Autor tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autor zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autor bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczny, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

środa, 19 lipca 2017

#54 – „Autobiografie” – Opowieść 1

Mateusz
Nie bądź Don Kichotem”

Ile potrzeba czasu, by opowiedzieć swoje własne życie? Wydawałoby się, że całkiem sporo, że co najmniej tyle ile owe życie trwało. Nic bardziej mylnego. Tego czasu potrzeba więcej lub mniej, w zależności od tego jakie było nasze życie, co w nim robiliśmy i czy skoncentrujemy się na szczegółach, czy wyłącznie najważniejszych faktach. Czas trwania opowieści zależy też od tego czy opiszemy historie rozgrywające się obok nas, czy tylko swoją własną. Jak widzisz, na długość składa się wiele czynników. Mnie wystarczy kilka stron i cała noc, by spisać wspomnienia. A ty, ile potrzebowałbyś czasu, by opowiedzieć mi swoją własną historię?
Urodziłem się... mieszkałem... uczęszczałem... żyłem... Jakie to ma, kurwa, znaczenie ile mam lat, jakie miasto miałem wpisane w rubryce aktu urodzenia oraz, które szkoły mnie wykształciły i, które podwórka wychowały? Naprawdę chciałbym zacząć tę opowieść jak należy, ale nie potrafię. Mimo usilnych starań, zamykania oczu i zmuszania wspomnień do powrotu, nigdy sobie nie przypomnę swojego własnego poczęcia, pierwszego oddechu, krzyku, tego co zobaczyły moje oczy, gdy powieki otworzyły się na sali porodowej jednego ze szpitali. Żadne z was tego nie pamięta, no chyba, że któryś tatuś był na tyle bystry, by wnieść kamerkę i uwiecznić ten, jakże cudowny, moment bólu, krwi, potu i łez. Mój na szczęście na taki pomysł nie wpadł. Zresztą, mój własny ojciec nawet do szpitala nie wpadł, ale to dłuższa historia i odłóżmy ją na później, gdyż jeszcze przyjdzie na nią czas.
Umówmy się, że już jestem. Mam jakieś pięćdziesiąt trzy centymetry wzrostu. Z tego co dowiedziałem się od matki, ważę niecałe trzy kilogramy, a moje ciało jest całe pomarszczone, jak obecnie palce każdego z nas, gdy przykładowo za długo zmywa. Wiem, że miałem becik w samochodziki i fioletowy, pedalski smoczek. O różowym kaftaniku wolę nie wspominać. No i masz! Wspomniałem! No to teraz przydałoby się wyjaśnić. Nie, matka nie chciała ze mnie zrobić metroseksualnego chłopca! Po prostu, kiedyś dzieci ubierano w to co zaoferował szpital w swej całej łaskawości. Mnie trafił się różowy kaftanik, zielone śpiochy, biała czapeczka i wcześniej już wspomniany, becik w samochodziki. Z bólem muszę przyznać, że modowego świta, to bym w takim wdzianku nie podbił, dlatego też owe zdjęcie, uwieczniające mój pierwszy dzień życia, zachowam wyłącznie dla siebie samego i nie podzielę się nim na forum.
Po kilku minutach trwania w objęciach matki, otrzymałem imię – Mateusz. Nie wiem czy ładne, czy brzydkie. Moim zdaniem strasznie pospolite i jak na tamte czasy niezwykle modne, przez co w klasie... Nie, nie wyprzedzajmy czasu. Dopiero co wróciłem do domu, ubrany tym razem w chłopięce śpioszki. Nie mogłem przecież od razu pójść do szkoły, prawda? Najpierw musiałem nauczyć się chodzić i udało mi się dokonać tego cudu. Swoje pierwsze kroki postawiłem w mieszkaniu nie mającym więcej niż piętnaście metrów kwadratowych. Kilkadziesiąt razy potykałem się o rozdarty w niektórych miejscach gumolit, a potem o dywan, który dumnie zasłaniał owe rozdarcia. Podczas nauki utrzymywania równowagi i stabilnego stąpania nabiłem sobie kilka guzów, rozdarłem brodę i rozciąłem łuk brwiowy. O guzach i brodzie wiem od matki, bo nie pamiętam tamtejszego bólu i huknięć. Z łukiem brwiowym jest inaczej – mam pamiątkę i o tamtym zderzeniu z rogiem małej ławy przypomina mi blizna, i to każdego dnia, gdy tylko spojrzę w lustro.
