Autor tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autor zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autor bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczny, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

piątek, 12 maja 2017

#37 – „Zbrodnia w miasteczku” – Rozdział 3

Trup w chacie nad rzeką”

Jacopo i Antonio pierwszy raz mieli okazję podziwiać miasteczko późną, ciemną nocą. Co prawda Jacopo tego dnia wrócił do domu po północy, ale tak bardzo się spieszył, że nawet nie zwracał uwagi na mijany krajobraz. Teraz najbardziej podobały mu się lampy, które oświetlały główną ulicę. Antonio natomiast podziwiał skryte w mroku wystawy, nawet witrynę zakładu krawieckiego. Podobała się mu porcelanowa pani w sukni ślubnej i dżentelmen we fraku stojący przy jej boku.
Nie wiedziałem, że tata robi takie piękne rzeczy! – zawołał.
Co jest pięknego w kiecce? – zdziwił się Jacopo.
Cała się błyszczy, jak u królowej. Brakuje tylko korony. – Uśmiechnął się tak mocno, że kąciki jego ust zdawały się dotykać uszu.
Jacopo szarpnął młodszego brata za rękaw beżowej kurtki.
Pośpiesz się! – zawołał.
Antonio posłuchał i zaczął przebierać nogami ile tylko miał sił, ale niemiarowe oddechy dawały o sobie znać w klatce piersiowej. Jednocześnie jego wzrok wciąż uciekał na wystawy sklepowe. Tym razem upodobał sobie cukiernie i nie potrafił od niej odwrócić głowy. Wpadł na kogoś. Poczuł mocne zderzenie, a potem jak jego pośladki boleśnie stykają się z chodnikiem wyłożonym kocimi łbami.
Ała – rzekł oskarżycielsko i spojrzał w gorę na postać skrytą pod szeroką peleryną, której duży kaptur nachodził nie tylko na oczy, ale nawet na kawałek nosa.
Nie czekał na to aż postać go przeprosi. Z resztą, nie wyglądała jakby zamierzała, więc czym prędzej się podniósł, nawet nie otrzepywał, wyminął osobę, której nie miał odwagi się dłużej przyglądać i ruszył biegiem w kierunku, w którym podążył Jacopo.
Tędy jest bliżej! – krzyknął i zamachał na niego, wskazując na stary, opuszczony dom, porośnięty krzakami tak wysokimi i zdradzieckimi, że nieraz pokaleczyły mu nie tylko łydki, ale także twarz, zadrapując policzki.
Tym razem też nie było inaczej i już po chwili ścierał dwoma palcami krew spływającą po brodzie. Jacopo był bardziej ostrożny i starał się osłaniać, uniesioną w górę koszulą, by w razie czego to ona poniosła wszelkie straty, nawet jeśli miałaby przez to zostać podarta. Na brak ubrań akurat nie mieli co narzekać. Ich ojciec był krawcem, więc mieli dużo koszul i spodni do nich dopasowanych. Ich mama zawsze nosiła najładniejsze sukienki, zwłaszcza w niedzielę, gdy przywdziewała nową, tę którą dzień wcześniej dostała od ojca. Często Arturo, te nienoszone dłuższy czas przez żonę, zabierał i przerabiał na nowe. Jej szafa zawsze była pełna, a drzwi ledwie się domykały.
Bracia w końcu dotarli na miejsce, na wzgórek, z którego widzieli brzeg czystej rzeki. Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się niczym prawdziwi zwycięzcy, a potem poszli w kierunku drewnianej, rozlatującej się chaty, stojącej nad samym brzegiem.
Weszli od tyłu, poprzez brakującą deskę. Wiatr wzmógł na swojej sile i potargał im włosy nim znaleźli się wewnątrz. Uderzył w nich odór stęchlizny i wilgoci, który każdemu dorosłemu, by przeszkadzał, ale dzieci podchodziły do tego inaczej i niejednokrotnie bawiły się w tej chacie. Przesiąknięte tym obrzydliwym zapachem, powracały do domu, czym zazwyczaj złościły swoje matki.
Na podłodze były ślady krwi, ich większe i mniejsze plamy, ale Jacopo jakby nadal nie wierzył w nieboszczkę. Uważał, że brat sobie ją wyimaginował, a potem skropił deski brudną, czerwoną, niemal brunatną farbą, by go nabrać, by przestraszyć.
Nie ma tu żadnej kobiety! – krzyknął zbulwersowany i zdenerwowany tym, że Antonio po raz kolejny z niego zakpił.
Była! Zaklinam się na Boga, że była!
Ale dziwnym trafem zniknęła, tak? Jak ojciec się dowie, że i my zniknęliśmy z naszych łóżek, to nas zatłucze. Ale co ciebie to może obchodzić, w końcu ty zawsze jesteś jego pupilkiem.
Nieprawda! – Pchnął brata z taką siłą, że ten wpadł na stare, połamane krzesła, zazwyczaj z powyrywanymi oparciami. – To zawsze ja obrywam najmocniej.
Ty chociaż za coś – odparł podnosząc się. – A ja i Matteo nawet za rozlany kompot – dodał płaczliwie, ale młodszy brat już go nie słuchał, gdyż zaciekawiony był śladami krwi.
Prowadzą do drzwi – zauważył na głos. Podszedł do nich i lekko pchnął. Natrafił na opór. – Ona pewnie leży z drugiej strony! – zawołał zadowolony i zaczął wychodzić tą samą dziurą w ścianie, jaką dostali się do środka.
