Autor tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autor zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autor bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczny, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

czwartek, 27 kwietnia 2017

#34 – „Zbrodnia w miasteczku” – Rozdział 1

Niesforny dziesięciolatek”

Podniszczone skórzane buty stukały o stare deski, którymi wyłożona była podłoga niemal w całym budynku szkolnym. Nauczyciel przechadzał się środkiem sali, od tablicy do ściany na końcu, która w całości zastawiona była meblami i szklanymi gablotami. Na jednej z komód stało nawet akwarium z rybkami. Mężczyzna trzymał w dłoniach książkę i odczytywał formułkę, mówiącą o tym, że człowiek jest istotą społeczną.
Co to znaczy społeczną, Bosca? – zapytał nagle i odwrócił się na pięcie w połowie drogi. Spojrzał na drugą ławkę, w której kilka dni wcześniej sam usadził dziesięcioletniego Antonio.
Pyzaty na buzi chłopiec, którego policzki i nos zdobiło kilkanaście piegów, przerwał swoją zabawę w kręcenie monety za pomocą pstrykania palcem, pomimo że był bliski wygranej z kolegą z ławki, który mierzył mu czas za pomocą nowego zegarka zakładanego na rękę.
Ale ja byłem cicho, panie nauczycielu – odpowiedział spokojnie, jednak z miną dotkniętego niesprawiedliwością dziecka.
Rivera podszedł bliżej ucznia i wyciągnął jedną dłoń przed siebie.
Oddaj to czym się bawiłeś i odpowiedz na pytanie.
Ale jak to oddaj? Całość? – zdziwił się, przez co jego oczy zrobiły się wielkie niczym spodki, a usta otworzyły i utworzyły kształt litery „o”.
Eche – odburknął nauczyciel i nerwowo potrząsnął dłonią.
Ale to pięć pesetas. To stanowczo za drogo – zauważył Antonio i mocniej zacisnął pięść, w której trzymał srebrną monetę. – Gdyby pan chociaż rozmienił i pobrał mniejszą opłatę, to wtedy mógłbym nawet przystać na pańską propozycje, panie nauczycielu.
Większość dzieci, siedzących na drewnianych krzesełkach, nie potrafiła opanować śmiechu. Sam Pedro Rivera nie potrafił tego uczynić i choć starał się zamaskować rozbawienie, to kurze łapki i tak wystąpiły w kącikach jego oczu.
Schowaj pieniądz do kieszeni, zanim się rozmyślę – przemówił do ucznia, a potem, słysząc gwar jaki zapanował w pomieszczeniu, zdecydował się na sięgnięcie po drewnianą linijkę i uderzenie nią kilka razy o blat biurka. – Cisza! Spokój! – wrzasnął.
Te dzieci, które zdążyły już odwrócić się do tyłu lub zasiąść na krzesełkach bokiem, ponownie spojrzały w kierunku tablicy. Gwar ucichł.
Jeśli ktoś odważy się pisnąć choćby słówko, to mu przyłożę – zagroził Rivera i odrzucił narzędzie na biurko. – Antonio nam powie co to znaczy, że człowiek jest istotą społeczną albo chociaż to jakie zna inne istoty społeczne.
Pedro czekał na odpowiedź, chłopiec jednak nic nie mówił. Wpatrywał się w bruneta, a przy tym kąciki jego ust delikatnie unosiły się ku górze i wykrzywiały w cwaniackim uśmieszku.
Antonio – poganiał go nauczyciel.
Antonio nic nie powie, bo nie wolno pisnąć ani słówka – odpowiedział szybko dziesięciolatek, a potem teatralnie przyłożył obie dłonie do buzi, jakby mu się tylko przypadkiem te słowa wysmyknęły.
Rivera przymknął powieki i ze zdenerwowania zazgrzytał zębami. Opuścił dłonie, ale nie upuścił przy tym książki. Poklepał się nią po udzie i podszedł do biurka. Chwycił w drugą dłoń drewnianą linijkę i podszedł z nią do chłopca. Trącił końcem o ramię dziecka.
Ręka przed siebie – wydał polecenie.
Dziesięciolatek przełknął ślinę i rozejrzał się po klasie, jakby chciał sprawdzić przed iloma osobami wyjdzie na tchórza, jeśli zdecyduje się schować dłonie za plecami. Z uczniów byli niemal wszyscy, w tym także Teresa, która tego dnia miała długie, blond włosy splecione w dwa warkoczyki i zakończone fioletowymi kokardami. Postanowił więc nie psuć swojej opinij hardego łobuza i wyciągnął dłoń przed siebie wierzchem do góry. Zamknął oczy i odwrócił głowę w stronę kolegi siedzącego obok, by czasami w ostatniej chwili nie stchórzyć. Usłyszał jak opadający na jego rękę, drewniany przedmiot zaświszczał w powietrzu. Potem do jego uszu dobiegł huk uderzenia, a następnie znajome już pieczenie i ból tak silny, że zmusił go do wsunięcia dłoni między uda, zgarbienia się i łez, które pomimo że nie płakał, to i tak stanęły w jego oczach.
A teraz pomyśl i odpowiedz w końcu na moje pytanie. Jakie zwierze, twoim zdaniem, żyje w społeczeństwie?
To te co żyją w grupie? – zapytał, krzywiąc się ciągle z bólu i jednocześnie spoglądając na nauczyciela.
Wymień choć kilka.
To, to, to... wilki?! – wykrzyknął pytająco.
Mogą być, mają watahę. Jakie jeszcze?
Antylopy?
Pedro zastanowił się czy chłopiec ma rację i w ostateczności mu przytaknął.
A takie jakieś bardziej zorganizowane od stada sarenek i nam bliższe? – dopytywał.
Antonio zmarszczył brwi, namyślił się i w końcu z dużym uśmiechem powiedział:
Małpy!
Pedro się zaśmiał, przytaknął ruchem głowy.
Nie do końca to miałem na myśli, ale masz rację. Małpy też są istotami społecznymi.
Brunet zaczął przechadzać się po klasie i dopytywać dzieci o to czy takie małe żyjątka, jak mrówki i pszczoły, też są zwierzątkami społecznymi. Zdania na ten temat były podzielone, ale Antonio twardo trwał przy swoim, że tak.
A dlaczego tak myślisz?
Bo żyją w grupie.
Ale mrówka to robak, a nie zwierzę! – krzyczały dzieci z tyłu.
Robak też zwierz! – upierał się przy swoim chłopiec.
Pedro ponownie uciszył powstały hałas, uderzając linijką o blat biurka.
Antonio ma rację. Robak, typu mrówka czy pszczoła, to też zwierzę i to na dodatek takie, które bardzo dobrze potrafi zorganizować się w pracy. Z pewnością lepiej niż wy, bo żadne z was nie notuje.
Nie mówił pan, by notować – zauważył jeden z uczniów.
Pedro spojrzał na Marcosa, chłopca pochodzącego z bogatej rodziny, zajmującej się złotnictwem i wyrobem biżuterii. Szczuplutki blondynek, znudzony, podpierał policzek o dłoń, a łokieć trzymał na ławce. Wyglądał na takiego, który najchętniej, to by już położył się do łóżka i zasnął.
Ja przez was osiwieję i to się stanie grubo przed moim awansem – stwierdził nauczyciel i spojrzał na zegarek.
Głowy wszystkich uczniów również się uniosły i zerknęły na zegar powieszony nad drzwiami. Następnie wbiły pytające i zniecierpliwione oczy w swojego wychowawce.
Dobrze, możecie iść – skapitulował. – Ale na następną lekcję zastanówcie się nad tym, co człowieka wyróżnia od tych innych zwierząt stadnych! – krzyczał, gdyż starał się być głośniejszy od szurania krzeseł i wszelkiego trzaskania. – Znaczy się istot społecznych – dodał już cicho, gdy wszyscy wyszli i mógł głośno odsapnąć.
Zasiadł na brzegu biurka, rozejrzał się po pustej sali i w końcu utkwił wzrok w zamkniętych drzwiach.
Można? – usłyszał pytanie, poprzedzone cichym zastukaniem.
Nie musiał odpowiadać, gdyż kobieta sama sobie pozwoliła na otwarcie szeroko drzwi, zamknięcie ich za sobą i przespacerowanie się po sali lekcyjnej, podążając w jego kierunku. Pomimo tego jednak wypowiedział:
Można, można. Zresztą, ciebie to by nawet zabarykadowane nie powstrzymały.
Obserwował jak drobna blondynka, w beżowej spódnicy sięgającej niemal do kostek, zbliżała się ku jego osobie, aż w końcu znalazła się tak blisko, że była na wyciągnięcie ręki.
Wyglądasz na wykończonego – skomentowała z delikatnym, pobłażliwym i nieco też współczującym uśmieszkiem.
Miałem z nimi dwie godziny – powiedział przez zęby i wyciągnął po nią dłonie. Szarpnął na tyle mocno, by wpadła w jego objęcia.
Dwie godziny z Antonio Bosca? Współczuję – usiłowała mu powiedzieć, ale wypowiedź zakłócał jej własny śmiech, gdy brunet obcałowywał jej szyję. Jego zarost jak zwykle drażnił najczulsze miejsca i wywoływał łaskotki.
Nie jest taki zły. To zdolny dzieciak. Szalenie bystry – opowiedział się za małym Antonio, przestał całować Alicię, ale swoich dłoni nie zabrał z jej bioder.
Bardziej szalony czy bystry? – zapytała i spojrzała przyszłemu mężowi w oczy.
Uśmiechał się, a przy tym wyglądał jakby głębiej się nad czymś zastanawiał.
Musiałbym to dłuższy czas przemyśleć – wyznał. – Ale przy tobie nie myślę. Miłość odbiera ludziom głowy. Idziemy? – Wstał z biurka i już chciał gnać ku drzwiom wyjściowym, najlepiej tych, które wyprowadziłyby go poza budynek małej, miasteczkowej szkoły.
Nie tak szybko! – krzyknęła, nim zdążył zostawić ją daleko w tyle. – Będziesz musiał na mnie jeszcze tę godzinę poczekać. Wzięłam zajęcia za Marcelę. Nalegała.
Pedro w odpowiedzi oparł się o ścianę i postukał o nią potylicą. Wyglądał na załamanego, iż będzie musiał jeszcze godzinę spędzić w pracy.
Może poczekam.
Pedro!
Mówię, przecież, że poczekam – niemal wysylabizował. Odpiął górne guziki białej koszuli i poprawił jedną z szelek, która spadała mu z ramienia. – Poczekam, na ciebie zawsze – dodał, patrząc jej głęboko w oczy, pomimo odległości jaka ich dzieliła.
Tak brzmi o wiele lepiej – poparła i samotnie wymaszerowała z klasy.
On wyszedł dopiero po kilku minutach, wcześniej chowając linijkę do szerokiej szuflady biurka i przykrywając ją książką ułożoną tekstem do dołu. Zaznaczał w ten sposób, na której stronie zakończył. Po drodze odwiedził pokój nauczycielski, by przywdziać marynarkę i wyszedł na boisko, gdzie szybko się jej pozbył, odwieszając na narożnik jednej z drewnianych bramek. Dołączył do chłopców grających w piłkę, by jakoś uprzyjemnić sobie czas oczekiwań, poza tym to oni go zawołali, skarżąc się na to, że brakuje im jednego zawodnika, by mogli wszyscy grać, bo na chwilę obecną jest nieparzyście. Nie potrafił i nie chciał im odmawiać.