Nie da się nie patrzeć w lustro. Przynajmniej ja nie potrafię tego dokonać. Nad umywalką, przy której myję zęby, mam lustro. W tygodniu, gdy zapinam guziki białej koszuli albo wiążę krawat, to także patrzę w lustro, tym razem w to umiejscowione na drzwiach szafy. Podobnie jest z siłownią, gdy pedałuję na rowerku czy biegnę na bieżni, to także w stronę lustra. Nie ważne co by człowiek uczynił, nigdy nie pozbędzie się własnego odbicia! Jednak tylko od niego samego zależy czy spojrzy sobie w oczy. Mój ojciec nie umiał patrzeć we własne i ja, gdy patrzyłem w jego źrenice i tęczówki, nie widziałem odbicia moich. Dlaczego? Może wróćmy do punktu, w którym skończyłem. Obiecuję się postarać już nie wyprzedzać czasu.
Mój ojciec był... Człowiek, do którego pierwszy raz skierowałem słowo „tato”, w chwili, gdy owe słowo wypowiadałem był pijany i szczęśliwy. Siedział przy niewielkiej ławie w towarzystwie kumpli. Była to ta sama ława, o której róg rozciąłem sobie łuk brwiowy, ale mniejsza o to. Większość jego kolegów popijała piwo z zielonkawych butelek. Wszyscy rzucali w sposób agresywny kartami na środek białej serwety. Dziś nie wiem czy był to poker, tysiąc, czy bakarat. Wiem natomiast, że niewiele pamiętam z tamtego dnia, mam tylko flashback, taką krótką stop-klatkę. Ten człowiek, do którego mówiłem „tato” miał niewielki, niechlujny zarost i drapał mnie nim całując po moich pyzatych policzkach. Byłem bardzo tęgim dzieckiem, za co do dziś obwiniam matkę. Uważam, że mnie suka przekarmiała. Dlaczego suka? Nie odpowiem na to pytanie, sami wyciągniecie wnioski.
Wróćmy więc do człowieka, który mnie łaskotał, podrzucał pod sam sufit, łapał w locie kiedy na niego skakałem, uczył jak grać w karty i w jaki sposób kopać piłkę. Wróćmy do mojego ojca, którego kilku panów w mundurach brutalnie przewróciło na ziemię na moich oczach. Miałem jakieś sześć lat i stawiałem koślawe ślaczki w zeszycie w trzy linie. Mój ojciec coś krzyczał, wszyscy krzyczeli, była jakaś straszna, głośna krzątanina, szczęk kajdanek zaciskanych na nadgarstkach i jakaś dłoń, która chwyciła mnie za rączkę, a potem krzyk matki:
To mój syn, dokąd go zabieracie!?
Moja matka miała wtedy na sobie zielony sweter i torbę z zakupami, która wypadła jej z rąk. Jej włosy związane w niechlujny kucyk były czarne niczym smoła. Zupełnie nie pasowały do niebieskiej barwy oczu, której po niej nie odziedziczyłem.
Teraz donikąd, skoro pani już wróciła – odpowiedział ktoś, nie wiem czy mężczyzna, czy kobieta, po prostu pamiętam słowa, ale nie pamiętam głosu.
A mąż? Dokąd zabieracie Kamila? – dopytywała, ale nikt już nie udzielił jej odpowiedzi.
Ojca wyprowadzili, a matka przyklękła przy mnie. Pamiętam dotyk jej dłoni na moim brzuchu i plecach. Miała łzy w oczach i kilka z nich spływało po policzkach, ale pomimo tego szeptała do mnie bez pewności w głosie, że będzie dobrze, że to pewnie jakaś pomyłka. Jak się potem okazało, to nie mogła być pomyłka, a przynajmniej ja w taką nie wierzyłem. W końcu za pomyłki nie wsadzają nikogo do więzienia i to na trzy lata, prawda?
Taty więc jakiś czas nie było. Na ponad trzydzieści miesięcy zniknął z mojego życiorysu. Ze starej, głośno chodzącej lodówki wyniosły się zielone butelki pełne piwa. Na stole nie leżały już karty do gry i zeszyt do zapisywania wyników. Nie było jego kapci, czapki z daszkiem, meczy oglądanych na małym telewizorze z wypukłym ekranem. Wraz z ojcem zniknęły też awantury i trzaski, te wszystkie momenty tłuczonego szkła i uderzania o ściany czy meble. Nie było już kłótni o brak pieniędzy, o to, że nie ma na rachunki czy co włożyć do garnka. Problem jednak nie zniknął. Zniknął ojciec, ale wraz z jego zamknięciem nikt nie dał nam wygranego losu na loterię, opieki socjalnej czy jakiejkolwiek pomocy, choćby psychologicznej. Wyrosłem więc z brakiem zaufania do władz, policji, sądów, szkolnictwa i tych wszystkich ludzi co niby stoją na czele i dbają o to nasze społeczeństwo. O dzieci rzekomo się troszczą szczególnie, ale ja temu nie przyklasnę, bo choć byłem dzieckiem, to troskliwej dłoni naszego państwa nigdy na swym ramieniu nie poczułem.