Trup się nie przemieszcza – stwierdził Jacopo, ale poszedł za Antoniem, który tym razem okazał się mieć rację.
Bracia ukradkiem zerkali, wyglądając zza rogu chaty, wprost na kobietę w białym, zakrwawionym i dziurawym płaszczu. Leżała na brudnej od deszczu ziemi, na brzuchu, nieruchomo.
Nie była tu kiedy wyciągałeś z niej nóż? – zapytał Jacopo szeptem, z wyczuwalnym drganiem przerażenia.
Antonio pokręcił głową.
Była w domku – odpowiedział.
Wiesz co to znaczy, ty ośle!? – wydarł się na niego i zaczął nim gwałtownie potrząsać.
Co!? No co!?
Że kiedy tu byłeś ostatnim razem, to ona jeszcze żyła! – wykrzyczał i puścił Antonia z taką siłą, że ten upadł pupą na piaszczystą ziemię.
Nie wiedziałem – odszepnął cichutko ciemny blondynek. – Wyglądała całkiem na martwą – dodał, wstając i na drżących nogach, odczuwając silny strach, podszedł do leżącej w piasku i krwi kobiety. – Proszę pani – szepnął cichutko. – Czy pani jeszcze żyje? – dodał, sięgając po długi kij. Zaczął trącać nim nieboszczkę. – Teraz już chyba nie żyje. – Spojrzał przez ramię na starszego brata i ze łzami w oczach oczekiwał jakieś rady.
Nie możemy jej tak tutaj zostawić – zadecydował Jacopo.
A co, chcesz ją zabrać do domu?
Brunet na bezmyślność dziesięciolatka uderzył się otwartą dłonią w czoło.
Powinniśmy poinformować policję – wyjaśnił.
Ale ja nie chcę im oddawać mojego noża. Znalazłem go.
Nie chodzi o nóż. Musimy komuś powiedzieć, że ona tutaj jest, zanim psy ją zjedzą.
To psy jedzą trupy?
Wilki, lisy i inne też. Nawet ryby!
Obrzydlistwo. – Skrzywił się na samo wyobrażenie tego o czym opowiadał starszy brat.
Kanibale też jedzą trupy, a nawet żywych.
Jeszcze większe obrzydlistwo. Pamiętam jak nasz tata jadł węgorza, a ten się jeszcze ruszał na talerzu. Mówił, że to taki odruch pośmiertny tego zwierzęcia, ale mnie i tak było niedobrze – wspominał na głos, obserwując jak Jacopo przygląda się nieboszczce. – Ej, Jaco, a może my ją pozostawmy takiemu kanibalowi i będzie po kłopocie. On ją zje, a ja zachowam swój nóż. – Ucieszył się na własny pomysł, ale brat szybko sprowadził go na ziemię, mówiąc, że w Hiszpanii nie ma żadnych kanibali.
Mały Antonio posmutniał, ale przystał na pomysł Jacopo. Wszedł do chaty, która długi czas była kryjówką jego, Filipo i Marcosa. Wyciągnął ze starej skrzyni pożółkłą i zakurzoną kartkę papieru oraz niewielki ołówek.
Ty piszesz – polecił. – Po mnie by się i tak nie rozczytali. Ta zołza od matematyki ostatnio kazała dyrektorowi dać mi po łapach, bym miał ładniejsze pismo. Tak mi przylał, że w ogóle nie mogłem pióra w dłoni utrzymać, a co dopiero nim pisać. Rivera to chociaż bije tylko po jednej, po tej co się jej zwykle nie używa. To miło z jego strony, nie sądzisz? Nawet go lubię.
Przestań paplać. Koncentruję się – odpowiedział. – Napisałem „TRUP JEST NAD ŻEKOM, POHOWAJCIE JĄ”. Może być?
Antonio zerknął na kartkę i koślawe pismo starszego brata, który zwykle pisał starannie, ale tutaj nie miał do dyspozycji biurka ani nawet stołu, na dodatek ręce mu się trzęsły przez to co zobaczyły oczy, więc ostatecznie przytaknął:
Jak dla mnie, może. Szkoda, że nie dopisałeś jej imienia.
A skąd niby mam je znać?
Sprzedałem jej dokumenty.
Jak to sprzedałeś jej dokumenty?! – oburzył się.
Portfel cały. Dostałem za niego dwa komplety znaczków, całe kolekcje. Jedna nawet ma samolot. Nawet nie zdążyłem do środka tego portfela zajrzeć, tak się na ten samolot ucieszyłem, a Marcos zdążył przeczytać jedynie imię, bo trzeba było wracać do szkoły, by normalnie wrócić do domu i zdążyć na obiad, a nie tak jak ty – wypomniał.
No to jak ona miała na imię? Dopiszę – zaproponował.
Gloria.
Obydwaj wyszli z chaty na mocną ulewę. Jacopo schował więc kartkę do kieszeni, by choć trochę ją osłonić, a Antonio ucieszył się, że był na tyle zapobiegawczy, by wziąć z sobą kurtkę. Z początku mieli się udać na policję, ale uznali, że to za daleko. Antonio zaproponował więc, by poszli do domu policjanta.
Wiesz gdzie mieszka komendant? – zdziwił się Jacopo. – Ja nie wiem.