Dziesięcioletni Antonio, gdy tylko dowiedział się kto ma zastąpić jego matematycę, czym prędzej wyszedł ze szkoły. Uczynił to oknem umiejscowionym na parterze, ciągnąc za sobą jednego z kolegów. Chciał zabrać na wagary także brata, ale Jacopo odmówił. Niemal zawsze odmawiał, zasłaniając się tym, że ojciec pewnie się o tym dowie, a dowie się czym prędzej, gdy znikną obaj. Antonio przez to nazywał starszego o półtora roku brata nudziarzem i tchórzem nad tchórzami.
Uciekinierzy poszli nakraść jabłek do sadu, który znajdował się nieopodal. Kierowali się zasadą, iż to kradzione smakuje najlepiej. Potem pobiegli nad rzekę, by najeść się kradzionych owoców i pomimo chłodnej pogody, w samych majtkach, wbiec do niemal lodowatej wody. Śmiali się przy tym głośno, choć całe ich ciała pokrywała gęsia skórka. To była jedna z lepszych rozrywek dzieci z miasteczka – rzeka, w której można było zażywać kąpieli i, po której można było pływać małą łódką lub wykonaną przez siebie tratwą.
Tak upłynęła godzina, podczas której rozstrzygnął się amatorski mecz grany na szkolnym, wysypanym piaskiem boisku. Pedro postanowił założyć marynarkę i otrzepać spodnie z kurzu. Zdecydował się też na starcie potu z czoła i wytarcie rąk w materiałową chusteczkę. Przeszedł na tyły budynku, gdzie zaobserwował jak dwóch braci Bosca się o coś sprzecza i szarpie. Jednym z nich był Antonio, który już wrócił znad rzeki, gdyż chciał by on i Jacopo dotarli do domu razem, tak jak powinni według planu.
Pedro obserwował dzieci w milczeniu, ale nie z ukrycia. Mimo tego nie rzucał się w oczy. Zauważył jak w końcu ten starszy z Bosców odpuścił, idąc za namowami młodszego brata.
Jacopo chwycił za butelkę i biegnąc, zatrzymał się przed wyznaczoną linią. Butelka uderzyła o oddalony o kilka metrów murek i posypała się w drobny mak. Pomimo zmęczenia, Pedro zdecydował się zareagować. Podszedł do dzieci, chwycił Jacopo za ucho i szarpnął do przodu, wskazując mu przy tym palcem na tylne wejście do budynku.
Szoruj do woźnej po zmiotkę i zmieć to szkło, zanim się ktoś pokaleczy! – wrzasnął. – A ty, nie namawiaj brata do głupot! – zwrócił się do Antonia, wiedząc, że to młodszy z braci jest zwykle prowokatorem wszelkich niegrzecznych zachowań.
To on rzucił! Ja nic nie zrobiłem, panie nauczycielu! – wykłócał się o swoje dziesięciolatek, którego włosy były jeszcze mokre po kąpieli. – A tak poza tym, to nie musi pan tu stać i na niego czekać. Może pan sobie pójść. Dziewczyna na pana czeka – zauważył i nawet wskazał palcem na Alicię, za co Pedro lekko trącił go w nadgarstek.
Nie wolno pokazywać na kobietę palcem.
Nie wolno kazać kobiecie na siebie czekać. Tata tak mówi – wymądrzał się dalej.
Ja jestem ciekaw co twój tata powie na wywiadówce.
A będzie pan z nim rozmawiał o kobietach!? – zdziwił się chłopiec.
Pedro w tamtej chwili miał dość dyskusji z dziesięciolatkiem, ale Antonio nie przestawał mówić.
Naprawdę może pan już sobie pójść. Ja go dopilnuję, by posprzątał.
Na pewno. Ty kogoś dopilnujesz. Póki tego nie zobaczę, to nie uwierzę.
Dopilnuję – upierał się tak bardzo, że nawet przy tym tupnął nogą.
Rivera poczochrał młodszego z braci Bosca po mokrych włosach i uznał, że tym razem zawierzy na słowo. Szybkim krokiem podszedł do narzeczonej i ku uciesze małego Antonia i kilku innych chłopców, którzy zebrali się na tylnym placu, pocałował Alicię w usta, potem puścił do niej oczko i chwycił za nadgarstek, by pociągnąć ją za sobą, zanim ta zacznie interesować się o czym rozmawiał z najbardziej znanym uczniem w całej szkole.
On coś znowu nabroił?
Kto? – dopytywał, udając przy tym, że nie ma pojęcia o co jej chodzi.
Dobrze wiesz o kim mówię. O synu krawca – wyjaśniła szybko i mocniej zacisnęła palce na dłoni narzeczonego.
Aaa, o Antoniego. Nic wielkiego. Uroczy chłopak.
Uroczy? Ty chyba nie wiesz o czym mówisz – stwierdziła szybko , a jej brwi wystrzeliły do góry, czym zdradziła swoje zaskoczenie.
Rozrabiaka, ale w głębi duszy to dobry dzieciak. To jedyny, który pamięta, by nakarmić rybki. Tylko dzięki niemu jeszcze nie pozdychały.
Tak, na pewno – nie dowierzała. – Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że je karmi tylko dlatego, by potem usmażyć je na patelni albo ugotować w garnku i to jeszcze na żywca.
Przesadzasz. Jesteś do niego uprzedzona – zauważył i zmienił miejsce. Zdecydował się iść po drugiej stronie kobiety, obejmując ją w pół.
Włożył mi ostatnio żabę do szuflady biurka. Więc tak, jestem do niego uprzedzona, ale mam swoje powody.
Miał świetny pomysł – pochwalił Pedro szeptem i skrycie się przy tym uśmiechnął.
Słucham!? – oburzyła się i pod wpływem tego stanu aż przystanęła.
Nie, nic. Mów dalej. – Narzeczony szarpnął ją, by ponownie stawiała kroki po wyłożonej kamieniami ulicy. Rozejrzał się dookoła, by zorientować się, gdzie już są i ile jeszcze drogi im została. Mijali właśnie posiadłość rodziców Marcosa, do której dobudowany był niewielki sklepik, w którym można było składać zamówienia lub wybierać coś z gotowych wzorów.
Ty coś żujesz? – zapytała nagle Alicia.
Gumę – odparł z uśmiechem prawdziwego szczęśliwca. – Dzieci mnie poczęstowały.
Może jeszcze na lekcji?
Tak – odpowiedział zgodnie z prawdą, a ona poczuła się tak, jakby cała krew gdzieś z niej odpłynęła.
Dotarło do niej, że ona całymi dniami walczy z bandą gówniarzy, by chociaż na jej lekcji nie mielili gębami jak krowy na pastwisku, a jej własny, prywatny narzeczony się z nimi brata i robi dokładnie to co oni.
Wejdziesz z nią do kościoła? – zapytała tylko, nie chcąc już poruszać tematu w jak bardzo niewychowawczy sposób się Pedro zachowuje ani informować go o tym, że takie zachowanie nauczycielowi nie przystoi.
Mars ozdobił jego na co dzień gładkie czoło, a szerokie i gęste brwi niemal się połączyły z sobą.
Z czym?
Z gumą! – uniosła się, zirytowana tym jak szybko tracił omawiany wątek. Czuła się tak, jakby jej partner, pomimo tego, że szedł z nią, znajdował się w zupełnie innym świecie i to po nim się przechadzał. Nerwowo zastanawiała się tylko nad tym, czy po świecie marzeń nie spaceruje z długonogą brunetką lum rudowłosą.
Nie wiem, chyba nie – stwierdził i wystarczyło, że rzucił na nią jednym spojrzeniem, a już wiedział, że odpowiedź powinna brzmieć – Na pewno nie – dlatego też ją sprostował.
Ty w ogóle jesteś pewny, że cię ksiądz do ślubu dopuści? – zadała pytanie, które od ostatniego tygodnia spędzało jej sen z powiek.
A czemu miałoby być inaczej? – zdziwił się.
Może dlatego, że nie byłeś na ani jednej nauce przedmałżeńskiej.
Przymknie na to oko, poza tym na jednej byłem. Wynudziłem się tam gorzej niż na matematyce przed laty – stwierdził, drapiąc się po potylicy i krzywiąc na samo wspomnienie znienawidzonego przedmiotu.
Oczywiście Alicia nienawiści do przedmiotów ścisłych z nim nie dzieliła, bo to ona je wykładała, ale to akurat jej w Pedrze nie przeszkadzało. Rozumiała, że ludzie mają różne zdolności i preferencje, i tak jak ona nie lubiła uczyć się na pamięć dat i wydarzeń historycznych, tak jemu mogły nie zapadać w pamięć wzory fizyczne i matematyczne. Ubodła ją jednak jego beztroska. Ona mówiła o ważnych rzeczach, martwiła się, chciała by wszystko było dopięte na ostatni guzik, a on stroił sobie z tego żarty i zamiast się przejmować, to cały był rozanielony.
Pedro, możesz być przez choć chwilę poważny? – zapytała w sposób ostry jak brzytwa.
Jestem śmiertelnie poważny. Będziesz moją żoną, to pewne. – Zatrzymał się, by ją pocałować. Począł wciskać język między jej wargi, by ją zmusić do odwzajemnienia tego pocałunku.
Odepchnęła go delikatnie, a po tym nie zdjęła dłoni z jego muskularnej klatki piersiowej. Starała się tym sposobem trzymać go na pewien dystans.
Obiecujesz, że ksiądz nie zrobi o to problemów? – zapytała poważnie.
Mówiłem już, że przymknie na to oko. Zawsze przymyka. Chyba – szepnął ostatnie słowo dość niepewnie.
W tamtym momencie to Alicia zamknęła oczy pod wpływem irytacji, która się w niej zebrała. Wymagała od niego pięciu minut powagi, a on jak zwykle stroił sobie żarty. Zaczęła się nawet zastanawiać nad tym czy oświadczyny, które miały miejsce przed miesiącem, może uznawać za stanowcze, męskie zobowiązanie, czy kolejny wygłup pana „Nigdy nie umiem być poważny”. Ugryzła się jednak w język i ledwie powstrzymała przed tym, by mu tego nie wypomnieć.