Kiedy ojca nie było, matka chwytała się każdej pracy. Od opieki nad starszą sąsiadką, po mycie okien u bogatych ludzi, głównie prawników, prokuratorów i lekarzy, bo takich znajomych miał przyjaciel ojca – Tomek. Ten sam, który wcześniej przesiadywał u nas co dnia i grywał z tatą w karty. Nie pił, znaczy pił, ale nigdy niczego co miało w sobie alkohol. Był abstynentem.
Tomasz Będkowski, to jedyny przyjaciel ojca, który o nas nie zapomniał. Nadal odwiedzał nasz dom, prawie tak samo często co wcześniej. Studiował. Przychodził więc po wykładach, podnosił matkę na duchu, odrabiał ze mną lekcję, czasami przywoził jakieś zakupy. Bywały też dni, gdy coś samodzielnie dla nas ugotował.
Pewnego dnia obudziłem się w nocy. Nie pamiętam czy chciało mi się pić, czy sikać. Było ciemno, za oknem jeszcze nie świtało, ale latarnie uliczne nieco oświetlały niewielki, dosłownie mikroskopijny przedpokój, który prowadził do kuchni i toalety. Łazienki w tym domu nie było, wydaje mi się, że nie ma jej tam do dziś. Jednak nie zażywanie kąpieli i ciepła, bieżąca woda są teraz najważniejsze. Kluczowe w tej opowieści jest to co widziały moje oczy. Pamiętam matkę, ubraną w jakąś luźną koszulkę, której jedno ramiączko było zsunięte po sam łokieć. Pamiętam Tomka i to jak zachłannie obcałowywał jej szyję. Byłem dzieckiem, miałem jakieś osiem lat i z początku myślałem, że on ją gryzie. Nie krzyczałem. Stałem niczym sparaliżowany i wpatrywałem się w ten obraz. Zauważyli mnie. Wujek wyszedł, matka została, niczego nie tłumaczyła. Tomek przestał przychodzić, do dziś nie wiem czy się wstydził, czy bał, ale wiem, że brak jego obecności nie przyniósł mnie ani matce niczego dobrego. Co prawda moja rodzicielka nadal pracowała, ale kasy nie starczało, a nikt już nie ratował jej drobnymi zakupami czy opłacaniem jakiegoś rachunku, no bo Tomka, przecież już przy nas nie było.
Zaczęło się więc jedzenie namoczonego wodą, smażonego na margarynie chleba, z dodatkiem cukru dla smaku. Do dziś ta mdląca słodycz i posmak spalenizny stoją w moim gardle. Podobny uraz mam do suchych naleśników i placków ziemniaczanych. Czy wtedy się wściekałem? Nie. Niczego nie wykrzykiwałem, nie wyłem do poduszki i nie rzucałem taboretami z powodu frustracji. Byłem raczej cichym, takim wycofanym dzieckiem. Powszechnie uważanym za grzeczne, małomówne, niesprawiające kłopotów wychowawczych. W szkole dawałem sobie radę. Nie byłem orłem, ale nie byłem też gamoniem. Matka o mnie dbała, więc chodziłem skromnie, ale czysto ubrany, zawsze miałem jakieś... jakiekolwiek, ale jednak drugie śniadanie. Być może dlatego wtedy żaden kurator, sąd, opieka społeczna się nami nie zainteresowali.
Tak jak już mówiłem – zewnętrznie się nie wściekałem. Wewnętrznie jednak byłem istną burzą i huraganem. Miałem tylko osiem lat i chwilami, gdy zagryzałem zęby, żałowałem, iż to Kamil jest moim ojcem, a nie Tomek. Chciałem, by ten drugi wrócił, podczas gdy tego pierwszego nawet nie pamiętałem, bo nie chciałem nawet patrzeć na jego zdjęcie. Obwiniałem go za to, że nas opuścił. Obwiniałem matkę za to, że jestem. Aż wreszcie obwiniałem samego siebie za to, że w duchu marzę o tym, by móc się ich wyrzec, wyciąć własne korzenie i narodzić się gdzie indziej, w innym miejscu, lepszym mieszkaniu, pełniejszej rodzinie.
Nikt nie ma wpływu na to gdzie rzuci go los i nie każdy jest zdolny, by zawrócić bieg własnej historii. Pomimo tego, jednak każdy może się starać nadać choćby maleńki sens własnemu życiu. Dodać swemu istnieniu coś, co pozwoli mu stać godnym tego, że w ogóle oddycha.
