Autor tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autor zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autor bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczny, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

poniedziałek, 23 stycznia 2017

#4 – „Paulina” – Rozdział 1

Codzienność”

Paulina nawykła do jedzenia byle jak i byle czego. Zazwyczaj nie miała czasu na gotowanie, więc zadowalała się kebabami zakupowanymi na mieście lub innymi fast-foodami. Niemal każdy dzień zaczynała od mocnej, dużej, czarnej i nieprzyzwoicie słodkiej kawy, którą piła w biegu, jednocześnie dobierając ubrania, zakładając je na siebie i nakładając makijaż. Nierzadko też decydowała się na pomalowanie paznokci i to na ostatnią chwilę. Jej dni też w podobnym biegu się kończyły, tylko, dla odmiany, nie wieńczyła ich kawą, a herbatą, owocową, również nieprzyzwoicie słodką. Do tego dochodziły ciastka, maślane albo biszkopty, które konsumowała leżąc w łóżku, przez co na jej pościeli zawsze walały się jakieś okruszki. Kiedy miała nieco więcej czasu i nie była zmęczona, to decydowała się na włączenie kolejnego odcinka swojego ulubionego serialu, wcześniej biorąc z lodówki odpowiednie składniki do kanapek. Przygotowywała je w łóżku, w łóżku też je zjadała, wpatrzona w ekran swojego niebieskiego laptopa.
Tego dnia miała więcej czasu niż zazwyczaj. Zamieniła się na zmiany z koleżanką z pracy, przez co miała dzień wolny. Spędzała go z lekko przeziębionym Bartusiem – uroczym, rezolutnym czterolatkiem.
Chłopiec, odziany w błękitną piżamkę i opatulony brązowym kocykiem, siedział w kuchni, na narożniku i pomagał jej w obieraniu pieczarek. Pod pupą Bartka znajdowały się aż trzy poduszki, by umożliwić mu wygodne dosięgnięcie do stołu.
Czterolatek wrzucał obierki do jednej miski, a obrane pieczarki do drugiej. Podśpiewując, przypatrywał się Pauli, która robiła dokładnie to samo co on, czyli śpiewała, z tą różnicą, że ona też przy tym tańczyła i doprawiała wywar na zupę, który gotował się w dużym, kolorowym garnku, umieszczonym na średnim palniku gazowej kuchenki.
Bartkowi znudziła się piosenka, gdyż dobiegała już do końca i jak to zazwyczaj przy końcach bywa, powtarzany był w kółko jeden i ten sam refren. Sięgnął więc po pilot i nakierował nim na niewielką wieżę, postawioną na wysokiej, białej, pełnej magnesów lodówce. Z uroczym, pełnym zaangażowania, chłopięcym uśmiechem, wyśpiewał:
– „Ty jedna na milion, na całe życie...”
Nie leń się – zwróciła mu uwagę dwudziestodwuletnia blondynka, gdyż zauważyła, że dziecko bawi się w ustawianie basów i regulowanie głośności, zamiast w pomaganie jej przy przygotowaniu obiadu.
Sama się nie leń – odpyskował, ale powrócił do pracy. – Dziś wychodzisz? – bardziej stwierdził niż zapytał.
Słucham? – zdziwiła się i odwróciła, by na niego spojrzeć.
Miał włosy o bliżej nieokreślonym kolorze, które jej zdawały się być bardzo ciemnym blondem. Tego dnia oczka miał ciągle nieco podkrążone, a białka zaczerwienione, ale zapewniał od samego rana, że już się czuje o niebo lepiej, więc zdecydowała się nie ciągać go po lekarzach.
Dziś piątek, co piątek wychodzisz – śmiał zauważyć. – Już obrałem, mogę teraz pokroić? – dopytywał.
Możesz, tylko się nie przetnij – odburknęła i powróciła do mieszania w garnku. – To nie prawda, że co piątek wychodzę. Głupoty opowiadasz.
W tamten piątek wyszłaś i we wcześniejszy też, i wcześniejszy, i już sam przez to nie pamiętam kiedy byłaś na weekend w domu.
Nie mów jak babcia – warknęła szybko i rzuciła małemu ostrzegawcze spojrzenie kątem oka.
A co? Kłamiem?
Kłamię – poprawiła.
No właśnie, kłamiesz – przytaknął jej zadowolony. W uroczy sposób wzruszył przy tym ramionkami.
Paula zdecydowała się przemilczeć ten temat, a w odpowiedzi jedynie teatralnie westchnęła. Usiadła przy stole i pomogła chłopcu w krojeniu pieczarek, wrzucając je prosto na patelnię. Jej to szło o wiele sprawniej i wykonywała tę czynność w powietrzu, on natomiast na małej, plastikowej deseczce w kształcie jabłuszka.
Czemu tak właściwie gotujemy? – zapytał Bartuś, którego Paulina czasami nazywała pieszczotliwie Tosiek, od Bartosiek, albo Tusiek, od końcówki „tuś”.
A dlaczego nie?
Bo prawie nigdy nie gotujemy.
Mówił ci ktoś kiedyś, że za dużo mówisz?
Tak, pani w przedszkolu, jak kazała być cicho i patrzeć na bajkę, a ja już ją widziałem trzy razy i już nie mogłem na nią patrzeć.
Blondynka zaśmiała się. Z początku chciała to zrobić skrycie, ale nie dała rady się powstrzymać.
Gdybym miała więcej czasu, to bym częściej gotowała.
Gdybyś nie wychodziła co piątek i sobotę, to miałabyś więcej czasu. Tak mówi babcia.
Z dwojga złego, wolałabym byś cytował swojego ojca.
A co mówił mój ojciec?
Lepiej zmilczmy.
– „Lepiej zmilczmy”, mówił? Ale głupio – skomentował. – Był głupi?
Pojebany jak sto kilo gwoździ – wymsknęło jej się, ale po chwili zagadała chłopca rozmową o piosence, która właśnie wygrywana była z głośników. Była to jedna z ulubionych Tusia, więc przystał na śpiewanie, a tym samym też zrezygnował z rozmowy o ojcu.
Paulina zajęła się podsmażaniem pieczarek, a potem wrzuciła je do wywaru na zupę, wcześniej wyjmując z niej pałeczki kurczaka i podając je chłopcu.
Nie jedz od razu, gorące.
Podmuchnam! – krzyknął.
Podmucham – poprawiła.
Właśnie, podmuchnam.
Robisz to specjalnie – stwierdziła.
Ale co? – zapytał, wzruszając przy tym niewinnie ramionkami.
Blondynka ponownie zakończyła temat głośnym westchnieniem i postanowiła nieco oszukać, wsypując do garnka z zupą proszek na zupę z papierka. W ten sposób miała pewność, że wszystko wyjdzie, i że, nawet bez doprawiania, smak będzie odpowiedni. Bartuś już miał się odezwać, że babcia, gdy gotuje, co kobieta też czyniła niezwykle rzadko, nigdy nie dodaje nic z papierka, a jedynie z solniczków, ale postanowił lepiej zmilczeć, gdyż dobiegł go dźwięk otwieranych drzwi.
Babcia! – krzyknął, wyplątując się z koca i biegnąć do niej ile sił w nogach.
Kobieta, będąca nieco po czterdziestce, przykucnęła i rozłożyła szeroko ramiona, pozwalając, by jej jedyny wnuczek w nie wpadł, a wtedy ona mogła go uściskać i wycałować.
Kupiłam parówki, twoje ulubione, tygryski. – Wyjęła wspomniany produkt z siatki i podała go chłopcu.
Babcia kupiła parówki! – krzyknął, spoglądając w kierunku kuchni.
Paulina jest w kuchni? – zdziwiła się.
Echeś, gotujem. Ja pomagałem. – Wypiął dumnie swoją pierś do przodu. – Na obiad będzie pieczarkowa, a parówki zjemy na kolacjem – zadecydował z szerokim uśmiechem na twarzy i poszedł zanieść je do lodówki.