On w tym czasie ciągnął dalej skąd pochodzi, takie a nie inne, jego przekonanie:
Nie wierzę, że inni chodzili na jakieś nauki i marnowali czas. Na przykład taki lekarz czy policjant. Przecież oni są mężami, a z pewnością nie mieli czasu, by...
Nie interesują mnie inni! – przerwała szybko wywód swojemu mężczyźnie. – Pytałam się czy obiecujesz – przypomniała.
Obiecuję – powiedział, by choć na trochę spuściła z tonu. Zawinął na palec jeden z niesfornych kosmyków jej blond włosów, a potem schował go za ucho. Uśmiechnął się delikatnie i pochylił, by musnąć pokryty delikatnym różem policzek. – A ty mówiłaś już Boscie o tym co jego chłopak nawywijał? – zapytał nagle, ponownie chwytając kobietę za rękę i ruszając przodem w kierunku jedynego w miasteczku kościoła.
O tej żabie? – dopytywała, starając się za nim nadążyć. W końcu go szarpnęła i zmusiła do tego, by zwolnił.
Eche – przytaknął w taki sposób, którego ona nie znosiła.
Alicia uważała, że pomrukiwanie i takie stękanie jest niezwykle niegrzeczne. Pedro, jak nie trudno się domyślić, miał na ten temat zupełnie odmienne zdanie. Uważał to za naturalne i normalne, zwłaszcza w gronie najbliższych.
Napisałam uwagę w zeszycie. Prosiłam w niej, by się stawił w szkole.
I co? – dopytywał zaciekawiony.
Antonio miał ją dziś przynieść podpisaną. Jego ojciec miał wybrać datę jaka mu odpowiada, zakreślić i podpisać. Nie chciałam go przecież ściągać do szkoły na hura. Szykują się komunie, okres weselny. To krawiec, wiadomo że jest zajęty pracą.
Miał przynieść, ale nie przyniósł? – wnikał głębiej.
Oczywiście, że nie. Na dodatek jak się dowiedział, że ostatnią lekcję ma ze mną, to zwiał. Całe szczęście, że nie uczę go na co dzień, tylko mam jego klasę, od czasu do czasu, w zastępstwie.
To może lepiej mu nie mów, co? – Skrzywił się na samą myśl, że mogłaby się z nim nie zgodzić i jednak naskarżyć na Antonita, jak zwykł czasami go nazywać, choć zdarzało się to tylko w chwilach, gdy chłopiec przez dłuższy okres nie zachodził mu za skórę, czyli niezwykle rzadko.
Komu? Panu Bosca, o tym jak się zachowuje jego syn? – zapytała. – Albo raczej o tym jak się nie zachowuje, bo jego zachowanie nie ma żadnego poziomu – dodała i już czuła, jak na samą myśl o jednej godzinie lekcyjnej z Antoniem, jej krew w żyłach aż wrze, a ona z nerw się trzęsie.
Nie przesadzaj. To bystry dzieciak. Niegrzeczny, ale bystry. Poza tym sama mówiłaś, że masz go raz na jakiś czas, to możesz zacisnąć zęby i przecierpieć.
I dać sobie wejść na głowę, tak przy okazji? – dopowiedziała z ironią.
Nie o to chodzi! – uniósł się. – Ja z małym Bosca porozmawiam, tylko nie mów Arturo, nalegam. Dobrze wiesz, że on tłucze dzieci.
A skąd niby mam wiedzieć takie rzeczy? – zapytała i nawet przy tym rozpoczęła gestykulację wolną dłonią, gdyż tematu Antonia miała już serdecznie dość w życiu zawodowym i nie chciała obecności tego chłopca jeszcze w życiu prywatnym. – Ja z nim na piwo nie chodzę – przypomniała. – Na nic mocniejszego, także nie – dodała z wyraźną przyganą w głosie.
To, że go znam, nie ma nic do rzeczy. To porządny człowiek. Uczciwy, prawy, pracowity, ale szkoda chłopaków.
Antoniowi, to by się akurat należało zebrać w skórę.
I na co ci to? – zapytał z uśmiechem powątpiewania. – Dobrze wiesz, że on ma taki charakter, że po wszystkim się będzie jeszcze mścił.
To widocznie ojciec tłucze go za mało, skoro jeszcze po wszystkim zemsta mu w głowie.
Albo, po prostu, nie ma podejścia do własnego syna, bo go nie zna. Kiedy ma go poznać, jak robi całymi dniami?
To może ty idź na jakieś przyuczenie krawieckie i go humanitarnie, nieodpłatnie zastąp w pracy, zamiast w wychowywaniu jego dzieci. Tym bardziej, że niedługo będziesz miał własne – odpowiedziała, gdy znajdowali się na krok przed wejściem do kościoła.
Ciszej – syknął i szarpnięciem starał się ją sprowadzić do porządku.
Co ty robisz? – oburzyła się.
Nic, chcę tylko byś mówiła ciszej, bo jak ksiądz usłyszy, to on nas naprawdę do ślubu nie dopuści. To straszny służbista – przypomniał, bo doskonale znał proboszcza Anselmo i nie była to wcale znajomość z dobrej strony.
I co wtedy zrobimy? – zapytała poważnie zmartwiona.
Jak to co? Zbankrutujemy i to zanim wyprowadzimy się na swoje i utoniemy w pieluchach. Każdy duchowny jest łasy na uczty i prezenty. W końcu by nam darował, gdybyśmy tylko odpowiednio Bóg zapłacili – odszepnął jej wprost do ucha.
Wprawił ją tym w rozbawienie, choć nie zgadzała się z brakiem poszanowania do osób pełniących rolę wysłanników bożych. Tak naprawdę, to często miała odmienne od Pedra zdanie, ale on miał w sobie coś świeżego, chłopięcego i szalonego, że jednak zdołał jej zaimponować. Przy nim potrafiła się śmiać z byle czego i nie przejmować nawet tym co naprawdę poważne. Przy żadnym innym mężczyźnie tak się nie czuła.
Uśmiechnęła się delikatnie, gdy przyuważyła jak siwy niczym gołąb ksiądz proboszcz zmierza w ich kierunku. Mina jej jednak spoważniała, gdy usłyszała:
A pan czego tutaj szuka, panie Rivera?
Uzgodnić szczegóły chciałem... chcieliśmy – odpowiedział, jąkając się i zacinając.
Czego szczegóły? – dopytywał ksiądz.
Ślubu.
Pańskiego? – dziwił się coraz bardziej duchowny.
No tak.
Bez nauk pana nie dopuszczę – zabrzmiało niczym wyrok ostateczny.
Mam bardzo zajmującą pracę – usiłował się wytłumaczyć, jakby zawód jaki wykonywał, miał stać się usprawiedliwieniem na każdą jego nieobecność.
Z tego co wiem, pańska narzeczona ma dokładnie taką samą, a ona dała radę...
Właśnie! – wykrzyknął ucieszony Pedro i stanął za Alicią. Objął ją w pół i położył brodę na zagłębieniu między jej ramieniem a szyją. – Przyszła żona wszystko mi przekaże. Prawda, kochanie? – zapytał, muskając jej policzek.
Zdejmij czapkę – warknęła na niego.
Rivera szybko się wyprostował, zdjął nakrycie głowy i ukrył je za swoimi plecami.
To jak będzie, ojcze Anselmo? – zapytał, spuszczając wzrok niczym mały, zagubiony chłopczyk.
A komunie toś ty w ogóle miał, Rivera?
Tak, tak, miałem – odpowiedział niezwykle ożywiony. – Musi ojciec to pamiętać. Nie chciał mnie ojciec dopuścić, bo, bo...
Bo na spotkania regularnie nie przychodziłeś, tylko w kratkę. Teraz pamiętam. W ogóle jak mogłem zapomnieć? – dziwił się samemu sobie.
Siedziałem w czwartej ławce od okna. Porysowałem ją, podpisując się. Tydzień później mnie ojciec za to sprał tak mocno, że tydzień nie mogłem usiedzieć.
I w ramach tak długiej znajomości, mam przymknąć oko na twoje nieobecności na spotkaniach przedmałżeńskich?
Mógłby ksiądz – wtrąciła Alicia delikatnym, proszącym tonem.
Ty jesteś pewna swojego wyboru, drogie dziecko?
Pedro poczuł się dziwnie pominięty w rozmowie. Stanął więc w taki sposób, by z ich trójki utworzył się niewielki okrąg. Obserwował reakcję narzeczonej i w zniecierpliwieniu wyczekiwał jej słów.
Tak, ojcze, jestem pewna – odpowiedziała, zerkając kątem oka na swojego wybranka.
Stary, pomarszczony na twarzy Anselmo pokręcił głową, nie dając wiary w sprawność swoich uszu. Alicię i Pedra znał od ich najwcześniejszych lat. Zdawał sobie sprawę z tego, że pewnie nawet i chrztu dostąpili w jego parafii, ale aż tak dobrej pamięci nie miał, by móc sobie ich przypomnieć jako niemowlęta. Doskonale jednak pamiętał jakimi byli dziećmi i co potem z nich wyrosło. I o ile o Alicii miał dobre zdanie i potrafił się o niej wypowiedzieć niemal w samych superlatywach, o tyle Pedro mógł przypisać wszystko co złe, od hulaków w jedynym miasteczkowym barze, po wizyty u kobiet, które niezbyt dobrze się prowadziły. Nie zamierzał jednak się wtrącać do woli pana, a zawierzał, iż to on maczał boski palec w powiązaniu tej, tak bardzo niedopasowanej już na pierwszy rzut oka, dwójki. Wierzył, że Bóg ma w tym jakiś cel.
Pozostaje mi więc jedynie pani pogratulować i dziwić się nad tym, jak pani udało się go okiełznać. Życzę oczywiście też cierpliwości. A teraz zapraszam za mną, by uzgodnić te wszystkie szczegóły. – Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę zakrystii, po chwili jednak przystanął i zawołał, zerkając przez ramię – Pana też zapraszam, panie Rivera.
Pedro puścił Alicię przodem, szepcząc jej do ucha, nim podziękowała, że ten gest wcale nie wywodzi się z dobrego wychowania, a z czasów, gdy kobiety wpuszczono pierwsze do jaskiń, by przebadały teren i by samemu można było uciec przed groźnym, drapieżnym zwierzęciem. Od razu zaznaczył, że tak mówi historia, a nie sposób jego myślenia.