Też nie wiem, ale wiem gdzie mieszka Hadrian Alarcon z rodziną. Tata mnie tam kiedyś zabrał, bym pobawił się z jego córkami. Bawiliśmy się w chowanego i jedna się poryczała, bo siostrę schowała w skrzyni na pościel i zamknęła.
Ryczała, bo siostrę zamknęła? – nie rozumiał Jacopo.
Nie, nie dlatego. Tylko matka ją skrzyczała. On ma ładną żonę. Nawet ładniejszą niż nasza mama. Zawsze ma takie ładne, bordowe włosy. Tata chyba ją lubi.
Tata chodzi do żony policjanta, gdy policjanta nie ma w domu?
Echeś! – krzyknął radośnie Antonio. – Zamknęli się w pokoju na dole, gdy babci nie było, a mnie kazali się z tymi małymi bawić. Są lepsze od Mattea. Mniej miunczą. Nasz brat to jest jeszcze jak mała dzidzia. Tata też ostatnio to mamie wykrzyczał w awanturze, że robi z Mattea młodszego niż jest, i że my jak byliśmy w jego wieku, to byliśmy samo, coś samo.
Samodzielniejsi – podpowiedział Jacopo. – Słyszałem tę awanturę, ale myślałem, że ty wtedy śpisz.
Nie dało się jej nie słyszeć. Krzyczeli tak głośno, że nie dało się spać. To tutaj. – Wskazał mokrym palcem na dom. Dotarło do niego, że cały jest przemoczony i że robi mu się coraz zimniej. – Ja wejdę przez płot i wsunę to w drzwi, wtedy nie zmoknie, bo na górze jest balkon, poza tym na pewno zauważą. Poczekaj na mnie. – Wyciągnął dłoń po kartkę i sprawnie przeszedł przez płot. Nie pamiętał jednak o tym, że Alarconowie mają dużego i groźnego psa, i kiedy Szogun wybudził się ze snu i ruszył w jego kierunku, pokazując ostre jak brzytwa kły, uświadomił sobie w jak dużym niebezpieczeństwie się znalazł.
Antonio, szybko! – wrzasnął zmartwiony Jacopo.
Doping pomógł na tyle, by chłopiec dał radę doskoczyć do furtki, jednak gdy usiłował ją pokonać, to mokre ręce ześlizgnęły się z ociekającej wodą bramy, a on poleciał w dół, wprost na brukowany chodnik, ale jego noga wciąż zaczepiona była między barierkami.
Poczuł ból głowy, ale na szczęście nie krwawił, o czym uświadomił go Jacopo, klęczący przy nim.
Dobrze, że spadłeś na tę stronę, a nie na tamtą.
Boli mnie noga – stwierdził, gdy próbował się podnieść. – Boli tu i tu – tłumaczył płaczliwie.
Chcesz iść do lekarza?
Po co? By ojciec się dowiedział? – zapytał, podtrzymując się braterskiego ramienia. – Zlałby mnie, bym oduczył się kaleczyć. A jakby się dowiedział, że to stało się w nocy, to... on by nas zabił.
W takim razie pójdziemy wolno do domu, a w szkole udasz, że się wywaliłeś.
Nie, lepiej nie. Musi samo przejść – stwierdził poważnie dziesięciolatek.

Kiedy Antonio i Jacopo dysputowali pod domem Hadriana Alarcona, on i jego żona ukryli się przed córkami w łazience, pozostawiając dwa blondwłose diabełki w swoim łóżku.
Ty jeszcze jesteś pijany – zarzuciła mu, gdy sadzając ją na komodzie przy umywalce, potrącił kubek, w którym znajdowały się szczoteczki i pasta do zębów.
I co z tego? – zapytał. – Czy mniej mnie przez to kochasz?
Przewróciła oczami, pokręciła głową, a potem przyłożyła dłonie do policzków męża. Poczuła na nich znajomy, jednodniowy zarost. Kciukami przeczesała ciemnego niczym smoła wąsa.
Nie patrz się tak na mnie. Nie powiem, że cię kocham. Urośniesz, spuchniesz, pękniesz pod wpływem takiego komplementu. Woda w wannie zaraz się przeleje – zauważyła, zerkając w bok.
Nie odpowiedział na to ani słowem, postanowił uczynić to gestem. Zebrał w sobie wszystkie pokłady równowagi, siły i odrobinę trzeźwości, która jeszcze mu pozostała. Chwycił żonę za biodra i podniósł, jakby ważyła tyle co piórko.
Wystraszona, oplotła męża w pasie swoimi nogami, a potem poczuła jak jej plecy, a następnie ona cała, wliczając w to szyję, włosy i część policzków, zanurza się w wodzie.
Chcesz nas utopić!? – krzyknęła, gdy jego kolano znalazło się między jej nogami, a woda w wannie poruszyła się niebezpiecznie, nieco ulewając za brzegi.
Brunet podążył zamglonym wzrokiem za szumem jaki wydawała woda cieknąca z kranu. Usiłował dosięgnąć dłonią kurka, ale nie udało mu się to. Poślizgnął się, przez co na krótki moment podtopił zarówno siebie jak i małżonkę. Szybko jednak się zreflektował i udał, że to było planowane, zamierzone i nie ma powodów do obaw.
Nic ci przy mnie nie grozi – zapewniał. – Ale chcę syna, syna – powtarzał. – Możesz to dla mnie zrobić, Claro?