48 komentarzy:

  1. Ach, gdyby gromadka moich siostrzeńców w wieku 4 lat była tak obrotna w kuchni i w gadce. Bardziej by mnie przekonywało, gdyby Bartuś był trochę starszy.:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dlaczego starszy? Dziecko dziecku nie jest równe. Jedno jest bardziej rezolutne od drugiego. Bartuś jest bardzo rzeczywistym, choć wiem, że też zdarzają się dzieci, które na cztery lata nie potrafią sklecić zdania.

      Usuń
    2. Wiem, wiem, ale sposób, w jaki formuje on argumenty i doprowadza Paulinę do zdenerwowania pasowałoby mi raczej do starszego dziecka. :D

      Usuń
    3. Niekoniecznie. Sam mam dzieci i wiem, że zachowują się zupełnie różnie. Moja córka mając cztery lata sama chodziła do pobliskiego minimarketu na zakupy. Syna, który obecnie jest w wieku czterech lat nie wypuściłbym bez opieki na podwórko. Jest po prostu mniej rozgarnięty, za bardzo rozpuszczony i za dużo się z nim cackano, przez to nie jest ani trochę samodzielny.
      Zachowanie dzieci w dużej mierze zależy od wychowania.

      Usuń
    4. 4 lata i do marketu? :O To ryzykowne :p

      Usuń
    5. Tak jak mówię, wszystko zależy od wychowania. Ja mam 35 lat, za czasów mojego dzieciństwa dzieci nie prowadzało się za rączkę, a sześciolatki same chodziły do szkoły, sklepów osiedlowych, bawiły się całe dnie na podwórku. Swoje dzieci starałem się wychowywać podobnie, by były samodzielne, a nie takie przywiązane do matczynej spódnicy. Ja tam nie widzę ryzyka w pójściu do sklepu, gdy po drodze nie ma się nawet żadnej ulicy i nie mam tu na myśli marketu typu Tesco, a taki minimarket delikatesowy. Gdy dzieci bawią się przed domem, to mając jakieś pieniądze, same tam chodzą po cukierki, chipsy, napoje.