Kiedy Rivera, wraz z narzeczoną, dowiadywał się o możliwe przyspieszenie terminu ślubu, niezbędne składki, potrzebne dekoracje i inne rzeczy, które jego zdaniem były człowiekowi całkiem zbędne do szczęścia, mały Antonio wbiegał do domu jako pierwszy. To było niezwykle niespotykane w rodzinie Bosca, gdyż dziesięciolatek akurat nawykł do wracania do domu tylko wtedy, kiedy naprawdę musiał, czyli jedynie na noc albo gdy zgłodniał lub jego obecność była niezbędna na domowym posiłku.
Gdzieś się znowu włóczył? – usłyszał od matki, znajdującej się w kuchni i mieszającej mannę w małym rondelku. Kobieta ledwie spojrzała na syna, a już zauważyła, że chłopiec ma mokre włosy i jest cały zgrzany.
W szkole byłem – odparł szybko. – Wychowanie fizyczne mieliśmy – dodał, ale jego wzrok był rozbiegany i dziki jak nigdy dotąd.
Zasiadł przy stole naprzeciw czteroletniego brata i zaczął zabawę pieniądzem. Mały Matteo obserwował z uwagą monetę.
Widzisz? Nie umiesz tak, bo jeszcze kurdupel jesteś – naśmiewał się, jednocześnie informując matkę o tym, że on także zgłodniał. Zawsze był głodny po kąpieli, a tym razem kradzione jabłka mu nie wystarczyły. Wiedział jednak, że ani o kradzieży owoców, ani tym bardziej o wagarach nad rzeką, nie może rodzicielce opowiedzieć.
Jeść – poparł go braciszek, a potem zerknął na mamę, która wręczyła mu łyżkę wprost do ręki, pomimo że manna jeszcze nie była gotowa.
Kobieta chciała, po prostu, jedynie, choćby na krótką chwilę czymś zająć zniecierpliwionego malucha. Jak na złość dobiegł ją z pokoju płacz córki, czym mała zakomunikowała, że właśnie się obudziła i że stało się jej coś złego. Pobiegła więc do niej, krzykiem prosząc Antonia, by stanął przy kuchence i nie przestawał mieszać.
Dziesięciolatek wykonywał polecenie matki, zagryzając zębami dolną wargę. Wtedy wpadł na pomysł, że może zrobić bratu na złość, choćby słownie, więc zerknął przez ramię i zakomunikował:
Zrobię tak, żeby były grudki.
Matteo nic nie odpowiedział, jedynie rozpłakał się, zeskoczył z krzesełka, na którym siedział i pognał przytulić się do rodzicielki.
Co mu znowu zrobiłeś?
Nawet go nie tknąłem!? – odkrzyknął. – Przecież ciągle mieszam! Poza tym, czemu Jacopo jeszcze nie ma? Ścigaliśmy się, a on biega szybciej! Powinien już tu być! Wolałbym, by to on mieszał!
Czego się drzesz!? – usłyszał mocny baryton ojca, który wystraszył go tak mocno, że aż się wzdrygnął, a przez to o mały włos, a wylałby zawartość rondelka i to wprost na siebie.
Nie słyszałem jak tata wrócił – odpowiedział cicho.
Skoro się wydzierasz na cały dom, to nic dziwnego, że niczego poza sobą nie słyszysz – odpowiedział wysoki mężczyzna, rzucając gazetę na środek kuchennego stołu.
Arturo po powrocie z pracy miał zamiar poczytać, ale mijając po drodze wydzierającą się wniebogłosy, półtoraroczną Clarę, która przez nieuwagę wywróciła się w łóżeczku i przygryzła sobie język oraz płaczącego i chodzącego za matką krok w krok, czteroletniego Mattea, zdecydował się na powrót do salonu i wzięcie chłopca na ręce. Podrzucił go kilkakrotnie do góry, łapiąc w locie i telepiąc nim na wszystkie strony.
Kto jest taki odważny, że się nie boi latać? – dopytywał, nagle roześmianego w głos chłopca o lekko kręconych, jasnych włoskach, które malec z całą pewnością odziedziczył po matce.
Jeśli wróciłeś na obiad, to go nie ma – uprzedziła żona męża, jednocześnie stawiając córkę nogami na parapecie, by ta choć na krótki moment zajęła się czymkolwiek i zaprzestała płakania.
Clara podpatrzyła nową zabawę, jaką było mazanie po szybie paluszkami, a Antonio zaczął krzyczeć, że jeśli ktoś zaraz do niego nie przyjdzie, to wszystko zacznie się przypalać, bo jego już ręka boli, a to mieszanie i tak nic nie daje.
Idź do niego, ja się nimi zajmę – zaproponował Arturo, trzymając Mattea pod jedną pachą i jednocześnie obejmując Clarę drugą ręką w taki sposób, by czasami nie spadła z parapetu. Wkrótce i chłopca na nim ustawił, ale temu przykazał, by trzymał się klamki i zbytnio nie wiercił, bo inaczej orła wywinie. – A właściwie, to dlaczego nie ma obiadu? – zapytał żonę, która choć ledwie co go słyszała, gdyż była w kuchni, to odpowiedziała zgodnie z prawdą:
Bo mała ciągle ząbkuje.
Wszystkie nasze dzieci ząbkowały, a ja pamiętam, że obiad zawsze był – marudził dalej.
Dam im jeść i zaraz ci coś przygotuję na szybko – odparła, przelewając mannę do dwóch, blaszanych miseczek, wiedząc, że te jeszcze muszą ostygnąć zanim poda je swoim pociechom.
I mnie też – przypomniał o swojej obecności Antonio. – Też jestem głodny.
Wiem, słyszałam, dobrze dziecko? Tylko teraz się czymś zajmuję.
A kiedy przestaniesz? – dopytywał dalej, chcąc wiedzieć kiedy dostanie choćby zupę z wczoraj albo z trzy, suche, gotowane w mundurkach ziemniaki.
Jak chcesz mi pomóc, to obierz warzywa – zaproponowała. Była zmęczona na twarzy, ale nie starsza niż trzydzieści lat. Miała jasne blond włosy, które przybierały odcień złotej pszenicy kiedy za długo była na słońcu bez nakrycia głowy.
Nie chcę ci pomagać, chcę się tylko najeść.
Antonio, nie marudź – zganił go ojciec, wchodząc do kuchni z dwójką maluchów, w tym z jednym na rękach, a drugim uczepionym przy nodze i także wołającym na rączki. – Rób co mama każe. Chyba widzisz, że wszyscy coś robimy.
To może ja się pobawię z dziećmi, a ty poobieraj warzywa, co tato? – zaproponował wesoło, w niezwykle cyniczny sposób.
Zawołaj Jacopo, by ci pomógł.
Jacopo nie ma – odpowiedzieli chórem Antonio z rodzicielką.
Jak to go nie ma? A gdzie jest?
Nie wiem, ze szkoły jeszcze nie wrócił – odwarknęła, starając się jednocześnie na wszelkie sposoby ostudzić mannę, bo Matteo zaczął już wisieć przy jej nodze i upominać o posiłek.
A ty coś w ogóle wiesz?! – zwrócił się Arturo podniesionym tonem do małżonki. – Ty w ogóle nad czymś panujesz?
Możesz przestać? – zapytała ze łzami w oczach.
Co mam przestać!?
Krzyczysz! – uświadomiła go, także podnosząc głos.
A dziwisz się, skoro wracam do domu i zastaję w nim coś takiego!?
To możesz tak sam spróbuj...
Nie muszę! – przerwał jej, sadzając Clarę na blacie kuchennym.
Antonio podszedł do siostry, by w razie potrzeby uchronić ją przed upadkiem.
Nic nie robisz, siedzisz cały dzień w domu i...
Siedzę w nim z czwórką dzieci! – przypomniała.
Z dwójką! Starsza dwójka jest w szkole!
To wbrew pozorom, nie ma aż takiego znaczenia!
Ma, tylko po prostu jesteś niezorganizowana!
Bo wcale mi nie pomagasz!
Nie pomagam ci!? – zdziwił się i wręcz oburzył o taki osąd. – Ja, kobieto, zarabiam na to wszystko! Gdybym sam sobie tak organizował czas w pracy jak ty, to też bym się z niczym nie wyrabiał i wcale by mnie to nie dziwiło, skoro pół dnia siedziałbym na kawie i ploteczkach z sąsiadami.
Chcesz mi zabrać jedyną rozrywkę jaką mam w tym zasranym życiu!?
Arturo postąpił szybkie dwa kroki, skracając nimi dystans jaki dzielił go z małżonką. Ta więc, niepewna tego co się może wydarzyć, zdecydowała się cofnąć.
Niczego ci nie chcę zabierać – zaczął ostro, przez niemal zaciśnięte zęby. – Ja chcę jedynie coś zjeść i położyć się spać, bo jestem zmęczony. I ucisz ich w końcu, do jasnej cholery, bo sam to zrobię! – zagroził i wyszedł z kuchni, trzaskając za sobą drzwiami z taką siła, że Antonio odniósł wrażenie, jakby nagle cały dom się zatrząsł.
Nie przejmuj się, mamo – szepnął, zanim kobieta usiadła na krześle i zdążyła się rozpłakać. – Minie mu. Gdy tylko się naje i wyśpi, to mu przejdzie – dodał, zsadzając siostrzyczkę z blatu.
Ledwie to uczynił, a ojciec powrócił do kuchni. Ciemne oczy Antonio i jasne, szare, należące do jego rodziciela spotkały się z sobą. Mężczyzna położył dłonie na ramionach żony i zatoczył kółka kciukami. Wyglądało to tak, jakby chciał zrobić jej masaż. Po chwili jednak przestał, pochylił się i złożył muśnięcie na jasnych włosach.
Przepraszam – wyszeptał wprost do jej ucha. – Jestem po prostu zmęczony.
Ja też – odparła nieuprzejmie, strąciła ręce męża ze swoich ramion i wstała, by nakarmić Clarę. Wcześniej jednak posadziła Matteo przy stole i wcisnęła mu łyżeczkę w dłoń, gdyż uprzednią łyżkę, którą mu dała, chłopiec już zdążył gdzieś zapodziać.
I co, synia, smaczne? – zapytał Arturo blondynka, który siedział naprzeciwko niego.
Echeś – odburknął chłopczyk, nie przerywając przy tym jedzenia.
Antonio zdecydował się usiąść między rodzicem, a bratem, gdyż z tego miejsca miał dokładny widok na wszystkie możliwe strony, a także za okno, które choć było zamknięte, to zasłonkę miało odsłoniętą.
Nakarmię tylko małą i zaraz wam coś odgrzeję. Dam wam zupy z wczoraj, a kolację zrobię pożywniejszą – zakomunikowała, sadzając córkę ponownie na blacie kuchennym. Nakierowała pełną manny łyżeczkę na jej usteczka. – Może tak być? – zapytała męża. Nawet na niego spojrzała, choć nie odpowiadał.
Ten jedynie przytaknął powoli za pomocą głowy, a następnie wzrok utkwił w dziesięciolatku.
A powiedz mi, Antonio, a dlaczego ty jesteś mokry? – dopytywał.
Mokry? – zdziwił się chłopiec i spuścił wzrok. Rozpoczął zabawę serwetą, która zdobiła stół. – A bo... bo zgrzany, bo wychowanie fizyczne mieliśmy. – Ponownie spojrzał na ojca i w lekkim strachu wyczekiwał czy jego opowieść zostanie przez niego zaakceptowana. Co prawda, Antonio, kłamał jak z nut, ale za wszelką cenę nie chciał, by to się wydało.
Nie jesteś zgrzany, jesteś mokry – upierał się przy swoim rodzic, choć czyniąc to wyglądał raczej na znudzonego, niż pochłoniętego rozmową.
Bo mnie wodą polali – wypalił szybko ciemny blondynek.
Ubranie masz suche – zauważył, zmierzając syna od stóp do głów, a by móc to uczynić, to nawet schylił się i zerknął pod stół.
Bo mi tylko włosy polali. W klasie, z butelki.
W klasie? – nie dowierzał. – Ty coś kręcisz, jak zawsze zresztą.
Nic nie kręcę. Mówię tacie jak było, jak bum cyk cyk i bum.
Bum cyk cyk i bum – powtórzył po nim. – Niech ja się tylko dowiem, że ty mnie kłamiesz, to będziesz miał takie bum, że do końca roku nie usiądziesz.
Ale tata mnie teraz straszy – zauważył Antonio. – A ja niczego złego dzisiaj nie zrobiłem ani w inny dzień też nic nie zrobiłem, ani wczoraj, ani przedwczoraj, ani przed, przed, przed, przed, ani przed – dodał jako ostatnie z lekkim przytupem nogi.
No, to w takim razie, nie masz się czego bać – odparł i podał Matteo chusteczkę, bo zauważył, że ten ubrudził sobie rączkę manną i zdawało się niezwykle mu to przeszkadzać. – Pomóż bratu się wytrzeć. I skończ wreszcie kłamać. – Wstał od stołu i podszedł do żony.
Clara była już nakarmiona i biegała po kuchni. Zajmowała się wyjmowaniem garnków z szuflad i tłuczeniem o nie innymi przedmiotami, takimi jak sztućce i drewniane łyżki. Robiła przy tym niemiłosierny hałas. Arturo zdecydował się tym nie przejmować i objął żonę od tyłu. Przychylił się na tyle, by móc pocałować jej policzek i okolice ucha.
Przestań się go tak czepiać. Może prawdę mówi.
Antonio i prawda? – zapytał i lekko się przy tym zaśmiał. Cały czas tulił się do żony, a nawet bujał w rytm słyszanej tylko przez niego muzyki. – Nie rozśmieszaj mnie. Dobrze wiesz, że Antonio, jak się nie pomyli, to prawdy nie powie.
On był dzisiaj grzeczny. Nawet od razy po szkole wrócił. Jedyny co mi pomaga.
Skoro się nie uczy, to niech przynajmniej gotować umie. Chociaż taki będzie z niego pożytek.
Pan Rivera mówi, że jestem ten, no ten, no... Zdolny! – wykrzyknął wesoło ostatni wyraz i ponownie zajął miejsce przy stole. Obserwował jak jego brat dołącza do zabawy siostry i także tworzy muzykę, której nie da się słuchać. Wolał jednak już patrzeć na to niż na ojca, który kleił się do jego rodzicielki i przeszkadzał jej tym w szybkim podgrzaniu zupy, a on przecież był bardzo głodny.
Zawsze też potem dodaje, że jesteś leniwy – wypomniał Arturo i w końcu i on nie był w stanie znieść hałasu, który się nasilił tak mocno, że zmusił go do zamknięcia oczu i wciągnięcia powietrze tak, że aż świsnęło. – Maluchy, przestańcie! – ryknął. – Zabierz no im te gary, zanim mi łeb na pół pęknie – polecił dziesięciolatkowi, który już miał dość tego, że nagle stał się chłopcem od wszystkiego.
Przejdzie ci? – zwrócił się do żony. – Wiesz, że nie chciałem. Czasami mówię coś czego nie myślę.
No ej! – wykrzyknął nagle Antonio, który starał się nie dopuszczać brata do szafki, gdyż dopiero co pochował wszystkie wyjęte przez maluchy akcesoria. – Tato, bo on nie chce odejść! – poskarżył się.
To daj mu w ucho – odparł mężczyzna bez zastanowienia, nawet przy tym nie spojrzał za siebie, by ocenić zaistniałą sytuacje.
Zerknął dopiero wtedy, gdy i jego żona się odwróciła, zainteresowana hukiem i płaczem Mattea. Chłopiec klękał na ziemi i trzymał dłoń na lewym policzku oraz części główki.
Coś ty zrobił? – zapytała zszokowana rodzicielka, ale Antonio nawet jej nie usłyszał, gdyż po całej kuchni rozniosło się głośne:
Oszalałeś!? – wypowiedziane przez ojca.
Przerażony chłopiec cofnął się na tyle, na ile pozwoliły mu stojące za nim meble kuchenne. Był na tyle nieostrożny, że nawet uderzył potylicą o nieco wystający fragment blatu.
Czy ty jesteś normalny!? – wrzasnął Arturo i nachylił się na tyle, by szarpnięciem przyciągnąć syna do siebie.
W pierwszej chwili chciał podnieść wolną rękę i spoliczkować dziesięciolatka, ale w ostateczności powstrzymał się przed tym, wyprostował i sięgnął po pasek, który miał przy spodniach. Ledwie go wyjął, a poczuł na nadgarstku drobny, kobiecy uścisk.
Zerknął na żonę, która trzymała płaczącego Mattea na rękach.
Co ty chcesz zrobić? – zapytała, nie dowierzając. – Będziesz bił dziecko, tylko dlatego, że zrobił to co mu kazałeś.
Mógł pomyśleć, przecież nie kazałem mu...
To ty zacznij myśleć. Zacznij myśleć co mówisz, a potem mów! – wykrzyknęła, wyrwała pasek z jego dłoni i odrzuciła go na kuchenny blat. – Usiądźcie lepiej obaj – dodała, siląc się na spokój, ale zapobiegawczo weszła pomiędzy małżonka a ich syna.
Arturo spojrzał na żonę i ten raz postanowił odpuścić. Był zbyt głodny, by się z nią sprzeczać i wyjść bez posiłku, zatrzaskując za sobą drzwi. Zajął swoje poprzednie miejsce.
Antonio także ruszył w kierunku stołu, ale zdecydował się zasiąść możliwie jak najdalej ojca. Obserwował jak rodziciel zaciska prawą dłoń w pięść, potem rozluźnia i znowu zaciska.
Nie możesz bić brata – oznajmiła Sylvia, stawiając talerz najpierw przed mężem, a potem przed synem.
Ale tata sam powiedział...
Bo myślałem, że go lekko trącisz czy dasz po łapach, a nie, że mu z całej siły przypierdolisz! – zirytowany podniósł ton i nawet przy tym uderzył otwartą dłonią o blat stołu.
Już się uspokój. – Sylvia położyła rękę na ramieniu męża. – Nie krzycz na niego, przecież nie chciał.
Gdyby nie chciał, to by tego nie zrobił! – trwał przy swoim.
Bo kazałeś – wtrącił płaczliwie dziesięciolatek.
A jakbym ci kazał skoczyć z wiaduktu na pociąg, to też być posłuchał? – nie dowierzał. – Od dziesięciu lat mówię ci żebyś był grzeczny i tego jakoś nie słuchasz, na to to jesteś oczywiście głuchy! I to głuchy jak pień!
Jaki znowu pień? – zdziwił się chłopiec.
Arturo nagle wydawał się być załamany bezmyślnością własnego syna. Wsparł czoło na dłoni i zwrócił się do żony:
Zabierz mi to dziecko sprzed oczu. Ja cię tylko o to proszę, bo ja już go nie chcę dzisiaj widzieć.
Tego akurat nie trzeba było dwa razy powtarzać, bo Antonio, jeszcze zanim matka się do niego odezwała, wziął swój talerz i udał się z nim na górę do swojego pokoju. Na szczęście drzwi były uchylone i nie musiał odkładać talerza na podłogę, by sobie je otworzyć. Wystarczyło kopnąć. Oczywiście kopnął za mocno, przez co odbiły się od ściany.
Co on znowu robi? – zapytał Arturo żonę, spoglądając na biały sufit.
Nie wiem, ale lepiej ja do niego pójdę – odpowiedziała. – A ty się uspokój w końcu i patrz na Mattea i Clarę – dodała, stawiając, wciąż jeszcze cicho popłakującego, syna na podłodze, tuż obok jego siostry.