Z Bogiem o tym porozmawiaj.
Nie sądzę bym dał radę spłodzić syna z Bogiem. Od tego jest żona.
Clara zaśmiała się z takiego wytłumaczenia, zwłaszcza, że jej mąż brzmiał przy tym tak słodko, niepewnie, nieporadnie. Od razu skojarzył jej się z dzieckiem, które zapytane stara się odpowiedzieć i jednocześnie wydaje mu się, że ma rację oraz, że jednak ktoś może się nie zgodzić z tą racją.
Mam do ciebie prośbę, Hadrianie – zaczęła, robiąc maślane oczka i przybierając do tego smutną minkę, układając usta w podkówkę.
Czego żądasz, diablico? – Złapał dłońmi za brzegi wanny i napiął mięśnie tak jak lubiła najbardziej. Jego koszula była do połowy rozpięta, a ciało o szarawym odcieniu aż kusiło, by położyć na nim dłonie.
Chodzi o naszych sąsiadów.
Znowu temat Vallaurich – westchnął, bo nawet nie łudził się, że mógł się pomylić.
Oni naprawdę ledwo wiążą koniec z końcem. Powinniśmy im oddać jakieś rzeczy po dziewczynkach albo cokolwiek. Może te przetwory co mamy w piwnicy.
Pewnie, najlepiej od razu wszystko rozdaj – rzucił sarkastycznie i od niechcenia. Szybko powrócił do przyjemniejszych zajęć niż rozmowa o wielodzietnej rodzinie, z którą mieszkali przez płot.
Hadrianie, a może ty byś porozmawiał z kimś i załatwił...
Ja już, kochanie, raz wyszedłem przez ciebie na debila. Załatwiłem Paulowi pracę u rzeźnika, tak?
Ale...
Tak czy nie? – przerwał ostro.
Tak – odparła, ale odbiegła wzrokiem w bok, jakby była obrażona.
I co z tego wyszło? Nie robił dłużej niż dwadzieścia kilka dni, a zdążył nakraść.
Może potrzebował – szukała na głos usprawiedliwienia.
To mógł powiedzieć. Szefa akurat miał bardzo w porządku. Z pewnością lepszego i bardziej ludzkiego niż mój. Dałby mu, może nie zaliczkę, ale choćby mięso do domu. Poza tym nie łudźmy się, że on to zaniósł dzieciom. Sprzedał po kosztach i wszystko przepił. A teraz zdejmij tą halkę, co ją jeszcze niepotrzebnie masz na sobie.
No, ale jakbyś mógł...
Zdjąć ją z ciebie samemu?
Nie! – krzyknęła z uśmiechem i bez oporów się rozebrała, choć w wannie, w której i on się znajdował, było z tym nieco trudności. – Chcę byś porozmawiał choćby z Pedrem, jego lubi dyrektor, więc...
A o czym ja mam z Pedrem rozmawiać? Starego Paula nie zatrudnią jako nauczyciela. On się nawet na woźnego nie nadaje. Poza tym mają woźnego. Drugi chyba nie jest konieczny.
Nie, ale...
Ale sama możesz porozmawiać z Riverą, przecież widujesz go codziennie.
Nie mogę i prawie wcale go nie widuję. Staram się unikać.
Dlaczego? – zdziwił się.
Ty wiesz, że my kiedyś byliśmy razem, prawda? – zapytała, spuszczając głowę. Jej policzki przeszły w kolor czerwony i nie było to spowodowane gorącą kąpielą ani parą jaka się unosiła w całej łazience.
Coś o tym słyszałem. Dlatego tak mocno zdziwiłem się, gdy potem okazałaś się być jeszcze dziewicą. – Zdjął koszulę przez głowę i zmiętą, trzymaną w jednej dłoni, zamoczył w wodzie.
Właśnie.
Co właśnie?
Kiedy... głupio mi o tym mówić, ale widziałeś jego bliznę na czole, tu, przy brwi? – dopytywała, pokazując na własnej twarzy o jaki fragment jej chodzi.
Widziałem – odparł, oddalając się i przyglądając żonie w dziwnym skupieniu, z dwuznaczną uwagą. Wydawało się jakby całkiem wytrzeźwiał.
Kiedy chcieliśmy razem... chcieliśmy zrobić...
Co zrobić?
Wiesz...
Nie, nie wiem. Wysłów się w końcu!
Nie krzycz na mnie! Chcieliśmy skonsumować związek.
Wy nie mieliście co konsumować, do ciężkiej cholery! Małżeństwem nie byliście!
My też małżeństwem nie byliśmy, gdy...
Ale mieliśmy już ustaloną datę, więc to coś zupełnie innego!
Ciesz się, że to on oberwał świecznikiem w głowę, a nie ty, panie „Coś zupełnie innego”.
Nie pyskuj! – ryknął groźnie.
Spojrzała w bok, po raz kolejny tego dnia odbijając wzrokiem od własnego męża.
Nie musisz na mnie pokrzykiwać – wyznała, oburzając się. Drobinki pierwszych łez zaszkliły się w jej oczach.
Już miała wypełznąć spod męża, a potem wyjść z wanny, ale skutecznie ją przed tym powstrzymał.
Nie musimy się kłócić – stwierdził, delikatnie muskając jej policzek, łaskocząc przy tym wąsem o miękkie ciało. – Powróćmy do tego co dobre. Do płodzenia mojego syna.