      Usuń
    6. To ja mówię ze swojej perspektywy - mieszkanki baaardzo bezpiecznego osiedla. :D Bałabym się puścić 4letnie dziecko same, wiedząc, że musiałoby przejść obok monopolowego i ulubioną miejscówkę, gdzie ochoczo spożywa się alkohole. To ten czynnik, na który nie ma się wpływu, czynnik zewnętrzny, różnych idiotów i zboczeńców, których nie brakuje. :c
      Ale takt faktem, dobrze wdrążać dzieci w domowe obowiązki itp. Oczywiście stosownie do jego możliwości. :D

      Usuń
    7. Wiele osób się nie zgadza z moim sposobem wychowania, ale nie zamierzam go zmieniać. Kiedy dwóch moich starszych synów było młodszych mieszkałem na jednej z najbardziej niebezpiecznych dzielnic Kalisza. Nie sprawiło to że zacząłem chować ich pod kloszem. Bawili się w piaskownicy, na której siedzieli alkoholicy. Biegali po klatkach słysząc z mieszkań krzyki domowych awantur. Czynników zewnętrznych nie da się zatrzymać, nie ma więc co dzieci uczyć, że świat to utopia bez wad, awantur, wulgaryzmów, alkoholu itd. Nigdy nie byłem za tym by dzieciom stwarzać Nibylandię z dzieciństwa.
      Jednak każdy wychowuje potomstwo jak chce. Ja po prostu jestem bardziej za starym modelem niż tym nowoczesnym.

      Usuń
    8. Może i tak, choć ja tam jestem za tym, aby dzieci nie dorastały zbyt wcześnie (zależy też, gdzie dla rodzica leży granica, czy coś jest wcześnie, czy późno). Jeszcze zdążą poznać i nacieszyć się złem świata. Mimo wszystko dzieciństwo powinno być dzieciństwem. W wychowaniu ważna jest równowaga i sposób uświadamiania, gdzie i kiedy można spodziewać się zła i jakiego. ;D
      Ale co ja się będę wymądrzać. xD

      Usuń
  2. Bartuś- uroczy choć ja nie przepadam za dziećmi. Trudno dużo powiedzieć po jednej części, ale jestem ciekawa dlaczego Paulina w tak młodym wieku ma już kilkuletnie dziecko ( ja wiem, że dla niektórych to normalne) i kim jest jego ojciec, ogólnie wielu rzeczy jestem ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja jestem ciekawy, dlaczego odgórnie stwierdziłaś, że to jej dziecko :)
      Pozdrawiam i cieszę się, że do mnie wróciłaś :)

      Usuń
    2. Jaki spoiler Tys... Moglam nie czytac komentarzy, bo nie bede miala niespodzianki. Cholera...

      Usuń
    3. Ale ja nie napisałem czy dzieciak jest jej, czy nie jest jej. Tak tylko gdybałem skąd taki wniosek, bo on ani razu nie powiedział do Pauliny "mamo" :)

      Usuń
    4. Bartek mówił do matki Pauliny ,,babcia" więc stwierdziłam, że to jej syn choć może się mylę i to tak naprawdę jest dużo bardziej skomplikowane ;)