Podczas, gdy Antonio starał się przekonać rodzicielkę, że nic złego nie robił i że wcale nie miał złych intencji, jak zawsze zresztą, to jego brat powracał do domu okrężną drogą, w towarzystwie Caroliny, jakby robił wszystko, byleby tylko się z nią nie musieć za wcześnie rozstawać.
Nie do wiary, że Antonio jest twoim bratem! – wykrzykiwała dziewczynka, czasami chodząc do tyłu, gdyż z charakteru była niespokojna i zwykle wierciła się we wszystkie strony.
Dlaczego? – dopytywał dwunastoletni brunet o śniadej cerze, którego szyję zdobiła przykładnie zawiązana, czarna muszka.
Bo zawsze jest niegrzeczny, a ty... ty jesteś wrażliwy.
Komplementy w ustach dwunastolatki, każdemu dorosłemu wydałyby się śmieszne, ale Jacopo naprawdę czuł się dumny z tego powodu, że to właśnie Carolina go chwali. Od dawna się jej przyglądał i zawsze, gdy dostrzegała na sobie jego wzrok, to się czerwienił, zupełnie tak, jakby został przyłapany na jakimś świńskim uczynku. W końcu jednak nabrał odwagi i zaproponował jej, że pójdą razem do domu po szkole. Na tę okazję nawet oszukał młodszego brata, by się go pozbyć i by ten mu nie przeszkadzał.
Carolina dała się na wspólny powrót namówić, a że dobrze im było w swoim towarzystwie i tematów do rozmów nie brakowało, to zdecydowali się przedłużyć swoją trasę, przemierzając niemal całe miasteczko naokoło.
Prawie wszyscy nauczyciele mówią do ciebie Diego – zauważyła. – Tylko pan Rivera mówi inaczej.
Bo on nie odmienia. Diego to to samo co Jacopo, tak prawie albo tak całkiem. Sam nie wiem. Tam skąd pochodzę, mówi się Jacopo.
Jesteś Włochem, prawda?
Tak, ale tata uznał, że musimy się przeprowadzić. Jest krawcem i tu mógł otworzyć zakład. Tam była za duża konkurencja. A przynajmniej tak mówił.
Nie chciałeś się przeprowadzać?
Lubiłem tamtą szkołę, tam miałem kolegów.
Tu też ich masz – zauważyła, przeczesując palcami rozpuszczone włosy, by odrzucić niesforną, przydługawą już grzywkę za lewe ucho.
Tak, ale tamtych znałem całe życie, a tych ledwie od jakiegoś roku.
Dobrze mówisz po hiszpańsku, jak na Włocha.
A skąd wiesz, jak mówią Włosi po hiszpańsku? – zapytał, śmiejąc się i lekko przy tym trącił koleżankę w łokieć. – Założę się, że mnie nie dogonisz! – krzyknął, ruszając biegiem przed siebie.
Pognała za nim, krzycząc żeby zaczekał. Przekrzykiwali się tak oboje, nawzajem sobie dokuczając, ale w dziecięcy, niewinny sposób. Nawet nie wiedzieli, że biegając wokół jednej z kamienic, zakłócają spokój pani jeszcze Montero, ale niedługo już Rivera.