A co gdy nie będziemy go mieć? – pojawiło się w jej głowie jako duża wątpliwość. Wypowiedziała to także na głos.
Dlaczego mielibyśmy go nie mieć? – Oddalił się, ponownie chwycił dłońmi brzegów wanny i napiął wszystkie mięśnie, co teraz, gdy był nagi od pasa w górę, wyglądało znacznie efektowniej.
Niektórzy ludzie nie mają synów. Niektórzy ojcowie mają same córki.
Nie ja.
A co jeśli...
Jeśli teraz byłaby dziewczynka i następna byłaby dziewczynka, i następna, to kolejny z pewnością byłby syn.
Clara wolała nie myśleć jak wyglądałoby jej życie z taką wesołą gromadką ani o ciężkości jaką odczuwała w ciąży, ani tym bardziej o bólach porodowych. Nie chciała mieć aż tak licznej rodziny i nie pozostało jej nic innego, jak tylko przedstawić swoje zdanie Hadrianowi. Była pewna, że to zrobi, że w końcu się odważy, ale wiedziała, że nie zdarzy się to tej nocy.

Podczas gdy państwo Alarcon zabrali się do pracy nad kolejnym potomkiem, to Pedro Rivera siedział na łóżku, z nogami rozłożonymi w lekkim rozkroku. Łokcie wspierał na kolanach, a dłońmi nieustannie przeczesywał swoje włosy. Nie czuł się dobrze. Żołądek podchodził mu do gardła, w oczach wirowało, a głowa zdawała się być tak bardzo ciężka, jakby ktoś zrzucił na nią worek kamieni.
Jesteś skończonym osłem! – usłyszał głos swojej rodzicielki.
Nie komentował jej wykrzyknienia, wolał zająć się sobą. Usiłował zebrać w sobie wszystkie możliwe siły, by skupić wzrok na jednym punkcie, ale ten nieustannie mu umykał, drgał.
Myślisz, że Alicia będzie to znosić?! – Położyła blaszaną miskę na kuchennym taborecie, który stał przy łóżku. Uczyniła to z głośnym trzaskiem, bardzo nerwowymi ruchami. – Na wypadek jakbyś rzygał.
Nie bym – wybełkotał, starając się uporać z guzikami koszuli. Nie szło mu to, więc zdecydował się wstać. O mały włos, a by się przewalił, ale podtrzymał się regału na książki, kilka z nich niestety spadło. Potrącił też zegarek kieszonkowy, który po owym upadku już nie cykał.
Victoria postanowiła mu odrobinę dopomóc. Spuściła szelki z ramion syna, choć ledwie do nich dosięgała. Pomogła mu się też uporać ze sznurowadłami butów, zupełnie jak wtedy, gdy miał nie więcej niż kilka latek i nieustannie plątał sznurówki.
Nie możesz wracać prawie każdego dnia pijany. Będziesz ojcem, Pedro – powiedziała, kierując się w stronę wyjścia z pokoju. Na progu zerknęła jeszcze przez ramię, by zobaczyć jak brunet sobie radzi, ale on nawet nie podjął trudu zdjęcia spodni i pomimo że te były brudne od trawy i błota, to zdecydował się położyć w nich do łóżka.
Ledwie wsunął nogi pod białą, pachnącą pościel, a poczuł ból policzka, następnie pieczenie jakie nasila się chwilę po uderzeniu. Po nim przyszło kolejne, następne i jeszcze jedno. Nie próbował się bronić, jedynie osłaniać, przynajmniej do momentu, w którym jego matka nie sięgnęła po jego własne szelki, porzucone na podłodze. Te w końcu dał radę złapać i wyrwać z jej dłoni. Odrzucić w najdalszy kąt pokoju, trafiając nimi w wazon ustawiony na komodzie. Ten niebezpiecznie się zachwiał, ale nie spadł i nie potłukł.
Rano wybudzał się kilkakrotnie, sięgał wtedy po kieszonkowy zegarek spoczywający na ziemi. Był zepsuty, ale jemu nie przyszła taka ewentualności do głowy, więc zasypiał ponownie w najlepsze. Dopiero kiedy jego matka powróciła z zakupów i porannych ploteczek, to podniosła krzyk na tyle głośny, że wyrwała go z łap wstrętnego Morfeusza.
Ty nie jesteś w pracy!? Dlaczego!?
Która godzina? – zmartwił się i już miał w pędzie się ubierać, gdy ledwie wyszedł z łóżka, a potknął się o własne nogi, za sprawą opuszczonych do kostek spodni.
Prawie południe.
Choler! – przeklął, siadając na drewnianym krześle i odchylając głowę do tyłu. W tamtym momencie zrobiło mu się niedobrze i miska, pozostawiona dzień wcześniej na taborecie przy łóżku, okazała się być zbawieniem.
Zrobię ci gorzkiej herbaty. – Odwróciła wzrok, nie chcąc patrzeć na to jak jej dorosły syn wymiotuje, struty wczorajszą popijawą. – Po co ty pijesz, jak nie umiesz? – zapytała jeszcze przed opuszczeniem pokoju.