      Usuń
  3. Dzień dobry.
    Choć wydaje mi się (choć ja mam jeszcze czas i wiele się może zmienić), że mamy inne podejście do wychowania dzieci, zgadzam się, że czterolatkowie, w zależności od środowiska, rodziców czy chociażby wrodzonych predyspozycji, mogą być w zupełnie różnym stadium rozwoju, jeśli chodzi o zdolność wypowiadania się czy w ogóle samodzielność. Też znam różne przypadki, różne dzieciaki... pamiętam nawet różnice z własnego przedszkola, przez mgłę, ale jednak.
    Muszę wreszcie wziąć się za coś Coelho... z czystej ciekawości, bo wiadomo, co o nim mówią (no termin coelhizmy jest bardzo wymowny), ale znajomy też słuchał dziwnych rzeczy, a przeczytał jego książki (chyba Weronika postanawia umrzeć i Alchemika), które okazały się niezłe, wcale nieprzepełnione laniem wody i pseudogłębią.
    Co do dyskusji spod poprzedniego posta, tak, wiem, szablony wyświetlają się różnie, mnie o to też niektórzy pytali, bo coś tam im ucinało i tak dalej... U Ciebie nie muszę się męczyć ze zmniejszaniem i kopiowaniem, bo włączyłam zamiast komputera laptop i tu wszystko już w porządku, mogę się skupić na lekturze.
    Czasami, widząc młode mamy, można bez problemu zauważyć, jak zmieniło się ich życie... no priorytety, no. Nie tylko chodzi o mniej czasu na makijaż i ogólnie dbanie o siebie, ale u niektórych mniejsze zwracanie na to uwagi. Kuzynka-młoda mama woli po pracy pobawić się z dzieciakami, ze starszym pogadać, a nie tak jak kiedyś. Tylko nie można przesadzać... jedzenie w biegu, fast-foody, całkowite poświęcanie się domowi i rodzinie...
    Niby taka niewielka pomoc, ale zawsze coś, miło się zrobiło, od razu zobaczyliśmy kontakt między bohaterką a Bartkiem. W dzisiejszych czasach rzadko się to obserwuję... Ja sama uwielbiam z mamą i siostrą trochę pogadać przy robieniu pizzy. Na ogół właśnie kroję pieczarki.
    (– Możesz, tylko się nie przetnij – odburknęła i powróciła do mieszania w garnku). Tylko to mi tak dziwnie zabrzmiało. Nie że czterolatek nie może kroić (choć swojemu bym chyba nie pozwoliła), ale te słowa matki jakoś... no tylko się nie przetnij... wiadomo w jakimś kontekście, znaczeniu, ale aż chcę się powiedzieć: no co Ty nie powiesz? Planowałem się przeciąć... No ale dzieciak, więc...
    Teraz czytam komentrze wyżej... och, ja też jakoś od razu założyłam, że to mama i synek. Nie wiem w sumie dlaczego.
    Ach, te babcie... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie jestem fanem Coelho, choć książki, z której pochodzi cytat na obrazku akurat nie czytałem. Kiedyś nadrobię.
      Ja mam bardzo staroświeckie podejście do wychowania i dziś jak patrzę na dzieciaki to nie ogarniam jak rodzice mogą nauczyć 4 latka obsługi tableta, a nie potrafią od niego wymagać samodzielnego przygotowania kanapki czy podgrzania parówki w mikrofali.
      Mnie irytuję i dzieci brak inicjatywy. U mojego syna denerwowało mnie, że zamiast ruszyć głową i podstawić sobie taboret, by po coś sięgnąć, on wolał przyjść i stękać, marudzić, gdy ja akurat byłem zajęty. Nie miałem oporów, by za taką niezaradność skrzyczeć i nie żałuję, bo wypłakał swoje, ale teraz przynajmniej z takimi pierdołami sobie radzi, zamiast oczekiwać od rodziców, że będą jego służącymi. Jednak sposobów na wychowanie jest wiele i ja nigdy nikogo (prócz żony) nie zmuszałem, by robił po mojemu. Krótko mówiąc — jego dzieci, jego sprawa.
      Ja nigdzie nie napisałem, że Pauliny sposób żywienia i malowanie się w pośpiechu, to wynik poświęcenia dla rodziny. Ona po prostu ma już taki styl bycia, życie na ostatnią chwilę.
      Faktycznie, są młode matki co zderzyły się z rzeczywistością i zaniedbały siebie, swój wygląd dla dzieci, by spędzić z nimi wiele czasu. Osobiście jednak uważam, że te 20-30 minut siedzenia w łóżeczku dziecku by nie zaszkodziło, a ona zrobilaby makijaż, wystroiła się względnie i sama z sobą lepiej się przez to czuła. Ja sam lepiej się czuję, gdy nie chodzę taki zaniedbany, a że pracuję fizycznie i na budowie to zdarza mi się i tu tych kilka chwil dla siebie samego jest konieczne, choćby po to by pozbyć się brudu na rękach i pod paznokciami.
      Co do rozmów przy gotowaniu, to u mnie zawsze przy krojeniu na sałatkę, w takim większym gronie, gramy w jakieś skojarzenia czy "zgadnij co widzę". Miło takie zabawy wspominam.
      Dzieciom mówi się takie oczywistości "mogę się iść pobawić na dwór", "Tak tylko bym cię z okna widział", "Zrobię herbatę", "Tylko się nie oparz". To raczej jest takie odruchowe, a Pauliny burczenie spowodowane tym, że ona nie lubi gotować i stanie przy garach ją zwyczajnie męczy. Ja tego nie rozumiem, bo mnie nigdy nie meczyło, ale już moja żona o gotowaniu wyraża się tak jak o jakimś pobycie w piekle.
      Właśnie większość założyła, że to mama i synek, a ja nie wiem na jakiej podstawie.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  4. Jakoś wybitnie mnie ta część nie porwała, po prostu nie moja tematyka, to nie jest coś na co będę czekać z utęsknieniem, ale czytało się całkiem przyjemnie, zwłaszcza dzięki Bartkowi, uwielbiam postaci takich dzieciaków, jest inteligentny, rezolutny i wygadany, czyli ma najbardziej uwielbiane przeze mnie cechy. Co do samej Pauliny, to nie mam o niej zdania, mogę tylko stwierdzić, że wydaje się być zwykłą młodą kobietą, a rozumiem że taki właśnie był zamiar, pokazać zwykła kobietę i jej życie. Więc chyba się udało. Ciekawa jestem o co chodzi małemu z coweekendowymi wyjściami Pauliny, taka z niej imprezowiczka czy może ma jakąś dodatkową pracę? A co do opisów jej trybu życia to muszę przyznać że super, jak to czytałam od razu miałam przed oczami siebie z czasów liceum kiedy wszędzie się spóźniłam, bo 15 minut snu było ważniejsze od śniadania czy starannego makijażu, piękne czasu xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie o to mi chodziło, by przedstawić najzwyklejszą młodą kobietę i jej życie, w które nagle wkracza Tomasz. Poczytasz dalej, to poznasz Bordycha.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  5. Dobry wieczór. Pora jeszcze wczesna, a mnie zaciekawił opis historii. Nie przepadam za czytaniem w realiach polskich. Nir wiem od czego to zależy i czemu akurat tak mam, ale trudno mi zawsze się przekonać do tego, aby przeczytać historie, której akcja dzieje się w Polsce. Zdecydowałam się jednak na razie zostać. ^^
    Paulina wydaje się być naprawdę zwyczajna młoda kobieta. Nie chce od razu jej wrzucać do worka z innymi, zwykłymi kobietami, dlatego z oceną tej postaci pojawię się trochę później. ;) Ah, tak jak nie lubię dzieci tak Bartek jest uroczy. :D Sama byłam zdziwiona tym, że taki maluch tak pomaga w kuchni. Wiem jednak, że dzieci są różne. Przykładem może być moja kuzynka, która w wieku dwóch lat mówiła bardzo płynnie, a mój brat będąc w tym samym wieku jedynie mówił po swojemu. I teraz mając trzy latka człowiek sobie z nim nie pogada, a za to z nią można prowadzić dyskusje bez końca. :D
    Myślałam, że to jej dziecko. Zwłaszcza po tym jak zjechała jego ojca, ojć, nieładnie takich słów przy dzieciach używać. :D I myślę też, że gdyby miała dziecko nie wychodziłaby co piątek. Jednak wiadomo, matki mogą być różne. Dalej nie wiem czy to jej dziecko czy nie. Do kobiety mówi babciu, więc może... Ewentualnie zostaje możliwość, że to dziecko jej siostry/brata. =)
    Trochę krótki był ten rozdział, ale jak na początek wydaje mi się być w porządku. Nie za dużo w nim, nie za mało. :) Zobaczymy jak długo wytrwam w polskich realiach. Obyczajówki lubię, więc może akurat się przekonam z kolejnymi częściami jeszcze bardziej. ;)

