANIEL LALENTAL
GABINET WETERYNARYJNY, KORNELIA LALENTAL”
Połączyła fakty. Zrozumiała, że nazwisko jest dokładnie to samo, a siostra Daniela, przecież miała mieć męża. W Polsce, w państwie tak tradycjonalnym, ciągle nie było w modzie, by kobieta zostawała przy swym nazwisku panieńskim. Pomimo tego poszła dalej, po krętych schodach i zatrzymała się na półpiętrze, gdzie Kornelia, która wcześniej wypatrzyła Daniela z okna, już otwierała drzwi.
Młoda brunetka obserwowała jak pierwsza miłość jej życia zdejmuje okulary przeciwsłoneczne jedną dłonią, a potem przekłada je do drugiej ręki, by tą pierwszą móc położyć na policzku brązowowłosej. Pocałował ją w usta, potem się uśmiechał i przytulał. Dopytywał o coś.
Tak – padła odpowiedź z ust kobiety, szczęśliwej tak mocno, iż zdawało się, że byłaby w stanie góry przenosić.
Ona ruszyła w głąb pomieszczenia, a on zamykając drzwi. Stojąc do nich tyłem, pieszczotliwie klepnął żonę w jeden z pośladków i zapytał:
Ale moje piwo z lodówki nie zniknęło, prawda?
Zniknie gdy Zosia albo Antek się narodzi. Wolę byś dawał jej... jemu, jej dobry przykład.
Co jest złego w piciu piwa? – dziwił się, otwierając zapalniczką jedno z nich. – Myślisz, że moja Paskuda zgodzi się z Velvetem? – dopytywał, głaskając biszkoptowego labradora po dużym łbie. – Kochanie, kotek, pytam się o coś!? Nie chciałbym, by mi ją pożarł między obiadem a kolacją!? – nawoływał, podczas gdy ona przemywała ręce w łazience, przez co zupełnie go nie słyszała.
Mówiłeś coś? – zapytała, wchodząc do kolorowej kuchni, urządzonej w nieco starym stylu. Meble w pomieszczeniu sprawiały wrażenie, jakby każde było z innej parady, a mimo tego tworzyły nieodłączną i pasującą do siebie całość.
Wiele.
To teraz ja coś ci powiem. Złamałam paznokcia. – Pokazała serdeczny palec, wystawiając go dokładnie przed oczy męża.
Pocałuję. – Pochwycił jej dłoń i musnął delikatnie.
Od tego raczej nie urośnie.
Liczą się chęci, moja droga, chęci. – Wzruszył ramionami i uśmiechnął się łobuzersko, niczym mały, uroczy chłopczyk, do którego ani trochę nie pasowało butelkowe piwo, trzymane w drugiej dłoni. Daniel zdawał się stwierdzić tak samo, bo odstawił je do lodówki, nawet nie zważając na to, że butelka się przewaliła i ciągle z niej ubywa. – Uczcimy to, że zostaniemy rodzicami – postanowił.
Nie mogę pić.
Wiem, ale w samochodzie wożę szampana piccolo. Przejdę się po niego, a ty bądź tak miła i naszykuj kieliszki. I zróbże jakiś obiad. Mąż wraca do domu, a gary puste. – Podnosił pokrywki naczyń poustawianych na dużej, sześciopalnikowej kuchence. Trzaskał nimi. – To jest naprawdę nie do pomyślenia. W głowie się nie mieści.
To zabawne, ale tęskniłam za tym. Brakowało mi tego – powiedziała z uśmiechem na twarzy, gdy zaczął się do niej zbliżać.
Czego ci brakowało? Wakacje, wolne od prania, prasowania i gotowania trwały za długo? – dopytywał.
U nas to ty prasujesz – przypomniała, gdy wsuwał dłoń pod jej bluzkę, przez szeroki dekolt opadający do połowy ramienia. – Daniel! – zawołała, gdy on zdawał się być pochłonięty obmacywaniem.
Tak? Chcesz klapsa za brak obiadu? – zapytał, odbiegając na moment wzrokiem od jej twarzy i przenosząc go na puste garnki.
Zaśmiała się, ale krótko.
Bądź przez chwilę poważny, proszę.
Dobra. Myślę, że umiem, byle nie za długo. – Zaczął błądzić po jej ręce, zmierzając w stronę nadgarstka.
Był ktoś poza mną? Gdy się wyprowadziłeś... To trochę trwało. Spotykałeś się z kimś? – Postanowiła działać wprost, bez owijania w bawełnę. – Możesz być szczery, będziemy mieli dziecko, zaczynamy nowy rozdział. Cokolwiek zrobiłeś, to powiedz, nie będę ci wypominać.
Był... była. – Splótł swoje palce z palcami żony. Zawsze lubił smukłość jej dłoni, taką namacalną delikatność, która była zaprzeczeniem jej silnego charakteru i pewności siebie. – Spotykałem się z nią trochę, ale nie.... – Spuścił głowę, ale nie wypuścił jej dłoni z objęć. – Ja jej nawet nie umiałem pocałować, bo za każdym razem uświadamiałem sobie, że w życiu całowałem tylko ciebie tak jak mężczyzna całuje kobietę. Chciałem, by tak pozostało i nie mówmy więcej o tym, dobrze? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, gdy tylko dostrzegł, że zamierza coś powiedzieć, to zamknął jej usta pocałunkiem.