Pedro, nie widząc sensu w pójściu do pracy na dwie ostatnie lekcje, z powrotem położył się do łóżka, ale wiedział, że będzie musiał jakoś usprawiedliwić swoją nieobecność. Już teraz myślał o tym, jak będzie przebiegała jego rozmowa z dyrektorem. Układał w głowie wszystkie możliwe scenariusze. Zastanawiał się też co powie Ali i wtedy nagle coś mu się przypomniało. Postanowił rozwiać wątpliwości.
W nocy powiedziałaś, że będę ojcem, tak, mamo!? – podniósł głos, a że baryton miał donośny, to sprawił, że rodzicielka usłyszała go pomimo tego, że była w kuchni, czyli pomieszczeniu najbardziej oddalonym od jego pokoju.
Victoria porzuciła chowanie sprawunków i ruszyła do syna, by udzielić mu odpowiedzi.
To właśnie powiedziałam. Mógłbyś to wynieść? – spytała, patrząc na miskę pełną wymiocin. – Źle mi się robi od samego patrzenia.
Po co, jeśli zaraz znowu będzie mi niedobrze? – Niedbale wzruszył ramionami.
Może po to, by nie śmierdziało w całym pokoju.
Zaraz. Mówiliśmy o ciąży – powrócił do wcześniejszego tematu.
Pedro, każdy wie, że Alicia w niej jest. Wiem już nawet dlaczego wczoraj piłeś. Wystarczyło, że poszłam na ryneczek.
Co mówiły te przebrzydłe plotkary?
Że wyszedłeś od Montero niezadowolony, że krzyk i awantura były. Jeśli kłócicie się przed ślubem, po ślubie nie będzie lepiej. Tyle wiem z własnego doświadczenia – wyznała, przysiadając na brzegu jednoosobowego łóżka.
Skąd wiedzą, że jest w ciąży? – dopytywał.
Pedro, ty i ślub, to wystarczy, by wysuwać takie wnioski. Jesteś tutaj chyba najstarszym kawalerem.
Nie skarżyłem się na to.
A na małżeństwo zamierzasz? – spytała zaskoczona, wpatrując się w jego zmęczoną twarz, bledszą niż zazwyczaj, na dodatek z siniakiem w okolicy oka, tuż nad policzkiem. Zeszła wzrokiem niżej, na bruzdy szpecące lewe ramię. Nawet jeśli na jej usta cisnęło się słowo „przepraszam”, to nie zamierzała go wypowiadać, nie teraz, nie w takim momencie, gdy jej zdaniem sam był sobie winny.
Alicia chce mieszkać z matką – stwierdził z widoczną odrazą, a potem zaczął siorbać z łyżeczki pierwsze łyki gorzkiej, niedobrej herbaty. Nigdy nie lubił herbat, gorzkich zwłaszcza, ale na kaca mu pomagały. Miał tego świadomość, więc postanowił się przemęczyć.
W tym akurat nie ma niczego dziwnego. Będzie matką, chce kogoś kto jej pomoże przy dziecku.
To przecież ja mogę jej pomóc! – uniósł się.
Zabierzesz niemowlę do baru?
Przestań – syknął i spojrzał na biel popękanej ściany. – Moglibyśmy wprowadzić się tu.
Moglibyście – przyznała. – Nie wywaliłabym was, pomogłabym wam, ale tam macie do dyspozycji większy pokój, ogród.
I starą Sarę na karku, co mnie nie znosi.
A za co ona ma cię lubić, Pedro? Wydaje jedyną córkę za mąż, za mężczyznę, którego fama wyprzedza jego samego. Wiesz co ludzie o tobie mówią?
Że jestem najlepszym z nauczycieli – pochwalił samego siebie, dobrze wiedząc, że to akurat prawda.
Dodają też, że z ciebie pijak i straszny kobieciarz. Alicia jest bystra i nawet jeśli sama wolałaby mieszkać z dala od matki, to liczy na to, że w obcym domu będziesz miał jakieś granice przyzwoitości.
Jestem przyzwoity.
Wpadając do własnego domu jak do hotelu, gdy masz ochotę coś zjeść lub jesteś tak pijany, że trzeba ci niańki, by cię wpakowała do łóżka!? Jesteś moim synem, kocham cię, ale twojej przyszłej żonie szczerze współczuję, bo ty się nie zmienisz. Twój ojciec też się nie zmienił.
Nie porównuj mnie do niego! – uniósł się.
Nie muszę. Pewnego dnia sam się do niego porównasz, gdy w końcu przejrzysz na oczy i spojrzysz w lustro. – Wstała i zapowiedziała, że pójdzie do szkoły, że go usprawiedliwi, mówiąc, że jest chory. – Obronię ci dupę, ostatni raz – dodała na odchodne.
Ostatnich razów w wykonaniu pani Victorii Rivera było niezliczenie wiele i Pedro wiedział, że tym razem nie będzie inaczej, dlatego nawet się nie przejmował. Znowu poczuł jak chwytają go mdłości, więc po zwróceniu kolejnej porcji smażonych ziemniaków i kiełbasy, którą zagryzali w barze gorycz ognistej cieczy, zdecydował się na klina. Odszukał w kredensie słodkie wino, przelane do kanki. Napełnił dużą szklankę do pełna i wypił jednym duszkiem. Znów napełnił i znów przechylił. Trzecią dawkę „lekarstwa” zabrał z sobą do pokoju, sączył ją powoli, spokojnie. Ciężkie powieki mu opadały, a spokojny sen chciał do niego powrócić.