    Pozdrawiam serdecznie,
    Ice Queen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja nie chcę przekłamywać rzeczywistości, dlatego wolę przedstawiać historie dziejące się w Polsce, bo te realia znam, są mi bliskie. Poza tym sam mam wręcz odwrotnie i zwykle unikam opowiadań, które dzieją się gdzieś indziej, bo za dużo się już ich naczytałem i... no cóż, moda, ale żaden potencjał tych miejsc nie został wykorzystany. Choćby taki Londyn czy Paryż - piękne miejsca, a opisów zwykle co na lekarstwo, szkolnictwo w systemie polskim, nawet obyczajowość i kultura nasza, więc... jaki sens wylatywać z taką historią poza granicę naszego kraju? Ja nie wiem.
      Tutaj powód osadzenia wszystkiego w Polsce ma też takie znaczenie, że chciałem, by kobiety mogły się w jakiś sposób z Pauliną utożsamiać, by ona mogła im się wydawać bliska, tak jak siostra, przyjaciółka, sąsiadka.
      Tu rozdziały są bardzo krótkie. No i znowu zależało mi na tym, by opowiadanie było niemal dla każdego, nawet dla tych co niekoniecznie lubią rozbudowane opisy, nawet dla tych zabieganych. Miało więc się czytać szybko, sprawnie, a przy tym być zrozumiałe.
      Każdy rozdział, to jeden wątek, taka jedna, ważna lub mniej ważna sytuacja.

      Usuń
  6. Bardzo... sielankowy rozdział. Przyjemny do przeczytania, choć nie wiem dlaczego, na początku przeczytałam, że chłopiec ma 14 lat. Naprawdę dziwnie czytało się niektóre fragmenty, póki się nie zorientowałam, że źle przeczytałam :)
    Dziękuję za zaproszenie i tylko tak powiem przy okazji, że opis, który mi przysłałeś jest za długi! Opis ma być krótki, chwytliwy, zachęcający, ale nie tak długi...
    Weny, czasu i sprawnego kompa
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opis serii, w sensie książki jest krótki, a to co wrzuciłem to takie wyjaśnienie o czym jest pierwszą część.

      Usuń
  7. Pamiętam jak czytałam "Paulinę" na tamtym blogu i wtedy najwidoczniej nie doczytałam czegoś, bo cały czas byłam święcie przekonana, że Bartuś jest synkiem Pauliny, po czym odpowiedziałeś na mój komentarz coś w stylu: "a skąd pomysł, że Paulina jest jego matką"? Także postaram się czytać tym razem ze zrozumieniem.
    Bartek jest uroczy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ja na początku ani razu nie napisałem wprost czyim Bartek jest synem, ale jednak nigdy Pauliny nie nazwał mamą, więc się zastanawiałem skąd większość wyciąga wniosek, że to jej synek.

      Usuń
  8. Biorąc pod uwagę, że nie bylam na bieżąco z twoją twórczością, teraz sama nie wiem, co myśleć, o tym, że wszystko wrzuciłeś na jednego bloga i w dodatku jestem zmuszona czekać, do publikacji opowiadania, które akurat czytałam.
    Na razie przeczytałam ten rozdzial, ale stwierdzam, że mogłam sobie darować czytanie tego czegoś, zwanego wstępem? Za bardzo zobrazowałeś mi, co si właściwie wydarzy, w sensie, że Paulina zwiąże się z kolesiem, który ma być damskim bokserem. To z miejsca skreśla go w moich oczach i od początku nawet nie będzie cienia szansy bym go polubiła. Szkoda. Wolałabym być zaskoczona takim obrotem spraw niż się o tym już dowiadywać.
    A co do samego rozdziału, był lekki, taki beztroski. Bartuś jest uroczy i podoba mi się jego inteligencja. Matką może i nie jestem, ale widziałam już różne dzieciaki, dlatego nie dziwi mnie, że Bartek wydaje się nieco dojrzalszy jak na swój wiek? Nie wiem czy to dobre określenie. :D
    A Paulina to taka zwykła kobieta. Nic szczególnego, powiedziałabym, że jedna z wielu. ;) Na razie ie wiem, czy ją jestem w stanie lubić, czy nie. Zobaczymy, co jest dalej.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o przenosiny, to Ty zrobiłaś coś podobnego i też minie wiele czasu zanim opowiadanie będzie na tym etapie na jakim ja skończyłem je czytać.
      Co zaś tyczy się wyjaśnienia, to być może wbrew temu co wiesz o Tomku dasz radę obdarzyć go sympatią, albo chociaż zrozumieć, być może nawet mu współczuć. Tutaj nic nie jest tak do końca przesądzone.
      Paulina miała właśnie taką zwykła zwyczajna być.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Nie oczekuję przeprosin, jestem świadoma, że postąpiłam podobnie. Z drugiej strony, ty chyba nie będziesz ingerował w treść, a ja swoje opowiadanie diametralnie zmieniłam. ;) Ale, jakby co, nie gniewam się. ;)

      Usuń
    3. Akurat w treść tego opowiadanie nie ingerowałem znacznie. Zmienił się tylko powód pierwszej randki. Jednak już w inne opowiadania będę ingerował i w treść i w fabułę, a w jednym nawet zmieniał sposób narracji.
      Nie odebrałem tego tak, jakbyś oczekiwała przeprosin, ująłem to bardziej żartem. Ogólnie ostatnio zauważyłem, że ludzie wymagają od innych tego czego sami nie robią.

      Usuń
  9. Witam,
    Zostawiłeś u mnie reklamę, a że mam trochę wolnego czasu, to postanowiłam przeczytać i szczerze, to mam mieszane uczucia. Ogólnie wolę fantastykę, ale zwykłym historiom też daję szansę. U Ciebie mam problem z językiem... Niektóre słowa dziwnie mi się czytało, ale nie wiem od czego to się wzięło. Może chodzi o rejon Polski, albo zwyczajnie ze mną coś jest nie tak. ;) O samej treści za wiele nie powiem, bo nie wiem zwyczajnie co. A może tyle, że głowna bohaterka przypomina moją koleżankę (też Paulina, też jada w łóżku, tylko poza okruchami na pościeli ma ślady ketchupu^^).
    W komentarzach przeczytałam, że większość stwierdziła, iż Bartek to syn Pauli, a ja byłabym skłona powiedzieć, że to jej siostrzeniec. Pewnie w dalszych rozdziałach jest to wyjaśnione, ale nie dotarłam jeszcze.
    Co do szoku, który był wywołany tym, że mały ma cztery lata i jest taki rozgarnięty. Mój chrześniak ma dwa latka i też obiera pieczarki (swoim plastikowym nożykiem), a gdy ręcznikiem kuchennym przewiązali mu uchwyty od szuflad, żeby nie otwierał, to poszedł po ten swój nożyk i próbował ów ręcznik przeciąć. A jak był ostatnio u fryzjera, to krzyczał, żeby mu uszów nie poobcinać... Tak więc dzieciaki są różne...
    Obecnie nie wiem czy zostanę na dłużej, przeczytam kolejny rozdział i zobaczymy.
    Chciałam napisać coś jeszcze, ale zapomniałam, tak więc jak mi się przypomni, to najwyżej napisze jeszcze raz. :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja żona, też Paulina i też jada w łóżku, więc może to ma jakiś związek z tym imieniem. Nie wykluczam tego w każdym bądź razie.
      Przywykłem już do tego, że czytelnicy, chyba z przyzwyczajenia do bardzo prostych, schematycznych opowieści, idą po najmniejszej linii oporu i dopowiadają wszystkiemu najprostsze, typowe z rozwiązań. Dlatego pewnie uznali, że Bartosz to syn Pauliny, choć ten ani razu nie powiedział do niej mamo.
      Dzieci są różne. Chrześniak widzę rozgarnięty, taki bardzo logicznie myślący jak na swój wiek.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  10. Bartuś to bardzo rezolutny chłopiec, fajnie że jest taki samodzielny i pomaga w kuchni, dzięki temu lepiej poradzi sobie w dorosłym życiu. Paulina natomiast to trochę zabiegana kobieta, choć trochę szkoda że w weekendy nie bywa w domu bo widać że Bartusiowi tego brakuje, ale jak każdy ma swoje życie. Zastanawia mnie kto jest jego mamą, bo raczej nie jest to Paulina. Rozdział fajny, tak więc czytam dalej :) Pozdrawiam W Otchłani Nadziei.
    http://w-otchlani-nadziei.blogspot.com/

    Ps. Dodaję komentarz jako anonimowy, bo inaczej nie chce dodać. Będę się podpisywać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego inaczej nie chce się dodać komentarz? Wina leży po mojej czy twojej stronie?
      Bartuś faktycznie rezolutny, ale to raczej kwestia wychowania niż dobre geny - ja przynajmniej jestem takiego zdania, że i więcej dziecko uczy się za młodu, tym lepiej potem dla niego, bo nie ma takiego nagłego przebudzenia się z ręką w nocniku.

      Usuń
    2. Dariuszu powiem szczerze że nie wiem po czyjej stronie leży wina ale raczej po mojej.
      Ja też jestem zdania że im szybciej dziecko zacznie radzić sobie w kuchni i innych codziennych czynnościach tym lepiej dla niego.

      Usuń
    3. Tyko trzeba pamiętać, że nie wszyscy mamy takie same zdolności. Jedno dziecko lepiej radzi sobie w kuchni, a inne no woli pracę remontowe czy sprzątać. Tak jak jedno ładniej pisze, a drugie szybko liczy. Jasne, że dobrze umieć wszystko, ale nie da się we wszystkim być najlepszym.

      Usuń
  11. Jak zapowiadałam, tak się pojawiłam. Natomiast mam pytanie - czy to opowiadanie zostanie opublikowane do końca, bez przeskoków między innymi historiami? Przyznam się, że czuję lekki niesmak po poprzednim opowiadaniu, z którym zostałam w połowie, a nie lubię tak czytać.
    Jest też coś, co w opisie bardzo mi się nie podoba.