Alicia zaniepokojona hałasami, poprosiła Pedra, by podniósł głowę i na moment przestał leżeć na jej kolanach. Podeszła do okna i wypatrywała źródła tego okropnego dźwięku.
To tylko dzieci, pewnie się bawią – przemówił brunet, sięgając po jaśka, by móc go wsunąć pod swój obolały kark i potylicę. Jak gdyby nigdy nic powrócił do czytania.
Dzieci, dzieci. Mogłyby być odrobinę ciszej. Nic by im się przez to nie stało – marudziła dalej, wyglądając zza firanki.
Mogłyby też być odrobinę głośniej. Jestem pewny, że też by im się przez to nic nie stało.
Alicia rzuciła przyszłemu mężowi dezaprobatyczne spojrzenie.
Widzisz?! – wykrzyknęła w taki sposób, jakby właśnie się dowiedziała, że wygrała na loterii i mogła udowodnić niedowiarkowi, iż nie popełniła błędu, gdy kupowała na nią los. – Wiedziałam, że to któryś Bosca. Na dodatek z tą, tą... córką tej, tej...
Elsy? – dopytywał.
Tylko mi nie mów, że też do niej chodziłeś za kawalerskich czasów. – Odwróciła się w stronę Pedra i założyła ręce na piersi.
Jakbyś nie zauważyła, to ja wciąż jestem w kawalerskim czasie.
Słucham? – oburzyła się.
Taki żart – odparł szybko i wyciągnął dłoń poza granicę wąskiego łóżka. – Chodź tu do mnie, było tak przyjemnie, a ty wstałaś, kolanka zabrałaś i teraz mnie ciśnie.
Westchnęła, jakby wcale nie przypadł jej do gustu ten pomysł, ale mimo tego podeszła, a kiedy zasiadła okrakiem na narzeczonym, a on chwycił jej piersi w obie dłonie, dokonując tego poprzez materiał cienkiej, białej i w czarne prążki koszuli, to od razu zmieniła zdanie. Zapragnęła być jeszcze bliżej niego, więc pochyliła się i przystąpiła do całowania. On w tym czasie błądził po omacku i rozpinał drobne guziczki, by dostać się do jej skarbów, które już niedługo, w jego mniemaniu, będą należały także do niego. Choć tak naprawdę, to zdawał sobie sprawę z tego, że one były tylko jego. Miał pewność, że Alicia nie spała z nikim wcześniej, a wątpił również w to, że rozłożyła nogi przed kimś po nim.
Dam ci dobrą radę – zapowiedział i szybko poczynił tak, że opadła na łóżko plecami, a on znalazł się nad nią. – Nie patrz na dzieci przez pryzmat ich rodziców, będzie ci łatwiej.
Mówisz tak, a sam patrzysz na Antonia przez pryzmat jego ojca. Faworyzujesz go i bronisz, tylko dlatego, by od niego nie oberwał.
To nie jest do końca to samo – zauważył i nim zdążyła coś powiedzieć, to w bardzo zachłanny sposób zamknął jej usta pocałunkiem. – Zdejmujemy – polecił, wsuwając palce za gumkę jej spódnicy.
Gdzie się tak spieszysz? – dopytywała.
Cicho. Gdy mężczyzna mówi, kobieta nie dyskutuje.
Skąd ty wziąłeś takie staroświeckie poglądy? – zapytała, nie wierząc własnym uszom.
Cicho, powiedziałem – warknął. – Wolisz bym ją zdjął i był romantyczny czy zadarł i wziął cię brutalnie od tyłu? – zapytał i zaczął zdejmować z niej ubranie.
Zgodziła się na to, zapierając się nogami i unosząc pupę do góry. Pedro równie szybko co pozbył się spódnicy przyszłej żony, także wydostał samego siebie z szelek i białej koszuli. I wszystko, byłoby cudownie, gdyby nie zamek w głównych drzwiach wejściowych, który wydał z siebie niemiłosierny i, w tej chwili dla Pedra, nie do zniesienia dźwięk.
Nie mogła przyjść z pół godziny później? – zapytał Alicię, szybko wstając z łóżka i starając się doprowadzić samego siebie do ładu.
Widocznie nie. To jej dom, może przychodzić kiedy chce – uświadomiła przyszłego męża.
Od razu mówiłem, by iść do mojego domu. Moja matka przynajmniej nie ma tendencji, by nieproszona wpadać do mojego pokoju. Poza tym, ja mam zamek w drzwiach.
Oczywiście, w końcu musiałeś mieć gdzie sprowadzać te wszystkie, które były przede mną – odparła, poprawiła spódnicę i zaczęła zapinać guziki koszuli.
Nie wierzę. Winisz mnie za to, że nie byłem prawiczkiem? – postanowił dopytać wprost. Nawet ugiął kolana, by być w stanie spojrzeć jej przy tym w oczy, choć ona patrzyła w dół.
Co cię tak dziwi? – Wzruszyła ramionami. – Mam prawo wymagać tego co sama ofiarowałam. – Ruszyła do przodu, by otworzyć drzwi pokoju na oścież i przywitać się z rodzicielką.
Mogę wiedzieć kiedy skończą ci się te skoki nastrojów i wszystkie humorki? – dopytywał szeptem, stojąc przy jej boku.
Pewnie, gdy urodzę – odpowiedziała mu równie cichutko, szepcząc wprost do ucha.
Dzień dobry, pani Montero – przywitał się szybko, jakby chciał mieć tę konieczność już daleko w tyle.
Dzień dobry, Pedro, dzień dobry – pulchniejsza kobieta przed pięćdziesiątką odpowiedziała w taki sposób, jakby chciała mu dać do zrozumienia, że dni, w które go widuje z pewnością nie należą do udanych. – Zjesz z nami obiad? – zapytała, siląc się na miły ton.
Właściwie, to będę już...
Poczuł mocne uderzenie łokciem w żebra. Zgiął się z bólu i zamilkł.
Chciał powiedzieć, że z przyjemnością – odpowiedziała za niego Alicia, za co myślał, że nie tylko zabije ją wzrokiem, ale też poćwiartuje na kawałeczki, używając do tego jedynie siły woli, bez konieczności wprowadzania w ruch rąk.
W takim razie zaczekajcie. Zawołam was jak ziemniaki dojdą.
Ale nie ma takiej... – już chciał mówić dalej, jednak narzeczona zatkała mu usta dłonią.
Poczekamy, mamo – odpowiedziała i pieszczotliwie poklepała partnera po zarośniętym policzku.
Pchasz się w gips – stwierdził żartobliwie, patrząc ponad jej głowę i zgrzytając przy tym zębami. – Wchodź – polecił, prowadząc ją za ramię z powrotem w stronę pokoju. Wszedł do niego za nią i zamykając za sobą drzwi, zdecydował się na jedno, pieszczotliwe klepnięcie.
Co prawda nie do końca miał wyczucie, dlatego kobieta pisnęła cicho, lekko przestraszona i odwróciła się w jego kierunku.
Poczekamy aż urodzisz. – Zagroził jej palcem.
Teraz to mnie jawnie straszysz – zauważyła. Podeszła do niego i zarzuciła dłonie na męski kark, stając przy tym na paluszkach, by móc dosięgnąć do jego ust.
Pochwycił ją pod pośladkami i wciąż całując, ruszył w stronę biurka. Usadził ją na nim, zrzucając przy okazji stos książek.
Czy coś się stało?! – dobiegł ich zaciekawiony krzyk Sary.
Nie, mamo, wszystko w porządku! – odkrzyknęła. – A ty na przyszłość nie mów przy mojej matce o mojej ciąży, nawet szeptem, bo jeszcze usłyszy – zwróciła się do narzeczonego.
I tak usłyszy. Niejedni w miasteczku będą mówić – uświadomił.
Ale wtedy będziemy już po ślubie.
Tak, ale co z tego, skoro w tak przedwczesny poród i tak nikt nie da wiary? – Wzruszył ramionami. – Naprawdę, Ali, tak wczesnego wcześniaka, to nawet taka zdolna dwójka jak nasza nie byłaby w stanie wyprodukować. Lepiej się z tym nie kryć i nie robić z siebie idioty.
I tak wolę, by dowiedziała się po ślubie, a ty to uszanujesz, bo nie chcesz mnie zdenerwować, prawda, Misiu? – zapytała i zaczęła ocierać swoją dłonią o jego kark, szyję, policzek, aż w końcu przeszła na tors, wsuwając rączkę pod koszulę.

Alicia nie chciała, by jej matka dowiedziała się o nieplanowanej, przedślubnej ciąży, a Pedro nie podzielał jej zdania. Nie musieli jednak rzucać monetą, bo los, a konkretniej przypadek, zadecydował za nich. Wystarczyło, by pani Montero otworzyła okno kuchenne podczas gotowania. Na progu, znajdującym się tuż pod tym oknem, siedzieli Carolina i Jacopo. Dzieci głośno plotkowały o tym, co też najlepszy w całej szkole nauczyciel robi z taką nudziarą jaką jest nauczycielka matematyki.
Ja słyszałem, że zrobił jej dziecko i przez to teraz muszą się żenić – wyznał chłopiec. Ugryzł nieobraną gruszkę i przekazał ją dziewczynce.
Szkoda go – dorzuciła swoje Carolina. – Ale jeszcze nic po niej nie widać.
Nie zauważyłaś, że nosi dłuższe, takie szerokie kiecki i koszule, które są na nią za duże?
Ona nie nosi kiecek, tylko spódnice.
A czym to się różni? – dopytywał zaciekawiony. – Oddaj, teraz moja kolej – upomniał się przy okazji też o owoc, gdyż on ugryzł dopiero raz, a dziewczynka zdążyła już poczynić trzy gryzy.
Pani Sara Montero ledwo usłyszała plotki wydobywające się z dziecięcych ust, a od razu porzuciła gary i zamiar gotowania. Szybkim krokiem przemierzyła kuchnie, swój pokój, przedpokój i weszła do pokoju córki bez uprzedzenia. Nawet jednokrotnie nie zastukała. Przyłapała młodych niemal na gorącym uczynku, gdyż Pedro nie miał już na sobie koszuli, a rozpięte spodnie ledwie trzymały się na jego biodrach, bo skórzane, ciężkie szelki skutecznie je ciągnęły ku dołowi.
Co wy wyprawiacie!? – zapytała półnagiego mężczyznę i córkę, której ubranie było rozpięte, więc górną część bielizny wystawiała na widok bruneta.
Nie czekając na odpowiedź, przyłożyła narzeczonemu Alicii siarczysty policzek. Brunet przystawił wierzch dłoni do piekącego miejsca, ale pomimo tego stanął tak, by osłonić narzeczoną.
Niech się pani uspokoi! – zawołał.
A ty się ubierz! – wykrzyczała mu prosto w twarz, jakby raniła ją jego nagość. W pewnym sensie tak było, bo jako matka Alicii nie mogła w spokoju patrzeć na ilość malinek i kobiecych ukąszeń, które zdobyły ramiona i owłosioną klatkę piersiową Pedra. – Jak to możliwe, że ty jesteś w ciąży!? – krzyknęła do córki, której nawet nie widziała, bo mężczyzna przysłaniał jej cały widok.
Tak wyszło, ale nic się nie stało! – uniósł się Rivera. – Przecież i tak byśmy się pobrali.
Chyba po moim trupie! – wrzasnęła. – O ile wcześniej miałam jakiś wybór i mogłam się nie zgodzić na tę waszą farsę ze ślubem, to teraz już nie mam żadnego wyboru i muszę cię zaakceptować, nie tylko w roli zięcia, ale też w roli ojca mojego wnuka. A przecież ty się, człowieku, w ogóle do tego nie nadajesz! Prędzej świnie nauczą się latać, niż ty na noce wracać do domu!
Pedro starał się przemilczeć całą sprawę, choć różnego rodzaju słowa cisnęły się mu na język. Spojrzał w sufit, potem nachylił się po swoją koszulę i zaczął ją na siebie ubierać, ciągle stojąc dokładnie naprzeciw Sary.
A ty też nie wiedziałaś jaki on jest? Jak już musiałaś, to nie mogłaś przed innym nóg rozłożyć!? – zapytała córkę. – Zmusił cię? Zbałamucił? Czego naobiecywał? – dopytywała, wymijając bruneta i podchodząc do swojego jedynego dziecka.
Nikt jej do niczego nie zmuszał. Nawet niczego nie obiecywałem. Pochwal się mamie, że zwyczajnie, jak para dorosłych, za dużo wypiliśmy, a biurko w pracowni chemicznej jest szerokie. – Nie zarzucając szelek na ramiona, założył na nie marynarkę i skierował się w stronę drzwi. – Wychodzę – poinformował, chcąc być jak najdalej awantury, w której, jego zdaniem, nawet nie wypadało mu brać udziału. Uważał, że to sprawa między matką a córką i nic mu do niego.
Jak to wychodzisz!? Teraz!? – krzyczała za nim Alicia. – Pedro!? – Nawoływała. – Wróć się, do cholery!
Widzisz jaki on jest? – zapytała Sara. – Zacznij się przyzwyczajać. Dziecko zapłacze, ty będziesz zmęczona, a on też wyjdzie i poleci do pierwszego baru. Pewnie teraz też tak zrobił.
W miasteczku mamy jeden bar, mamo – poinformowała Alicia i zeszła z biurka, by podejść do drzwi. Otworzyła je najszerzej jak tylko mogła. – Chciałabym byś wyszła z mojego pokoju – zakomunikowała.


* Na zdjęciu znajduje się Antonio. Przynajmniej ja tak go sobie wyobrażam.
* Nie jestem pewny czy dobrze odmieniłem wszystkie imiona, bo hiszpańska i włoska mowa jest mi obca. Korzystałem z internetu, ale przyznaję, że mogłem coś pokręcić.

8 komentarzy:

  1. Zaczynam czytać, bo na miejskie jak widzę jeszcze trzeba długo czekać.
    Czyli nie dokończyłeś jeszcze Pauliny i będziesz oba opowiadania publikował jednocześnie czy ja, bo nie rozumiem.
    Zapowiada się ciekawie, tylko czasami da się odczuć że hiszpańska i włoska mowa jest Ci obca. Mi w sumie też, ale mam jaką taką orientację dzięki książkom i serialom. :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie "długo"? Wakacje już tuż tuż.
      Nie, nie opublikowałem jeszcze całej "Pauliny". I nie, nie będę publikował tych obu opowiadań jednocześnie (taka sytuacja ma miejsce tylko na początku "Zbrodni..."). Choć sam widzę jak to dziwacznie wyjaśniłem i rozumiem jak trudno to rozczytać.
      "Paulina" na dniach zostanie ukończona, a "Zbrodnię w miasteczku" planowo miałem zacząć publikować od kwietnia. Tak więc końcówka "Pauliny" i początek "Zbrodni" nachodzą na siebie. Coraz częściej jednak zastanawiam się czy nie publikować dwóch opowiadań jednocześnie, ale póki co nie wiem, które miałoby być tym drugim. Stawiałem na "Jabłka i śniegi", które i tak będą się ciągnęły z dwa lata i nie ma sensu wstrzymywać innych opowiadań, tylko dlatego, że to będzie trwać. Pomyślę o tym dzisiaj i zobaczę co z tego wyjdzie. Z pewnością nie będę publikował więcej niż 2-3 opowiadania jednocześnie.
      Też oglądałem hiszpańskie seriale. Wolę nawet ich telenowele od naszych polskich seriali czy filmów. Tylko oglądając nie zawsze zwracałem uwagę czy jest Arturo czy Arturze. TM uważa,że Arturo się nie odmienia, a Antonio odmieniłem dobrze. W resztę się nie zagłębiała, bo poszła spać, ale obiecała podczas czytania zwrócić na to uwagę i mi w razie czego coś podpowiedzieć.
      Cieszę się jednak, że jakieś moje opowiadanie ponownie Cię zainteresowało :) Od razu zaznaczam, że nie będę już nic poprawiał, co najwyżej jakieś literówki w chwili wolnej, ale nic nie zamierzam już pisać od początku. Znudziło mi się dążenie do perfekcji, bo i tak jest nieosiągalna.

      Usuń
  2. O, jest pierwszy rozdział Zbrodni. Mam wrażenie,ze bardzo podobny do pierwszej wersji, choc chyba bardziej dopracowany. Przejścia sa lepsze, z błędów widac teochę interpunkcyjnych, czasem dziwny szyk zdania bądź zła odmiana. Za długi rozdział, by wszystko wymienić :p nie zauwazylam tego wczssniej, ale az dziwne jest, ze wlasciwie w każdej rozmowie pojawiał sie Antonio i to na ogol jako ważny wątek. Ba,nawet przy scenie sam na sam przyszłego małżeństwa (wciąż sie zastanawiam, czy do tego dojdzie) o nim mowili, to juz nie jest normalne. Pedro to taki duży chłopiec, który nie chce brać odpowiedzialności za swoje czyny i najchętniej nadal by był niegrzecznym uczniem, choc na tyle dorosłym, by korzystać z tego, z czego mozna korzystać jako mężczyzna. Nawet nie widzi, ze zarzuca komuś bicie dzieci, a sam wali je linijka z całej pety :/ nie ppdoba mi się to. Krawiec tez ma humorki, choc na razie wypada lepiej, wg mnie. A nasz maluch ma cos w sobie, nie da sie ukryć. Zaparaszam na Niezaleznosc i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i zaraz będzie nawet drugi rozdział.
      Co do odmiany, to nie wiem czy miałaś na myśli imiona, ale różne strony różnie to podają. Ja postanowiłem trzymać się zawsze jednej wersji, odmieniać dane imię zawsze w taki sam sposób.
      A dlaczego dziwne? Antonio to jeden z głównych i ważniejszych bohaterów. Był też tytułowym bohaterem tego rozdziału.
      Wiesz, początki XX wieku, to czasy gdy bicie było na porządku dziennym, także w szkołach. Nigdzie jednak nie było napisane, że Pedro uderzył z całej siły.
      Krawiec w drugim rozdziale od razu spadnie z piedestału. Inna sprawa, że Pedro też na ten piedestał nie trafi.

      Usuń
  3. Jeżeli Sylvia ma 30 lat to w jakim wieku wyszła za mąz jeśli jej najstarszy syn ma 12 lat? Kama

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś kobiety wychodziły za mąż przed 20 rokiem życia. Zamężne 16-latki nie były czymś niespotykanym.

      Usuń
  4. Obiecałam wpaść, więc wpadam i przepraszam, że tak późno. Po prostu wolę usiąść i poczytać w spokoju, a nie w biegu i na przysłowiowe pół gwizdka.
    Podoba mi się klimat, który stworzyłeś. Kojarzy mi się z moim rodzinnym miasteczkiem, co prawda polskim, gdzie wszyscy się znają i plotkują o sobie wzajemnie.
    O bohaterach nie mogę póki co zbyt wiele powiedzieć, muszę ich lepiej poznać. Podoba mi się, że sa tacy wyraziści i każdy inny. Alicia i Pedro to ciekawa para. On sprawia wrażenie trochę niedojrzałego, chłopięcego, ona za to poważna i odpowiedzialna. Zastanawiam się, jak potoczą się ich losy. Arturo i jego żona to też mieszanka wybuchowa, on jest porywczy, ona stara się łagodzić spory, choć też umie powiedzieć, co myśli. No i Antonio - uroczy z niego łobuziak.
    Czekam też na tytułową zbrodnię.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja nie uważam, że czytanie to jakieś wyścigi. Wszyscy piszemy i czytamy, gdy mamy czas i ochotę :)
      Akurat stworzenie całego miasteczka było dla mnie wyzwaniem. Zazwyczaj ograniczałem się do mniejszej ilości bohaterów.
      Tytułowa zbrodnia już w kolejnym rozdziale :)
      Pozdrawiam.

      Usuń