Victoria była niską, szczupłą i lubianą kobietą, dlatego, gdy tylko wkroczyła do miejsca pracy swojego jedynaka, to od razu została ciągnięta przez nauczycielki do pokoju nauczycielskiego.
Mamy dobrą kawę, świeżo zmieloną – szczebiotały, oblegając ją dookoła.
Niemal wszystkie ją znały, bo gdy jeszcze były dziećmi, to pracowała jako kwiaciarka na straganie naprzeciw szkoły, a później dorabiała do emerytury jako bibliotekarka, zwalniając to stanowisko Clarze, która pewnego dnia stała się obiektem westchnień jej syna. Tym razem postanowiła podziękować za propozycję wspólnego napicia się kawy i udać właśnie do Clary.
Rudowłosa kobieta, gdy tylko ją ujrzała, to od razu wyszła zza lady, by móc ją uścisnąć i z dużą serdecznością oraz szczerym uśmiechem pocałować w obydwa policzki. Nagle jednak spoważniała i wyglądała na przestraszoną.
Pedrowi coś się stało? Od rana się martwią, że nie stawił się na zajęcia. Nawet do mnie to dotarło. – Podeszła do okna, stukając wysokimi obcasami o drewnianą podłogę. Zasunęła zasłonkę, gdyż słońce padało na stoliczek, przy którym usiadła Victoria.
Clara omiotła też spojrzeniem całą klasę, do której uczęszczał Antonio. Dzieci zostały przysłane do biblioteki przez dyrektora, bo nie było Rivery, a więc nie miał kto z nimi poprowadzić zajęć. Musieli jednak czekać na kolejne, choćby na matematykę z panną Montero, która w przeciwieństwie do swojego narzeczonego pojawiła się w szkole.
Antonio, nie rzucaj kulkami z kartki w kolegę – zwróciła uwagę chłopcu.
To co mam tu robić, proszę pani?
Weź jakąś książkę i poczytaj.
Czytanie jest nudne.
To pooglądaj obrazki.
To chyba mogę porobić – przystał na jej propozycję, wzruszając przy tym niedbale ramionami. – Czemu pan Pedro nie przyszedł!? – krzyknął, nie wiadomo czy w stronę Victorii, czy Clary.
Większość uczniów znajdujących się w bibliotece wydała się być zaciekawiona odpowiedzią. Kilkoro z nich także zaczęło dopytywać o Pedra, tworząc tym sposobem echo dla małego Boscy.
Właśnie, co z nim? Coś nie tak?
Zachorował – odpowiedziała dzieciom Victoria.
Zachorował – powtórzyła po niej Clara, lekko się przy tym zaśmiała z wyczuwalną drwiną. – Teraz przynajmniej wiem z kim mój mąż pił – dodała szeptem i przysiadła po drugiej stronie stoliczka, tak by móc widzieć dziesięcioletnich rozrabiaków i nieustannie mieć na nich oko.
Mam nadzieję, że nie powiesz tego dyrektorowi – zagadnęła pani Rivera.
Oczywiście, że nie. – Przewróciła oczami, dając matce swojego byłego partnera do zrozumienia, że to przecież było oczywiste. – Powiesz, że jelitówka. W to uwierzą. Ostatnio dzieciaki chorują jeden po drugim. Mogły go zarazić.
Dziękuję.
Nie ma za co. To on powinien mi podziękować. Doszło do tego, że wymyślam za niego kłamstwa i wymówki, choć już od lat nie jesteśmy razem.
Jakie kłamstwa i wymówki, i jakie razem!? – dopytywał Antonio, który podsłuchał tylko ostatnich kilka słów.
Nie interesuj się sprawami dorosłych. Idź lepiej na świetlice, do kuchni i poproś o dwie kawy, najlepiej zbożowe. Lubi pani nadal, prawda?
Oczywiście, moja ulubiona. Pamiętałaś. – Rozpromieniła się.
Antonio bardzo szybko poderwał się z krzesła, a potem skrzywił. Grymas wypełznął na jego twarz, a w oczach pojawiły się łzy. Szybko jednak powstrzymał odruch płaczu i krzyknięcia. Wyprostował się i bardzo powoli, starając się ze wszystkich sił iść zupełnie normalnie, dreptał w kierunku drzwi. Nie uszło to uwadze Clary, więc zawołała chłopca do siebie:
Bosca, podejdź do mnie na chwileczkę.
To za chwileczkę, jak przyniosę – usiłował się wymigać.
Clara nie nawykła do dyskutowania z dziećmi, więc nie miała zamiaru go przekonywać, by postąpił inaczej. Wstała z miejsca i sama się pofatygowała, by do niego podejść. Podciągnęła jego nogawkę aż nad kolano. Na łydkach zauważyła dwie wyblakłe, grube pręgi, jakby były śladami po razach wymierzonymi grubą rózgą czy linijką. Tak naprawdę sama nie wiedziała czym i wolała się nie domyślać. Zainteresowała się jednak kostką chłopca, opuchlizną i fioletowym zabarwieniem.
Coś ty zrobił? Spadłeś skądś?
Po schodach, jak biegałem – skłamał.
To dlaczego od razu nie przyszedłeś? A tyle razy się wam mówi, by nie biegać po korytarzu. – Chwyciła chłopca za rękę i otworzyła przed nim drzwi. Poprosiła Victorię, by zerkała na dzieci podczas jej nieobecności. Wiedziała, że mały Antonio powinien jak najszybciej trafić do lekarza.