    "Skoro mężczyzna ją napisał, to myślę, że daleko tu do babskiego, nudnego, przesłodzonego romansu."

    Nie umiem tego do końca wyjaśnić, ale to brzmi tak, jakby babski romans był na jakimś dnie pisarskim, którego sięgają tylko kobiety, a to nie jest prawda ;p Faktycznie facet nie napisze babskiego romansu, ale może napisać gorszy śmietnik uczuciowy, który będzie nudny, przesłodzony i szablonowy (po męsku, ale wciąż).

    No ale to tyle słowem wstępu.

    Historia zapowiada się ciekawie, chociaż Bartek nie zachowuje się jak czterolatek. Nie chodzi mi o samodzielność, bo znam samodzielne dzieci, ale bardziej o sposób wypowiedzi. Poza drobnymi błędami językowymi, on mówi zbyt poprawnie, za bardzo elokwentnie, co na czterolatka zbyt wiele. Dziecko może dużo gadać już w wieku 2 lat, ale to mimo wszystko okres uczenia się słów i operowania trochę inną gramatyką, nieco prostszą. Ale może mam takie wrażenie dlatego, że on po prostu rozmawia z Pauliną "jak równy z równym", nie widać między nimi różnicy emocjonalnej. Tak czy inaczej zachowanie mi przy nim pasowało do takiego dziewięciolatka, może ze 2 lata młodszego, ale cztery to już nie ;p Za dorosłe to zachowanie.
    Ale z drugiej strony cieszę się, że nie jest to też taka mała ciapka, kompletnie niesamodzielna, co nie umie butów zakładać.
    Historia zaczyna się dosyć podobnie jak ta poprzednia, co czytałam o Kornelii. Chodzi mi o klimat i problematyką. Ale jeszcze nie będę oceniać, bo na to przyjdzie czas.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsza część serii, czyli "Paulina" zostanie opublikowana do końca, bez przeskoków. Dopiero po niej ruszy kolejne opowiadanie, bo będę chciał na chwilę odpocząć od serii "Nie jesteś sama".
      Nie chodziło mi o to, że babskie, przesłodzone romanse są złe, ale jedynie o to, że to opowiadanie jest czymś innym, choć zaczyna się w taki sposób, jakby podążało pewnym schematem.
      Pozostanę przy swoim zdaniu, że jeśli dziecku poświęci się czas, to będzie ono wypowiadało się w miarę poprawnie, budowało logiczne i długie zdania, a nawet miało ciętą ripostę w wieku już trzech lat. To tylko kwestia spędzonego z dzieckiem czasu, nauki oraz wypowiedzi jakimi samemu operuje się przy tym dziecku. Jeśli z dzieckiem rozmawia się jak z dorosłym, a nie z dzieckiem, to ono się dostosuje, bo nie będzie znało innego sposobu prowadzenia rozmowy, po prostu nawyknie. Znam co najmniej kilkoro dzieci w wieku powyżej trzech, a mniej niż sześć lat, które zachowują się podobnie do Bartka, a nawet wolą spędzać czas z dorosłymi niż z dziećmi. Znam też dzieci co mając pięć lat nie potrafią się przywitać i przedstawić, ani bułki posmarować i obłożyć. Wszystko to zależne jest od tego czego od dziecka wymagają najbliżsi, jak je traktują, jakich rzeczy uczą. Zgodzę się więc z tobą, że nie każde dziecko jest jak Bartek, właściwie w dzisiejszych czasach to coraz mniej takich Bartków.

      Usuń
  12. Bartus bardzk mi przypomina mojego prawie 3 latka rowniez nie da sie go przegadac a jak cos powie to sama nie wiem czy mam sie cieszyc ze tak szybko sie rozwija czy plakac jak to ja sobie z nim dam rade w okresie dojzewania skoro teraz potrafi tak odpowiedziec ze az nie mam zadnych argumentow ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dzieci już tak mają, że czasami potrafią dowalić. Istnieją milczące czterolatki i rozgadani, rezolutni nawet dwulatkowie, a wszystko to kwestia wychowania, genów, cech z jakimi człowiek się rodzi, charakteru.

      Usuń
  13. Witam,
    znalazłam więcej czasu, więc postanowiłam skomentować Twoje opowiadanie :)
    Zaczyna się ciekawie, choć na razie ciężko stwierdzić o czym będzie dalsza historia.
    Zastanawiam się, czy Bartuś jest dzieckiem Pauliny, bo zwraca się do niej bezpośrednio, a myślę, że jakby była jego mamą to by to słowo się gdzieś pojawiło w tekście. Z kolei do mamy Pauliny, krzyknął per babcia, więc może jest to jakieś nowoczesne wychowanie dziecka, sama nie wiem.
    Czytam dalej żeby się dowiedzieć, bo zaczyna się zachęcająco :)

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć,
      Moim zdaniem zaczyna się prosto, banalnie, zwyczajnie (będę skromny).
      Kombinuj, kombinuj, kim jest ten Bartuś.

      Usuń
  14. Przyznam, że początek opowiadania czytam chyba już czwarty raz. Zawsze brak czasu albo co innego. No i ten raz był najlepszy, najbardziej mnie jakoś wciągnął. Mimo że fragment raczej krótki. Lubię taką prostotę codziennego życia, oczywiście jeżeli nie pisze się tylko o niej. Zaskoczyło mnie, że babcia mówi do Bartka, gdzie jest "Paulina", a nie mama... Nie jest jego mamą? Wydawać by się mogło, że jest, przynajmniej schematyczne myślenie tak nakazuje ;P. Cóż chyba idę dalej, bo właściwie tutaj to wiele powiedzieć nie mogę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat to opowiadanie to taka obyczajówka, wiec jest w nim ukazana właśnie prostota i trudy życia codziennego.
      Schematyczne myślenie to zmora ludzkości, przez to często wyciągamy błędne, czasami całkiem odwrotne wnioski :)

      Usuń
  15. Zauważyłam w niektórych powyższych rozdziałach, jak piszą Ci, że Bartek jak na czterolatka wysławia się doroślej. Cóż... w tym aspekcie Cię poprę, bo mam żywy dowód, jak moja siostra, która jako czterolatka potrafiła dobrze i składnie zbudować zdanie, których ja nie potrafiłam wymówić, a jestem od Kasi o rok starsza, więc... :) Potrafiła powtarzać każde usłyszane słowo, nawet przekleństwa. Do nas kiedyś przychodził do rodziców znajomy i co drugie słowo w zdaniu mówił "kurwa". Kasia to wychwyciła i powiedziała: "Tato, tato, był tu taki pan, co mówił ciągle kulwa i kulwa."
    Trzeba uważać, co się mówi przy dzieciach, bo niezależnie od wieku, potrafią znienacka zaskoczyć^^ Dlatego mam nadzieję, że Paulina będzie następnym razem uważać, heh :D

    Pozdrawiam Cię i do spisania w następnym rozdziale :) Nie wiem, kiedy to nastąpi, ale będę powoli nadrabiać rozdziały. Masz je akurat niedługie, co dla mnie pasuje w tej chwili :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja też przy dzieciach nie uważam. Nie używam co drugiego słowa "kurwa", ale czasami w wypowiedzi pojawia się wulgaryzm, podnosi wydźwięk. Dzieci szybciej usłuchają kogoś kto wrzaśnie "Uspokój się, kurwa, w tej chwili!" niż "Dzieci, spokojnie, nie popychamy się, bądźcie grzeczni". Ja zawsze tłumaczyłem dzieciom, że przekleństwa to jak alkohol i papierosy, zarezerwowane dla dorosłych i jak będą dorośli, to będzie ich wybór czy z tych rzeczy korzystać. Nie wiem na ile to wychowawcze, na ile dobre, ale ja się nigdy nie przejmowałem co myślą inni, bo to nie ich dzieci, a moje. Zawsze robiłem to co ja sam uważałem za słuszne, a nie co inni.

      Usuń
  16. Hej ;)
    Cieszę się, że nareszcie tu jestem. Przeczytałam dokładnie opis opowiadania, wstęp i teraz rozdział pierwszy. Z opisu zapowiada się na całkiem dobrą, obyczajową historię i mam nadzieję, że taka właśnie będzie. Przyznam, że jesteś jedną z niewielu osób, jakie czytałam do tej pory, które umieją stworzyć interesujący klimat i historię właśnie w charakterze obyczajowym, gdzie pokazuje się życie codzienne - typowe lub nietypowe, ale jednak ma się do dyspozycji, tylko i aż, zwykły świat i szarą rzeczywistość. Będę czytać regularnie kolejne rozdziały, przynajmniej jeden na dzień/dwa dni.
    Co do samej historii, rozdział pierwszy stanowi niejako jedynie wprowadzenie, postać Bartka jest na razie najbardziej wyrazista i zapada w pamięć, może z mojej lekkiej słabości do dzieci, a może z tego względu, że dialogi i dziecięce odzywki były naprawdę fajne.

    Weny i do przeczytania!
    AA.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, nie ma pośpiechu, ja się nigdzie nie wybieram i daleko nie ucieknę ;)
      Ja właśnie chyba najlepiej się czuję w obyczajówkach, romansach, kryminałach pod warunkiem, że wszystko nacechowane jest takim realnym życiem. Bo nawet jeśli nietypowym dla nas, to typowym dla innych czasów, innej kultury, czy po prostu dla ludzi żyjących na innym poziomie drabiny hierarchii społecznej. Ja swojego czasu obracałem się w przeróżnych środowiskach i chciałbym tę wiedzę (w pewnym sensie niepotrzebną) jakoś wykorzystać, choćby podczas takiego amatorskiego pisania. Za to chyba nigdy nie stworzę dobrej fantastyki...
      Ja jakoś lubię dzieci w moich opowiadaniach i staram się im poświęcić nieco uwagi, by nie były tylko takim dodatkiem dopełniającym rodzinę czy scalającym ludzi. Chcę, by miały swój charakterek, każde jedno.

      Usuń
  17. Interesująco się zapowiada. Na twojego bloga dotarłam przez przypadek i zostanę z pewnością na dłużej ^-^ Nie często spotyka się dobrze napisane opowieści na blogosferze (a przynajmniej ja mam trudności ze znalezieniem ich), więc cieszę się, że znalazłam twoje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie wiem czy ta opowieść jest dobrze napisana. Pewnie nie. Ja chciałem jedynie przedstawić pewne relację międzyludzkie czytelnikom, napisać jakąś historię, a nie bawić się w rozbudowywanie. To od początku opowiadanie, krótkie, szybkie i nigdy nie miało osiągnąć rozmiarów powieści.
      Pozdrawiam i dziękuję za miłe słowa.

      Usuń