Ojciec do nas powrócił. Matka go przywitała jakimś polskim daniem i zapewne także seksem, ale byłem za mały, by zdawać sobie sprawę ze współżycia ludzi dorosłych. Dla niej ciągle był mężem, a dla mnie po prostu był mężczyzną, który podał mi rękę, powiedział „cześć” i zapytał „ile już masz lat?”. Odpowiedziałem mu, a dzień później dostałem od niego piłkę, taką do kosza. Uczył mnie grać. Nienawidził piłki nożnej, uważał ją za sport dla patologi. Nijak to pasowało do jego wcześniejszego oglądania meczy. Dziś myślę, że ojciec chciał się zmienić, bo wtedy podjął jakąś stałą pracę. Jeśli się nie mylę, to tyrał w barze jako barman, a dodatkowo był kelnerem i obstawiał wesela, komunie, chrzciny i inne imprezy okolicznościowe. Matka się cieszyła, zrezygnowała ze sprzątania i zajęła się domem. Kasa zaczęła się zgadzać, czyli starczało na opłaty i skromne, bieżące życie. Myślę, że w tamtej chwili byłem naprawdę szczęśliwy, bo do dziś pamiętam smak lodów truskawkowych podanych w dużym pucharze, w jednej ze śródmiejskich kawiarenek. Tych kawiarenek i restauracji już nie ma, bo na ich miejscach stoją banki, firmy pożyczkowe i usługi telekomunikacyjne.
Mijał czas, lepszy i ten gorszy. Nadal zdarzały się awantury, wypominanie sobie nawzajem przez moich rodziców tego i owego. Nastało szukanie lepszego, większego mieszkania. Oczywiście nie do kupna, bo wtedy nikt nie oferował kredytów hipotecznych na taki luksusowy zakup. Z resztą, nawet jakby taka oferta była, to myślę, że ojciec w życiu, by z niej nie skorzystał. Uważał – najpierw zarób, a potem wydaj, nigdy odwrotnie.
Kamil Maciejewski – mój tato wynajął więc u jakiegoś prywaciarza mieszkanie, czyli należące pod administrację dwa pokoje z kuchnią do gruntownego remontu. Całkiem szybko się z tym remontem uporał, bo w niecały rok. Dziś wiem, że pieniądze, którymi płacił za papierowe tapety, kolorowe pigmenty do farby, rozkładane kanapy, biurko i mój pierwszy w życiu komputer, nie były takie do końca legalne. Myślę, że matka wiedziała to już wcześniej, jeszcze zanim policja zapukała w drzwi naszego mieszkania i ponownie zabrała mi ojca, tym razem już na zawsze. Nie, mój rodziciel nie dostał dożywocia, to matka eksmitowała go z naszego życia.
Iwona Maciejewska, z domu Dobrowolska – kobieta, która mnie urodziła, rozwiodła się ze swym pierwszym mężem, gdy ten siedział za kratkami, za które trafił tylko i wyłącznie przez to, że chciał polepszyć nasze życie. Mój ojciec w moim mniemaniu wtedy nie zrobił niczego złego. On tylko handlował narkotykami. Czyja była wina, że je sprzedawał? Przecież, gdyby nie było chętnych, by je brać i nikt, by ich nie kupował, to i on, by nimi nie handlował, prawda? Jak ktoś chce być narkomanem, to jego sprawa, niechaj bierze na potęgę, aż do śmierci. To tylko i wyłącznie jego wybór i nikt go nie zmuszał do zaczerpnięcia pierwszego wdechu przy butli napęczniałej od mleko-dymu marihuany czy do sztachnięcia się pierwszą działką amfetaminy. Czyż nie jest właśnie tak?
Mnie też nikt nie zmuszał. Swoją pierwszą fifkę spaliłem jeszcze zanim poszedłem do gimnazjum. Nie uzależniłem się, ale lubiłem od czasu do czasu skruszyć trochę zielonego i zawinąć w rulonik z OCB albo wcisnąć do szklanej lufki. Nie byłem już cichym i spokojnym chłopcem. Byłem kłopotliwym nastolatkiem, którego przenoszono z klasy do klasy i usilnie próbowano wywalić ze szkoły. W taki oto sposób ponownie trafiłem na Tomasza – przyjaciela ojca, który przed laty grywał z nim w karty i troszkę później obściskiwał jego żonę, a moją matkę. Będkowski został prokuratorem i zbiegiem okoliczności stawił się na komendzie w chwili, gdy ja na niej przebywałem i oczekiwałem na to aż matka skończy pracę, włączy telefon i mnie z niej odbierze. Policjanci się niecierpliwili i już chcieli mnie zabrać do pogotowia opiekuńczego, bo była noc, a ja szlajałem się po ulicy z, ich skromnym zdaniem, „nieodpowiednim dla mnie towarzystwem”. To Tomek mnie uratował przed wywozem i brudem w papierach. Wtedy jeszcze nie wiedziałem dlaczego to uczynił. Wierzyłem, iż z dobroci serca.
Tomasz Będkowski wyglądał zupełnie inaczej niż człowiek przed sześcioma laty, który odrabiał ze mną lekcję, czasami gotował, a potem po prostu uciekł, gdy nakryłem go z moją matką. Pamiętałem go jako szczupłego chłopaka z koszulką wciągniętą w zwyczajne, dżinsowe spodnie. Gdy zabierał mnie z komisariatu, miał na sobie modny garnitur w granatowym kolorze, białą koszulę i poluzowany krawat. Mojej uwadze nie umknął złoty zegarek, który zakosiłem mu kilka lat później, ale o tym opowiem wam za kilka albo kilkanaście akapitów, a być może nigdy wam o tym nie wspomnę, bo na przykład zapomnę. Kiedy Tomek grywał w karty z moim ojcem, to jeździł rowerem, a po latach był właścicielem czarnej mazdy.
Co u was? – zapytał, parkując pod kamienicą, w której mieszkałem.
Nie spodziewałem się nawet, że będzie wiedział, gdzie mnie odwieźć. Nie pytał jednak o adres, a i tak trafił.
W odpowiedzi wzruszyłem ramionami.
A u ojca jak? – dopytywał niezrażony. – Mateusz! – ryknął w końcu.
Siedzi – odpowiedziałem, sądząc, iż mówię prawdę.
Tomek spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie, jakby nie wierzył własnym uszom.
Leć już – polecił i nachylił się, by móc otworzyć mi drzwi.
Wysiadłem. Matka nigdy nie dowiedziała się o mojej przygodzie z policją, bo Tomasz wszystko zatuszował, a i ja się nie chwaliłem, bo nie było przecież czym. Dzień później zawitał do mnie ojciec. Okazało się, że wyszedł z więzienia kilka miesięcy wcześniej i znalazł czas nawet na to, by się powtórnie ożenić, ale nie znalazł czasu, by odwiedzić swego jedynego syna. Nieszczególnie mnie to dziwiło, skoro za pół roku miał mu się urodzić kolejny, lepszy gówniarz.
Kamil – człowiek, do którego skierowałem swoje pierwsze „tato”, bez wątpienia na nie nie zasługiwał. Co prawda, odwiedzał mnie z początku regularnie co weekend, potem co dwa, bo zmienił pracę na inną i nie miał już tyle czasu. Zabierał mnie do knajp i na spacery, ale nigdy do swojego domu. Nie, to nie tak jak myślicie – on mnie nie ukrywał. Jego nowa żona, dużo młodsza od niego, wiedziała, że Kamil ma syna z pierwszego małżeństwa, ale nie chciała mnie poznawać i nie życzyła sobie mnie w swoim domu. Myślę, że miała do tego prawo, bo nie byłem ani łatwym, ani pokornym nastolatkiem. Byłem jednak mściwy i gdy dowiedziałem się od matki, że ojciec unika płacenia alimentów, bo ukrywa dochody, to coś mnie trafiło. Moja rodzicielka tonęła w długach po uszy, a mój ojciec w tym czasie kupował nowy samochód z salonu dla swojej małoletniej dziwki, która, jakoś omyłkowo, powiązana była z nim węzłem małżeńskim. Potraktowałem ten jej nowy środek transportu ziarnami dla ptaków. Kochane stworzenia pozostawiły ślady dziobów na nowiutkiej, lśniącej karoserii, a ja miałem trafić przed sąd dla nieletnich za zniszczenie mienia niejakiej Sary Maciejewskiej, z domu Kasprowicz.
Matka płakała, gdy ja składałem zeznania na policji. Z początku wszystkiego się wypierałem, potem, za radą Tomka, przyznałem się do winy, ale nie okazałem skruchy. Wręcz przeciwnie. Mówiłem, że gdybym cofnął czas, to ponownie zrobiłbym to samo, że ojca nienawidzę i, że gdyby zabicie człowieka nie było karane, to pierwszy wsadziłbym mu nóż w bebechy, i tej jego dziwce też. Byłem dumny ze swoich słów, dumny ze swej nienawiści i rozpiera mnie ona po dziś dzień, ale z biegiem lat stała się motorem napędowym i zmusiła do działania na swój pożytek, a nie na własną szkodę.
Sąd miał podjąć decyzję o tym czy nie będzie lepiej umieścić mnie w ośrodku wychowawczym, bo tego żądał mój ojciec, sugerując, że matka nie umie się mną zająć jak należy. Sąd, czyli obcy człowiek, który mnie nie znał i nawet nie miał kilku godzin, by zapoznać się ze skróconą historią mojego życia, miał decydować o tym, gdzie ja mam przebywać, gdzie mnie będzie lepiej i co będzie dobre dla moich bliski. Czy to paradoks, czy już kpina? Nie, to tylko Polska i jej bezprawie! Dlaczego bezprawie? A jak inaczej nazwać sytuację, gdy mężczyzna porzuca rodzinę, pławi się w dostatku, a jego pierworodne dziecko chodzi w tenisówkach zimą, bo matki nie stać na kupno porządnego obuwia? Czy sprawiedliwością byłoby umieszczenie mnie w ośrodku za to, że ukarałem takiego typa i tę jego szmatę? Myślę, że odpowiedzi na te pytania będą zależne od moralności każdego z was, jednak zanim dokonacie osądu, to proszę postawić się choć na krótką chwilę na mym, a nie swoim miejscu.
Przed rozprawą poszedłem do Tomka. Chciałem się zapytać ile może mi za to grozić i tak dalej, bo szczerze mówiąc, to byłem kompletnie zielony, nie miałem pojęcia jak wygląda taka aula sądowa ani nawet o tym, że sędziowie przywdziewają togi i złote łańcuchy z orzełkami. Nie wiedziałem tego, ale na swojej szyi miałem podobnego, małego orzełka i to już od dnia, gdy skończyłem trzy latka, a przynajmniej na to wskazywały fotografie z mojego wczesnego dzieciństwa. Czy to oznacza, że już wtedy trzymałem los w swoich rękach? Czy mogłem dostać się do miejsca, w którym teraz się znajduję bez tej drogi przez istne piekło? Ja osobiście myślę, że nie, ale może opowiem po kolei, bo chyba ponownie za bardzo się zagalopowałem i wyprzedziłem czas.
Kiedy doszedłem do kancelarii mojego wujka – Tomasza Będkowskiego, to zasiadłem w poczekalni, gdyż tak nakazała mi jego sekretarka. Była młoda i ładna, bardzo zgrabna. Jej długie nogi do dziś widzę, gdy tylko zamknę oczy, a ta spódniczka i tyłeczek... Pewnie mógłbym jeszcze tak długo opowiadać, ale niekoniecznie mam na to czas, a i wtedy nie miałem głowy do podziwiania jej kształtnej pupy, bo usłyszałem podniesione głosy dwójki mężczyzn. Wstałem z krzesła i zakradłem się pod drzwi. Uchyliłem je bardziej i wykorzystując moment, że sekretarka zniknęła w innym pokoju, obserwowałem wydarzenia rozgrywające się w gabinecie urządzonym w surowym, klasycznym stylu.
Powinieneś wycofać to oskarżenie – stwierdził Będkowski, siadając za biurkiem.
I ty mi będziesz mówił co mam robić i jak mam postępować z moim synem!? – zakpił w odpowiedzi.
Tak, ja! – Tomasz wstał i uderzył otwartą dłonią o biurko. – Cholernie go skrzywdziłeś, miał prawo...
Nie miał! Prawo choć ten raz w życiu stoi po mojej stronie i zamierzam to wykorzystać. – Kamil ironicznie się uśmiechnął, wcisnął dłonie do kieszeni dżinsów i oparł o pobliski regał z dokumentami. – Może dzięki temu, że go gdzieś zamkną, nie będę musiał płacić alimentów, a i jego matka odda mi za lakiernika.
Tomek się zaśmiał, dosłownie zaczął rżeć jak koń i opadł na zapewne wygodny, skórzany fotel.
A więc chodzi ci o pieniądze? – zapytał. – Ile jest warta wolność twojego syna i zdrowie psychiczne jego matki? Tysiąc? Dwa? Osiem? Szesnaście? Podaj kwotę, a wystawię ci czek i więcej się nie zobaczymy.
Chcę sprawiedliwości – upierał się.
Ty? Nie bluźnij, Kamil. Ty i sprawiedliwość, to nie idzie w parze. Jeśli tak bardzo chciałeś być sprawiedliwym, to było trzeba wywiązać się z podjętej roli i być dla tego chłopca ojcem, a nie zostawiać go samemu sobie. Myślisz, że dlaczego on taki jest!? – podniósł głos.
Jest nic niewart i skończy za kratkami.
Jak jego ojciec? – pytanie Tomka spowodowało długą i, nawet dla mnie, ciążącą ciszę.
Nie jestem jego ojcem i wiem o tym. W chwili, gdy się dowiedziałem, przestałem sobie zadawać pytania dotyczące tego, dlaczego nie jestem w stanie pokochać własnego syna. – Po tych słowach Kamil wyszedł. Minął mnie jak obcego i skierował do wyjścia z kancelarii, a ja wszedłem do środka.
Tomasz spojrzał na mnie ciemnymi niczym węgiel i błyszczącymi jak czarne onyksy oczyma. Uśmiechnął się i wskazał dłonią miejsce naprzeciw siebie. Na jego serdecznym palcu gościła wąska, złota obrączka i zastanawiałem się, jak mogłem wcześniej jej nie zauważyć. Nie sądziłem, że mój wujek jest żonaty. Zapytałem go o to, choć tak naprawdę chciałem zapytać o kilkanaście innych, zapewne na tamtą chwilę ważniejszych, rzeczy. W odpowiedzi Będkowski odwrócił jedną z fotografii. Przedstawiała dwoje ludzi na tle dużego statku. Wujka rozpoznałem bez problemu, kobiety nie widziałem nigdy wcześniej na oczy. Była ładna, wydawała mi się jeszcze bardziej doskonała niż sekretarka zajmująca recepcję, ale podobna do niej. Potem dowiedziałem się, że to siostry.
Tomek kazał mi się nie martwić rozprawą. Obiecał wszystko załatwić, ale kazał przyrzec, że przestanę wagarować, rzucę palenie, zacznę przykładać się do nauki i będę pomagał matce w domu, na tyle na ile będę potrafił.
Palenie to nałóg, którego już raczej nie dam rady rzucić – odpowiedziałem z lekkim, łobuzerskim uśmiechem.
Dobrze, zatem palenie sobie zatrzymaj, w końcu na udane życie składają się nie tylko zwycięstwa, ale także kompromisy. – Wyciągnął otwartą dłoń w moją stronę. Miał to być gest zawarcia między nami umowy.
On się wywiązał – rozprawy nie było. Kamil wycofał oskarżenie, a Tomek w zamian pokrył koszty naprawy samochodu. Ja nawaliłem – ledwie zdałem, kolejny rok zawaliłem i nadal popadałem w kłopoty, ale już nie na tyle poważne, by mieć większe konflikty z prawem. Matka natomiast starała się sobie ułożyć życie z coraz to nowymi mężczyznami. W ciągu trwania mojego gimnazjum, przewinęło się przez nasz dom naprawdę wielu facetów i żaden nie był godny uwagi na dłużej – sami leserzy, bandyci, awanturnicy, bezrobotni, smarkacze, nudziarze... długo, by wymieniać. Jeśli ktoś był porządny, to nie potrafił zaakceptować mnie, moich odzywek i tego, że go nie szanuję. Jeśli ktoś był nieporządny, to matka nie potrafiła zaakceptować na dłuższą metę jego i po kilku dniach, najwyżej tygodniach, kończył za drzwiami.
Życie pewnie toczyłoby się dalej, gdyby matka nie zaszła w ciąże i tym nie przypomniała mi słów mojego ojca, słów Kamila, sugerujących, iż ja mogę nie być jego. Zapytałem ją wtedy o to. Doszło do awantury. Lekko ją pchnąłem, a przynajmniej wydawało mi się, że było to lekko. Uderzyła się w brzuch, upadła i zaczęła krwawić. Nie wiedziałem do kogo mam dzwonić i zadzwoniłem do wujka. Tomek przyleciał niczym na skrzydłach, niesłychanie szybko i wyzwał mnie od idiotów. Nie, nie krzyczał dlatego, że podniosłem rękę na własną rodzicielkę, już niedługo miałem się przekonać, że bicie kobiet jest dla niego normą. Wściekły był o dziecko, o to, że coś zagrażało jego życiu, a ja nie wezwałem jeszcze karetki. Sam zawiózł matkę do szpitala, jak się okazało na ostatnią chwilę i tym uratował Mikołaja – mojego brata, który urodził się cztery miesiące później jako zdrowy i silny chłopak.
Przed porodem matka miała nakaz leżenia. Najpierw była w szpitalu, a potem w domu. Ja w tym czasie zamieszkałem u Tomka, bo ten się uparł, że nie zostawi mnie po raz kolejny samego. Mężczyzna miał piękne mieszkanie w odrestaurowanej kamienicy, mieszczącej się w centrum miasta. Malwina – jego żona – nie była szczęśliwa, że będę u nich przebywał, ale widać było, że w domu nie miała za dużo do powiedzenia. To Tomasz wszystkim rządził, to on opłacał rachunki, decydował jakie będą wydatki, co ma być na obiad i gdzie spędzimy wolny weekend. Tak, dobrze przeczytaliście „spędzimy”! Jeszcze wtedy nie wiedziałem dlaczego tak było, ale wszędzie targał mnie z sobą i swoją żoną. Tym sposobem zwiedziłem Kraków, Warszawę, a nawet Berlin i Londyn, do którego polecieliśmy w maju, w długi weekend. Nie wiem czy byłem wtedy szczęśliwy. Z pewnością były momenty, gdy zapominałem o tym co ważne i cieszyłem się czasem spędzony z wujkiem, ze wspólnego squasha, basenu, nauki gry na gitarze i zarażenia pasją jaką było żeglarstwo. Tomek sprawił, że zapomniałem o kumplach, deskorolce, przesiadywaniu na boisku i w piwnicach. Sprawił, że zrezygnowałem z życia bez celu, choć wtedy jeszcze nie obrałem żadnego konkretnego kursu. Zresztą, tak naprawdę, chyba bałem się mu przeciwstawić i zrobić coś, co by mu się nie spodobało. Pisząc „bałem się”, nie miałem na myśli tego, że strzeli mi w twarz, tak jak swojej żonie podczas jednego feralnego piątku, gdy podała mu zimną herbatę do obiadu. Ja tak naprawdę lękałem się kolejnego odrzucenia, bo matka także zaczęła już sobie układać życie z kimś innym – z ojcem Mikołaja. Tomasz był moją jedyną normalnością i paradoksalnie był czymś w rodzaju bezpiecznej przystani. Kimś kto nie skreślił mnie ze swojego życiorysu nawet wtedy, gdy ukradłem mu zegarek warty kilkanaście tysięcy polskich złotych. Zaszczepił we mnie przekonanie, że ktoś dla kogoś może być droższy od pieniędzy.
To dzięki Tomkowi ukończyłem liceum i poszedłem na studia. To też on załatwił mi aplikację sędziowską, na której jakimś cudem przetrwałem te pięćdziesiąt cztery miesiące życia, i to też w dużej mierze dzięki niemu teraz mogę wydawać wyroki takim jak on i mój ojciec. Życie bywa przewrotne i choć uważam, że nie warto rezygnować z marzeń, to ja swoje porzuciłem. W przeszłości chciałem być raperem i gangsterem, co ma szybkie bryki, dziwki i lewe, szemrane interesy. Prościej jednak było uczynić ze swojego wadliwego życia taki zlepek – kulę motywacyjną – i nie walczyć z wiatrakami niczym głupi Don Kichot. Zawsze możemy zmienić swoje życie oraz naprawiać zło i niesprawiedliwości tego świata, tylko, po prostu, nie zawsze jest to możliwe z miejsca, w którym się obecnie znajdujemy. Tak naprawdę, to nasz w tym interes, by nienawiść, agresję i tę całą negatywną energię spożytkować na coś konkretnego, bo w życiu nawet mścić się trzeba mądrze.
Pozdrawiam
Mateusz Będkowski.

2 komentarze:

  1. Liczyłam na depresyjne zakończenie, a ono wręcz przeciwnie - jest pełne nadziei. Może nie do końca dobre, ale jednak bardziej pozytywne niż negatywne. Co można powiedzieć o samym Mateuszu? Jest on choć główną postacią w tej miniaturce, to jednak bardziej skupia się na roli obserwatora. Mateusz widzi świat jakim jest i przedstawia go też takim nam - czytelnikom. Nie ma tu słodkiej bajeczki na dobranoc, jego życie od dzieciństwa nie jest beztroskie, a potem zdaje się być już tylko gorzej. Matka stara się wiązać koniec z końcem, ojciec w więzieniu, przyjaciel ojca dobierający się do matki i ona poddająca się temu, to może zaburzyć obraz u takiego małego dziecka i też stąd może wynikać jego brak szacunku do rodzicielki, bo jednak powinna być wierna mężowi, powinna od początku powiedzieć, że to Tomasz jest ojcem Mateuszka. Powinna, a Mateusz powinien mieć swój pokój i zawsze coś dobrego do zjedzenia - w życiu jednak nie zawsze jest jak powinno być i za to chyba polubię twoją twórczość, bo pokazujesz prawdę taką jak życie, a nie idziesz z modnym nurtem idealizowania wszystkiego dookoła.
    (skopiowałam z twojego starego bloga, bo jakoś tak... skoro już komentowałam wszystko, to niech tutaj sobie też będzie mój komentarz)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dlaczego Mateusz nie szanował matki i dlaczego określał ją mianem suk zostawiłem do zinterpretowania czytelnikom. Myślę, że nie ma tutaj złych odpowiedzi.
      Idę wręcz odwrotnym nurtem, ja niczego nie idealizuję.
      Dziękuję za skopiowanie i opublikowanie także tutaj :)

      Usuń