Gdy zmierzała z małym Boscą w stronę gabinetu dyrektora, natrafiła na nikogo innego jak na Alicie Montero. Od razu wejrzały się na siebie, jakby były odwiecznymi rywalkami.
Dokąd go ciągniesz? Jego znowu nie będzie na matematyce? – dopytywała Alicia, która właśnie szła odnieść dziennik do pokoju nauczycielskiego.
Chyba kostkę skręcił – wyjaśniła rudowłosa, która od blondynki prezentowała się o tyle lepiej, że miała na sobie obcisłą, bordową sukienkę, odsłaniającą łydki. Jej talia była niczym osy, brzuch był nie tylko szczupły, a nawet lekko wklęsły i do tego buty, wysokie, czarne, z odbijającymi światło czółenkami.
Cud, że jeszcze ty nie skręciłaś” – przyszło na myśl przyszłej pani Rivera, ale powstrzymała się przed wypowiedzeniem tego na głos. Wiedziała, że sama nigdy nie byłaby na tyle odważna, by się tak wystroić. Poza tym kojarzyło jej się to jednoznacznie, z paniami lekkich obyczajów.
W bibliotece jest mama twego narzeczonego, powinnaś dotrzymać jej towarzystwa – tyle słów wystarczyło, by nakłonić Alicię do działania.
Jednak zanim blondynka ruszyła w stronę czytelni, to powiedziała do pani Alarcon:
Na parterze widziałam twojego męża, powinnaś dotrzymać mu towarzystwa.
Mojego męża? – zdziwiła się Clara. – A tego w jakim celu tu przywiało? – zapytała na głos samą siebie.
Jest policjantem – przypomniał Antonio. – Może ktoś kogoś zabił. Mógłby jakiegoś nauczyciela. Lekcje by wtedy odwołali.
Nie wygaduj takich głupot, bo ojcu naskarżę.
To nie są głupoty – oburzył się ciemny blondynek. Zrobił przy tym niezadowoloną minę i tupnął nóżką. Omyłkowo wykonał ten gest tą, która go bolała, przez co przykucnął, chwycił się oburącz za kostkę i zaczął płakać.
Co mu się stało? – zapytał Hadrian, który właśnie pokonywał ostatnie ze stopni schodów.
Ma siną kostkę. Szłam właśnie do dyrektora po to, by go zwolnić – wyjaśniła. Całkiem wypadło jej z głowy, by zapytać małżonka z jakiego powodu zjawił się w miejscu jej pracy.
To ty idź, a ja go zabiorę. – Schylił się, by wziąć Antonia na ręce. Pouczył go w jaki sposób ma się chwycić jego szyi.
Da pan radę mnie nieść?
Pewnie, poza tym nie będę cię niósł całą drogę – odpowiedział, usiłując poprawić rękaw swetra, którego kraniec pałętał się mu między palcami. – Jestem samochodem.
To dobrze, bo nigdy jeszcze nie jechałem automobilem – ucieszył się.
Daj, poprawię ci, bo widzę, że cię męczy – zaproponowała Clara i nim Hadrian cokolwiek powiedział, to ona już podwinęła rękaw jego granatowego swetra. Ubranie miało duże guziki, a spod niego wychodził kołnierzyk bordowej koszuli.
W torbie jest pakunek, wyjmij – polecił.
Sięgnęła do skórzanej, czarnej listonoszki, którą zwykle nosił z sobą. Wyciągnęła z niej papierową tytkę, w której znajdowały się jej ulubione słodkości.
Bezy – ucieszyła się.
Też bym chciał – upomniał się Antonio, więc Clara go poczęstowała.
Weź drugą, w drugą rękę – zachęcała.
Pewnie. Jeszcze chwila i będę je miał we włosach – marudził Alarcon. – Idziemy już, zanim cię utuczy tak mocno, że nie będę w stanie cię donieść nawet do samochodu.
Właśnie, chodźmy – poparł go Antonio. – Chcę już pojechać tym samochodem – dodał z uśmiechem od ucha do ucha.
Clara na pożegnanie musnęła męża w policzek, a małemu Bosca życzyła odwagi, zdrowia i powodzenia. Potargała nawet jego ciemne blond włoski.
Ma pan bardzo urodziwą żonę, panie Alarcon – komentował, gdy oddalali się w kierunku wyjścia. Oczywiście on był niesiony na rękach. – Chyba jest najładniejsza, najładniejsza w całym mieście – dopowiedział z pełną buzią, gdyż zajadał się białą, puszystą bezą. – Mój tata chyba też tak uważa, skoro tak często do niej chodzi.
Hadrian, słysząc te słowa, na krótką chwilę przystanął, potem pokonał jeszcze kilka kroków i otworzył drzwi automobilu. Posadził chłopca na siedzeniu pasażera. Maluch był zafascynowany najpierw granatową karoserią oraz pomarańczowym dachem, a potem wykończeniem wnętrza rudym drewnem. Gadał przy tym jak najęty, ale brunet mu przerwał, by móc się czegoś wywiedzieć. Zainteresował go temat Clary, którą odwiedza krawiec podczas jego nieobecności.


* Tym razem postanowiłem wam pokazać Clarę i Hadriana, i to oni goszczą na zdjęciu przypisanym do tego rozdziału.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz