Autor tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autor zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autor bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczny, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

poniedziałek, 22 maja 2017

#41 – „Zbrodnia w miasteczku” – Rozdział 5

Najbliżsi ranią najmocniej”

Hadrian stał w kuchni i pochylony nad stołem, kroił ziemniaki w długie i wąskie słupki. Popijał przy tym piwo wprost z butelki. Kiedy wszystkie obrane ziemniaki były już skrojone, upewnił się czy olej na patelni jest rozgrzany. Wydawało mu się, że tak, więc wrzucił do niego pokrojone warzywa i w znudzeniu wpatrywał się w proces smażenia. Nie lubił gotować i tak naprawdę rzadko to robił. Nauczył się jednak dla dziewczynek i dla Clary, by miała możliwość pracować i przy tym nie obciążała babci kolejnym obowiązkiem. Poniekąd żałował, że nie stać go na zatrudnienie służby. Do takich wygód nawykł w domu rodzinnym, ale dokonał wyboru. Wolał poślubić kobietę, którą pokochał, niżeli zostać jednym z dziedziców rodzinnego majątku. Sprzeciwił się więc rodzicom, ożenił i zamieszkał w rodzinnym domu żony, mając świadomość, że pewnie nigdy nie zarobi wystarczająco dużo, by powrócić na ten sam stopień hierarchii społecznej, jaki zapewniło mu przyjście na świat w majętnej rodzinie.
Usmażone ziemniaki wyłowił za pomocą płytkiego sita, otrząsnął z nadmiaru tłuszczu i przerzucił do porcelanowej miski, w której zwykle jadał zupę. Była jednak na wierzchu i pod ręką, więc uznał, że do frytek również się nadaje. Ulubione danie doprawił solą, pieprzem i ususzoną zmieloną papryką. Zdecydował się jeszcze posypać je ziołami prowansalskimi i kiedy już miał wychodzić z kuchni, przypomniał sobie o piwie. Dopił je do końca i pozostawiał butelkę na stole. Wyjął z szafki drugie piwo i uporał się z kapslem przy użyciu zębów. Wypluł zbędny przedmiot wprost do kosza na śmieci.
Zasiadł w salonie, ale nie przy dużym stole, którego nie dało się upchnąć w kuchni, a przy biurku dostawionym do samego parapetu. Zajął się jedzeniem, piciem i wgapianiem w puste, ciemne ulice miasteczka. Raz tylko zerknął na fortepian, przypominając sobie moment zdania ciosu i obraz żony leżącej na klawiszach. Ten żałosny dźwięk, zarówno samego uderzenia, jak i melodię, którą wygrał fortepian słyszał w uszach wciąż i od nowa, dosłownie tak, jakby wydarzenie miało miejsce przed paroma sekundami, a nie ponad godziną.
Wrzucił do ust kolejny kawałek ziemniaka. Ten był mocno usmażony i ociekający olejem, więc zaraz po jego zjedzeniu, oblizał palce i chwycił za butelkę piwa, opróżniając ją niemal do połowy. Był skupiony na wykonywanych czynnościach, gdyż to pozwalało mu na niemyślenie o niczym innym. Miał jednak doskonały słuch, więc nie umknął mu odgłos kroków za plecami. Pomimo tego nie zamierzał odzywać się pierwszy.
Hadrianie? – rzekła pytająco Clara.
Nie odpowiedział. Wrzucił do buzi kolejną frytkę, a po niej kilka następnych. Te także popił alkoholem o naturalnej, chmielowej goryczce.
Ciężko się mówi do twoich pleców – rzuciła w beznamiętny sposób. Miała nadzieję, że to wywrze na nim jakieś wrażenie, że sprawi, iż się odwróci.
Nie odwrócił się. Jadł i pił dalej. Podobnie jak wcześniej, wpatrywał się w szybę i krajobraz za nią.
Jeśli uczyniłam coś czym cię uraziłam, jeśli w jakiś sposób ci zawiniłam, to wtedy osobiście cię przeproszę, ale... ale na chwilę obecną... ja nie wiem za co mnie uderzyłeś. – Podeszła bardzo blisko. Chwyciła za oparcie krzesła i odsunęła je, by móc przysiąść. Oparła się o ścianę tuż przy oknie. – Powiesz mi o co chodzi? – dopytywała.
Oczy Alarcona się zaczerwieniły. Już wcześniej żyłki, które były oznaką zmęczenia i niewyspania, pojawiły się na białkach, ale teraz było w nich coś co sprawiało wrażenie, jakby mężczyzna ledwie powstrzymywał się od płaczu.
Mam prawo wiedzieć co spowodowało twój gniew! – lekko się uniosła.
Nie masz już żadnych praw – rzucił chłodno, ale przy tym niezwykle cicho.
Bo ty tak powiedziałeś? – postanowiła dopytać. Przyjrzała się uważnie jego profilowi. Mocno zarysowanej, zaciśniętej szczęce i drgającemu policzkowi. Wiedziała, że nie doczeka się odpowiedzi. – Spójrz na mnie! – wrzasnęła i szarpnęła za rękaw jego bordowej koszuli.
W tamtym momencie wstał z krzesła tak energicznie, jakby siedzenie go oparzyło. Uderzył otwartą dłonią o blat biurka z taką siłą, że miska do połowy pełna frytek i butelka piwa podskoczyły.
Chcę tylko wiedzieć o co ci chodzi – wyjaśniła płaczliwie, starając się powstrzymać nagły przypływ szlochu. Wycofała się przy tym do tyłu, możliwie jak najdalej, niemal wciskając plecy w ścianę, jakby to miało ją uchronić w razie potrzeby.
Hadrian rzucił żonie niezadowolone spojrzenie, a potem usiadł i siląc się o opanowanie oraz spokój, powrócił do konsumpcji. Przez jakiś czas milczał, aż wreszcie rzekł stanowczo:
Zniknij mi z oczu.
A więc po prostu się wyżyłeś, tak? – zapytała, wstając z miejsca. – Daj mi powód, dla którego pierwszy raz podniosłeś na mnie rękę, bo jeśli nie było powodu, to nie licz, że ujdzie ci to płazem. Nie masz prawa mnie bić. Może inne kobiety sobie pozwalają. Ja nie pozwolę.
I co zrobisz? – wymsknęło mu się z czystej ciekawości. Potem objął gwint butelki ustami i pociągnął spory łyk. Ciągle pijąc, spojrzał na żonę w taki sposób, jakby ją wyzywał na pojedynek.
To co powinna każda kobieta w takiej sytuacji. Pójdę na policję.
Zaśmiał się.
Drzwi szeroko otwarte – oznajmił. – Jak chcesz, możesz złożyć zeznania tutaj.
Pójdę prosto do twojego szefa – zagroziła i udała się do pokoju córek, mając w planach spędzić tam resztę nocy.

Hadrian dokończył jedzenie i jak gdyby nigdy nic, opuścił dom w celu zakupienia kolejnych butelek piwa. Co prawda, sklepy w godzinach nocnych były nieczynne, ale bardzo dobrze znał cukiernika i jego syna, który prowadził jedyny sklep w miasteczku, w jakim można było dostać produkty alkoholowe. Postanowił zabrać z sobą psa. Przy Szogunie czuł się nawet bezpieczniej niż, gdy posiadał przy sobie kaburę z bronią i pełny magazynek naboi.
Państwo Alarcon, jak i pozostali domownicy, rzadko wychodzili głównym wyjściem, które strzeżone było przez pokaźnych rozmiarów wilczura. Wyjście to zdawało się być okrężną drogą do centrum. Korzystali więc z tylnego i przez to nikt wcześniej nie zauważył anonimowej wiadomości pozostawionej przez dwóch chłopców.
Hadrian wychodząc i pogwizdując na Szoguna, w celu przywołania go do siebie, dostrzegł białą, pomiętą kartkę. Schylił się po nią, rozwinął, przeczytał i postanowił osobiście, samodzielnie sprawdzić czy czasami nie jest to żart niesfornych urwisów. Szczególnie zniesmaczyły go ortograficzne błędy, które nie sprawiły, że wziął ową informację na poważnie, ale, by mieć całkiem czyste sumienie, postanowił oprzeć sytuację na „w razie czego” i „przezorny zawsze ubezpieczony”. W ten sposób Hadrian Alarcon dotarł na miejsce zbrodni i nim ruszył na komisariat w celu powiadomienia o swoim znalezisku kolegów z pracy, to najpierw sprawdził puls denatki. Tak naprawdę wcale nie musiał tego robić, bo była bardzo zimna. Odniósł nawet wrażenie, że lodowata. Poza tym w powietrzu unosił się swąd początku rozkładu. Noga kobiety była naruszona przez dzikie zwierzę.
Brunet zmarszczył czoło i podnosząc się z kucek, wyjął chusteczkę z kieszeni granatowego swetra. Przyłożył ją do ust i nosa, chcąc choć na krótki moment poczuć inny zapach niż ten odurzający smród. Zawsze był wrażliwy na zapachy. Jako dziecko pierwszy wiedział, gdy służba piekła placek, ale też robiło mu się niedobrze, gdy poczuł choć mizerny swąd spalenizny owego wypieku. Teraz też było mu niedobrze, na dodatek kręciło mu się w głowie, ale był już dorosły, musiał więc zacisnąć zęby i jakoś sobie z tym poradzić. W jego zawodzie zbytnie rozczulanie się nad innymi, ale też nad samym sobą było nie do pomyślenia i zupełnie nie wchodziło w grę.
No to mamy trupa – szepnął niemal bezgłośnie, powoli zmierzając w stronę policyjnego komisariatu.

Po około godzinie miejsce zbrodni zostało zabezpieczone, fotograf wykonał zdjęcia pozycji w jakiej pozostawiono zwłoki, ale też zdjęcie chaty i wszystkiego co dookoła.
Jak umarła? – spytał Hadrian koronera. – Od tej rany? – wskazał palcem na dziurę w okolicy żeber.
Nie wiem tego na pewno.
A kiedy będziesz wiedział na pewno? – dopytywał wysokiego i szczupłego blondyna.
Daj mi dzień, góra dwa – odparł Javier.
Masz kilka godzin. – Wstał z kucek i poszedł w stronę drzewa, o które opierał się jego partner.
Julio nawet nie spostrzegł, że ktoś koło niego stanął. Zajęty był spalaniem papierosa i czynił to w dużym skupieniu, starając się przy tym nie myśleć. Pierwszy raz na własne oczy widział coś takiego i tak naprawdę, ukończona szkoła i te pół roku pracy w zawodzie, nie były w stanie przygotować go na tak makabryczny widok.
Poczęstuj mnie – polecił Alarcon. – Wyszedłem z domu bez paczki – dodał.
Już po chwili obejmował papierosa ustami i odpalał za pomocą zapałki, których całe opakowanie użyczył mu kolega. Zaciągnął się i przez chwilę poczuł odprężenie, pomimo że ani okoliczności, ani miejsce nie należały do stosownych, by wspierać takie odczucia.
Pewnie zabił ją jakiś przejezdny i tutaj pozostawił zwłoki – stwierdził uspokajająco. Tak naprawdę nie chciał dodawać tym otuchy Juliowi, ale samego siebie przekonać, że w miasteczku nie ma żadnego niebezpieczeństwa, i że nic nie grozi Clarze ani dziewczynkom, że jego mała rodzina może czuć się tutaj bezpieczna, tak jak to było do tej pory.
A jeśli nie? – spytał Julio wypstrykując niedopałek możliwie jak najdalej.
Co jeśli nie?
Jeśli to tu ją zabito, a nie pozostawiono? Krew o tym właśnie świadczy.
To nadal mógł to zrobić przejezdny! – uniósł się.
A jeśli nie zrobił tego przejezdny!? Wiesz co to wtedy znaczy!?
Tak! – ryknął. – Znaczy, że w miasteczku mamy mordercę. Tylko póki co, sam nie chcę o tym myśleć – dodał i przeczesał włosy, zaczesując do tyłu dwa niesforne kosmyki, które opadały mu na czoło.

Alicia Montero wzięła szybką kąpiel i położyła się do łóżka. Ceniła poukładanie i czystość, więc najlepiej zasypiało się jej w świeżej, wypranej i pachnącej pościeli. Tej nocy jednak nawet to nie pomagało. Wierciła się, przewracając z boku na bok i rozmyślając. Żałowała przeszłości, niejednego z niej wydarzenia, obawiała się przyszłości i czuła tak, jakby nawet jej teraźniejszość nie była do końca pewna. To było dziwne, zupełnie jej obce uczucie, jakby zaraz miała rozsypać się na miliony kawałków, których już nikt nie będzie w stanie poskładać, bo wiele z nich wpadnie w szczeliny podłogi i pozostanie w nich na zawsze.
Położyła się na wznak, wzięła kilka głębszych wdechów, aż w końcu wstała. W pośpiechu założyła na siebie wczorajsze ubranie i wyszła z domu. Udała się wprost pod kamienice, w której mieściło się mieszkanie jej przyszłej teściowej. Wiedziała, że nie wypada składać wizyt o tak późnej porze, ale ta sprawa nie mogła czekać. Ruszyła schodami na pierwsze piętro i delikatnie, aczkolwiek słyszalnie, zastukała.
Wiktoria Rivera nie powiedziała nic przez zamknięte drzwi. Jedynie stanęła na palcach, by dosięgnąć do szkiełka i sprawdzić kto taki zdecydował się na nocną wizytę. Gdy w niespodziewanym gościu, skrytym pod ciemną peleryną, dostrzegła znajome rysy twarzy, od razu wcisnęła klucz do zamka i otworzyła drzwi na oścież.
Alicia? – rzekła z serdecznym uśmiechem. Nie był on sztuczny. Lubiła tę dziewczynę, choć nigdy nie ukrywała, zwłaszcza przed synem, iż wolałaby, by to Clara została jej synową, a nie, by była nią córka Sary. Życie jednak nie ułożyło się po jej myśli. Clara wyszła za mąż za Alarcona, niedługo po tym urodziła dwie córki, a Pedro przez lata wiódł żywot rozwiązłego kawalera aż w końcu oświadczył się Alicii.
Przepraszam, wiem, że jest późno, ale...
Wejdź. – Wiktoria odsunęła się na bok, by jeszcze bardziej zachęcić Alicię do przekroczenia progu. – Pada? – spytała, gdy Alicia zsuwała z głowy kaptur peleryny.
Zaczyna kropić.
Obudzić Pedra? – dopytywała, mając świadomość, że dziewczyna przyszła do niego.
A mogę sama to zrobić?
Wiktoria przez krótki moment się zawahała. Dobrze wiedziała, że Alicii przeszkadza, że narzeczony tak często zagląda do kieliszka. Z resztą, jej jako matce tego narzeczonego, także to wadziło. W końcu jednak doszła do wniosku, że niech Pedro sam wypija piwa, które naważył.
Oczywiście. – Wskazała kierunek, choć wcale nie musiała tego robić. Szczelniej otuliła się szlafrokiem i poinformowała, że ona w tym czasie zaparzy herbatę.
Dziękuję. – Alicia stanęła przed drzwiami pokoju narzeczonego i choć z początku miała w planach zastukać, to w ostateczności zdecydowała się wtargnąć bez jakiejkolwiek zapowiedzi. – Widzę, że nie śpisz – rzuciła z przyganą i szybko zamknęła za sobą drzwi.
Pedro siedział na łóżku, z papierosem w ustach. Przed nim znajdował się drewniany stolik i zdawałoby się, nieodłączne Riverze rekwizyty – papierośnica, butelka wódki i talia kart.
Co tutaj robisz? – zapytał całkiem miłym tonem, jakby się cieszył, że ją zobaczył.
Chciałam sprawdzić jak się czujesz. Myślałam, że zastanę cię w łóżku, leżącego, schorowanego.
Przepraszam, że znowu cię zawiodłem. Poczułem się lepiej, więc postanowiłem...
Co!? – uniosła się. – Co postanowiłeś!? – Sięgnęła po butelkę i nie potrafiąc poskromić gniewu, rzuciła nią wprost na łóżko, wylewając przy tym większą część zawartości. – Co, do cholery, postanowiłeś!? – wydarła się.
Nie urządzaj awantur. – Wstał, mając dość poczucia niższości, które nagle go dopadło.
Bo na nie nie zasługujesz? – dopytywała w drwiący sposób o powód, o jakikolwiek, logiczny argument. – Masz rację – dotarło do niej nagle. – Nie zasługujesz, ani na mnie, ani na to dziecko, ani nawet na tę kłótnię. – Odwróciła się na pięcie i zmierzyła w kierunku drzwi.
Zaczekaj! – krzyknął, gdy chwytała za klamkę. – Odprowadzę cię.
Trafię – zapewniła.
Pedro w pośpiechu wciągał spodnie na kalesony. Nie czekała na niego i nim założył stare, znoszone buty, była już przy drzwiach wyjściowych.
Alicia! – Wbiegł do pokoju matki z marynarką w jednej dłoni. – Zaczekaj! Mówię, kurwa, do ciebie! – nawoływał, gdy ona zbiegała klatką schodową.
Na nic się zdały jego krzyki. Alicia nie zamierzała się zatrzymywać. Zapragnęła być jak najdalej od niego, jego zakłamania, nałogów i obietnic bez pokrycia. Ledwie wybiegła na główną ulicę, a omal się nie przewaliła za sprawą poślizgnięcia na mokrych kocich łbach. Dopiero wtedy zauważyła, że leje jak z cebra. Dostrzegła też, że przed upadkiem ktoś ją uchronił i ten ktoś ciągle trzymał jej ramię w stalowym uścisku, zadając w ten sposób ledwie namacalny ból.
Nic się panience nie stało? – zapytał z przyjaznym uśmiechem, ale wzrok miał dziko rozbiegany.
Nie – odparła i wyczekiwała aż ją puści.
Przepraszam – szepnął zmieszany, zwalniając przy tym uścisk. Nachylił się po upuszczone wcześniej zapałki. – Może podwieźć? – zapytał, wskazując na luksusowy automobil, jeden z lepszych modeli. – Pada jakby ktoś się powiesił – dodał, chcąc ją tym przekonać.
Alicia szybko zważyła w głowie zyski i straty, wszelkie możliwości, a nawet i korzyści. Dostrzegła jak Pedro wybiega zza zakrętu i nagle wyliczenia okazały się zupełnie nieważne.
Zgoda – powiedziała szybko i ruszyła do samochodu.
Na oczach narzeczonego odjechała z innym, który szybko domyślił się, iż jej zgoda podyktowana była ucieczką.
To był panienki brat czy pani mąż? – spytał, zdejmując nogę z gazu, by płynniej wejść w nieostry skręt.
Narzeczony – odpowiedziała całkiem szczerze. – Może mnie już pan tutaj wysadzić.
Mogę też panienkę odwieźć do domu albo w inne miejsce, jak panienka woli.
Wolę, by mnie pan już wysadził. – Chwyciła za klamkę, ale brunet nie przystanął. Zdawało jej się, jakby samochód poruszał się szybciej, coraz szybciej. Zaczęła się bać.
Wysadzić? Tutaj? W taki ziąb? W tak ciemną noc? – dopytywał przerażającym tonem, zatrzymując pojazd przy sadzie, nieopodal rzeki i opuszczonej chaty, która teraz była w centrum zainteresowania policji, zupełnie tak jak nieznana im denatka.
Kierowca samochodu, w którym znalazła się Alicia, także był nikomu nieznany, a przynajmniej ona nie widziała go w miasteczku nigdy wcześniej. Rozejrzała się z przerażeniem dookoła. Tylne siedzenia przykryte były starym kocem, wszędzie walały się okruszki pieczywa, a nawet ogryzki jabłek czy pozostałości po pomidorach. Wyglądało to tak, jakby mężczyzna przez jakiś czas pomieszkiwał w samochodzie. Najbardziej jednak wystraszyła się broni, gdy dostrzegła jej rękojeść, w momencie odchylenia przez nieznajomego marynarki.
Proszę się nie martwić, nic złego panience nie zrobię – powiedział szybko, wiedząc, że jej wzrok spoczął na pistolecie. – Być może to nie komplement, ale będę szczery. Oczy ma pani piękne, ale nawet dla ich błękitu, nigdy nie polubię blondynek. Straszne suki.
Jak pan śmie? – zapytała w taki sposób, jakby miała do niego jakieś uzasadnione pretensje, a jednocześnie głos jej drżał tak, jakby to były ostatnie minuty jej życia, jakby groziło jej jakieś śmiertelne niebezpieczeństwo.
Patrizio – przedstawił się i wyciągnął dłoń przed siebie. Chciał, by ją uścisnęła. Ona jednak chwyciła za klamkę i spróbowała wysiąść. Ponownie złapał ją za ramię, znów w ten sam silny sposób, zadając tym ledwie namacalny, ale jednak ból. – Jeśli panienka myśli, że pozwolę jej tutaj wysiąść, to panienka jest w błędzie – oznajmił tym samym, przerażającym tonem jakim mówił przez niemal cały ten czas.

Pedro Rivera, po tym jak Alicia go potraktowała, nie wrócił od razu do domu. Mężczyzna udał się do baru, a teraz, gdy było już rano, pomimo tego, że wciąż odczuwał niemiłosierny ból głowy, a przy tym mocne jej zawroty, zdecydował się na zwleczenie z łóżka i przygotowanie do wyjścia z domu. Chciał stawić się w pracy, pomimo że jego matka załatwiła z dyrektorem, by nie musiał do niej przychodzić przez kilka dni. Jelitówka, to choroba, która zapewniała co najmniej tydzień wolnego, ale on nie chciał wykorzystywać tego kłamstwa na swoją większą korzyść, niż ta, która była konieczna.
Tak naprawdę Pedro martwił się o Alicię. W głowie miał ciągle jej obraz, gdy opuszczała jego pokój, a potem zbiegała po schodach, by zniknąć za zakrętem, aż w końcu odjechać samochodem z innym mężczyzną. Zastanawiał się kto mógł nim być. Było ciemno i przez to widział jedynie kontur męskiej, szczupłej, wysokiej sylwetki, ale nie dostrzegł nic więcej. Nie miał możliwości zobaczyć twarzy, więc nie było szans nawet na to, by tego człowieka rozpoznał.
Powiedziałaś jej coś? – pytanie skierował do rodzicielki. Pragnął matkę obarczyć winą za to, że jemu i narzeczonej się nie układa. Uważał, że musiała jej powiedzieć o kilka słów za dużo, skoro ta zdecydowała się na nocne odwiedziny i wywołanie awantury.
Wiktoria spojrzała na syna zawiedzionym wzrokiem i powróciła do poprzedniego zajęcia. Właśnie szykowała kanapki. Pedro chwycił więc za jedną i nawet nie zdążył dotknąć nią ust, a już dostał po łapach.
To dla mnie – oznajmiła kobieta, zabierając kanapkę z jego dłoni i odkładając ją na talerz. – Pijusowi nie będę usługiwała – dodała.
Zrobił niezadowoloną minę i odwrócił się do blatu, by zabrać z niego kubek z kawą.
Kawy też się nie waż ruszyć, jest moja. Ty sam sobie możesz przygotować śniadanie. – Przełożyła talerz z kanapkami na drewnianą tackę i wymaszerowała z niewielkiego pomieszczenia. Wróciła się jeszcze po kawę. Postanowiła zacząć traktować syna dokładnie w taki sposób, jakby był niczym więcej, jak tylko powietrzem.
Mówiłaś coś Alicii? – dopytywał, zapinając guziki białej koszuli. Jednocześnie zagryzając w biegu grubo ukrojony plaster sera.
Nie doczekał się odpowiedzi, więc wszedł do pokoju matki i powtórzył pytanie, tym razem zakładając szelki na szerokie ramiona.
Nie musiałam nic mówić. Najwidoczniej sama się domyśliła. A teraz już idź do tej pracy i zejdź mi z oczu. – Spojrzała na syna z niekrytą odrazą i powróciła do jedzenia dopiero, gdy opuścił pokój, tak jakby w jego towarzystwie nic nie chciało jej przejść przez gardło. W istocie ciągle kochała go tak samo mocno, ale od pewnego czasu ta miłość była inna. Za bardzo przypominał jej męża, jakby odziedziczył po nim wszystkie wady. Podobnie jak on ją przerażał, brzydził, sprawiał, że miłość była równa nienawiści.

Dzień w pracy dla Pedro wcale nie zapowiadał się dobrze. Nie spotkał Alicii na korytarzu, gdzie powinna mieć dyżur. Na dodatek, gdy postanowił poszukać jej w pokoju nauczycielskim, to ledwie przekroczył jego próg, a już został poproszony przez nauczycielkę historii, by przyniósł podręczniki z biblioteki.
Masz więcej siły, a ja nie mogę dźwigać. – Pokazała obandażowany nadgarstek, czym usprawiedliwiła fakt, że wysyła tam właśnie jego.
Coś poważnego? – dopytywał zmartwiony i wcale nie udawał. On naprawdę lubił swoich kolegów i koleżanki z pracy, a przy tym nie był typem człowieka, by zło życzyć innym.
Przeprowadzaliśmy się. Szłam z kartonem i... gapa ze mnie. – Uśmiechnęła się w jego stronę przyjaźnie, a następnie obserwowała jak opuszcza pomieszczenie.
Rivera unikał wizyt w bibliotece jak tylko mógł. Z resztą, Clara w podobny sposób unikała jego, ale tym razem wiedział, że i tak musiał się z nią zobaczyć. W końcu, to ona kryła jego tyłek, gdy zawiódł na całej linii i po prostu nie przyszedł do pracy. Zdecydował się więc wykorzystać ostatnie pół godziny przed zajęciami i odwiedzić cukiernie. Zakupił ulubione bezy Rudej, którą kiedyś, dawno temu nazywał Czarną, przez kolor włosów na jaki je farbowała.
Wszedł do pomieszczenia, które pachniało starymi książkami i mocną, pomarańczową herbatą z dodatkiem cynamonu. Zrobiło mu się cieplej na sercu, podobnie zresztą jak wtedy, gdy wspomniał czekoladę na gorąco z laską wanilii, którą Clara niegdyś przygotowywała dla niego.
Cześć – przywitał się i stanął przy ladzie.
Jednym słowem zmusił ją, by się odwróciła, gdyż wcześniej stała przy oknie i obserwowała zza białej, koronkowej firanki dzieci grające w piłkę i wyginające się na trzepaku.
Clara spojrzała na Pedra i od razu zdjęła ciemne okulary, które były modne w poprzednim sezonie.
Ten nie ukrywał swojego zdziwienia, nawet lekko rozchylił usta, ale nie był pewny czy jest odpowiednią osobą na udzielanie komentarza odnośnie jej wyglądu.
Chciałem ci podziękować za to, że... że... Sama wiesz za co, prawda? – zapytał.
Za to, że dyrektor opierdolił mnie za to, że tak późno powiedziałam mu o tym, że nie przyjdziesz do pracy?
Właśnie za to – odpowiedział ze spuszczoną głową, drapiąc się przy tym po potylicy. Wyglądał przez to jak mały, niesforny i nieporadny chłopczyk.
Drobiazg, Pedro. – Uśmiechnęła się od ucha do ucha, a on, choć nie chciał, to i tak zaczął lustrować zasinienie w okolicy jej oka i policzka. – Co mi przyniosłeś? – Sięgnęła po pakunek i gdy tylko do niego zajrzała, to zdawała się rozpromienić jeszcze bardziej. – Moje ulubione bezy – naumyślnie przeciągnęła ostatni wyraz. – Znaj moją dobroć, jedną cię poczęstuję – oznajmiła żartobliwie i przysunęła tytkę z zawartością wprost pod jego nos.
Dziękuję. – Poczęstował się jedną, a potem poczuł, że nie wytrzyma i że koniecznie musi się o coś zapytać. – Z góry przepraszam, jeśli nie chcesz o tym mówić, ale co ci się stało? – Wskazał palcem na lewą stronę jej twarzy.
A więc zauważyłeś? – Wciągnęła powietrze przez zaciśnięte zęby, tak mocno, że aż świsnęło. – Hadrianowi odbiło – odpowiedziała wprost, czym wprawiła mężczyznę w osłupienie i oniemienie. – Co się tak gapisz, jak na księdza głoszącego tureckie kazanie?
Pedro potrząsnął głową.
Nie, nie, tylko... nawet się nie spodziewałem – odpowiedział i mocno przy tym zagestykulował jedną dłonią.
Szczerze, to ja też się nie spodziewałam, ale jak widać, życie jest nieprzewidywalne i zawsze można je związać z totalnym dupkiem, nawet o tym nie wiedząc.
Już zapomniałem jaka potrafisz być bezpośrednia – powiedział bardziej dla zmiany tematu, niż dla chęci pociągnięcia go.
Bezpośrednia, to ja dopiero będę po pracy, gdy zawitam na komisariat.
Idziesz z nim to wyjaśnić? – upewniał się, jednocześnie przeczuwając, że Clara miała coś zupełnie odmiennego na myśli.
Z nim? Oszalałeś? Z jego szefem.
Może stracić przez to pracę – uświadomił jej Rivera.
To znajdzie inną – odparła stanowczo.
Claro, nie zrozum mnie źle, ale takie coś powinno się wyjaśniać w czterech ścianach.
Gdyby jeszcze on chciał mi cokolwiek wyjaśnić, to uwierz, wyjaśniałabym, ale z nim się nie da. Czuję się dokładnie tak, jakby nagle do mojego domu wprowadził się obcy mężczyzna i zabrał mi tego mojego. Nie zrozumiesz tego – stwierdziła, widząc jego zakłopotanie i to jak szmera się po policzku.
Pewnie nie – przytaknął jej. – Dla własnego dobra, nawet nie będę próbował, ale pójście donieść na męża do jego miejsca pracy, to ostatnia głupota. Ja bym czegoś takiego nie podarował.
Zacznijmy od tego, że ty nie podniósłbyś ręki na kobietę.
Faktycznie, nie podniósłbym – przyznał jej rację. – Tak właściwie, to ja przyszedłem tutaj po podręczniki do historii. Kornelia mnie o nie prosiła.
A mnie prosił dyrektor, bym tylko gdy cię zobaczę, powiedziała, że masz stawić się u niego w gabinecie.
Cholera – zaklął.
Tak, właśnie tak, będzie opierdol. – Sięgnęła do jego policzka i pogładziła po gęstym zaroście, jakby chciała mu w ten sposób dodać otuchy.

Hadrian, po nocy spędzonej na szukaniu śladów i oglądaniu zwłok, siedział w gabinecie na komisariacie policji. Dzielił to pomieszczenie ze swoim partnerem, na dodatek, gdy kończyła się ich zmiana, to pojawiała się kolejna para policjantów i zajmowała dokładnie ten sam gabinet. Budynek małomiasteczkowej policji był za mały, by mieć możliwość dać do użytku każdego osobny pokój. Byli więc zmuszeni dzielić jeden na czterech, dwójkami, w systemie dwunastogodzinnym. Choć nie ma co ukrywać, że Hadrian już dawno nie pamiętał, by w nocy gościł w pracy. Zazwyczaj zwalał ten obowiązek na młodszego Julio, który w razie, gdyby coś się działo, miał dzwonić na jego numer domowy, a on miał być pod telefonem i nigdzie się nie szlajać. Czasami jednak się szlajał, ale Alarcon wiedział, że gdyby naprawdę to było konieczne, to żona odnalazłaby go bez problemu, w końcu on mógł być tylko w dwóch miejscach – albo u Pedro Rivery, albo w barze wraz z Pedrem Rivera i Arturo Bosca.
Teraz jednak był dzień, godzina obiadowa, a żołądek Hadriana zdawał się zaciskać w pięść. Mężczyzna był głodny jak jeszcze nigdy w życiu, ale też nie miał ochoty na przeżuwanie i przełykanie czegokolwiek. Przed jego oczami ciągle stał obraz trupa znalezionego nad rzeką, nieopodal starej chaty, która była bazą większości dzieci z pobliskiej podstawówki. Z resztą, wiadomość, którą co jakiś czas wyjmował z kieszeni, wskazywała na to, że to dzieci pierwsze znalazły Glorię.
Skąd wiedziały jak ma na imię? – głowił się i nawet pomrukiwał to pytanie na głos, korzystając z okazji, że w gabinecie był całkiem sam. – W miasteczku nie ma nikogo o takim imieniu – dopowiadał, a jednocześnie odnosił wrażenie, jakby już gdzieś słyszał to imię, jakby ktoś je w niedalekiej przeszłości, w jego obecności, wypowiedział. Nie pamiętał tylko kto i w jakich okolicznościach to zrobił.
Zmęczony po niemal trzydziestu godzinach bycia na nogach, miał w planach szybko się ubrać i wrócić do domu. Już gdy wsuwał pierwszą rękę w rękaw granatowego swetra, to wiedział, że konieczne będzie jego szybkie wypranie. Ubranie przesiąknęło swądem trupim i wilgocią ze starej chaty nadrzecznej.
Hadrian! – zawołał Julio, jeszcze zanim sam przed sobą otworzył drzwi. Wszedł do środka i nieco zmieszany stanął przed starszym kolegą.
Co się stało, młody? – Uniósł na niego podbródek i wysilił się na krzywy uśmiech.
Clara, twoja żona...
Wiem jak ma na imię moja żona – warknął nieprzyjemnie, bo tak naprawdę temat rudowłosej był ostatnim, który chciał poruszać. Uważał, że on jest w stanie spędzić mu jedynie sen z powiek, a niczego nie pragnął bardziej jak odlecieć morfeuszowym rydwanem do krainy sennych marzeń i znaleźć się z dala od koszmarów dnia codziennego.
Ona tu jest – syknął szybko Julio.
Jak to, tu jest? – zapytał zaskoczony. Nie czekał na odpowiedź, od razu wyszedł na korytarz, niemal przy tym potrącając kolegę łokciem. – Co ty tu robisz?! – uniósł się, gdy stanął z żoną twarzą w twarz.
Już nic. Już wracam do domu – odpowiedziała beznamiętnie, bez choćby cienia jakichkolwiek emocji.
Po co przyszłaś? – dopytywał, jakby łudził się, że jednak przyszła do niego, że chciała mu wszystko wyjaśnić, przeprosić i obiecać, że nigdy więcej nie popełni takiego błędu.
A jak myślisz? – Spojrzała na niego w taki sposób, jakby rzucała mu wyzwanie. – Ostrzegałam cię, Hadrianie. Nie jestem kobietą, na którą bezkarnie będziesz podnosił rękę.
Mów ciszej – polecił i rozejrzał się dookoła. Dostrzegł, że obok nich jedynie sprzątaczka zmiatała podłogę i poczuł się tym nieco uspokojony.
A co, wstydzisz się prawdy? – dopytywała, bezczelnie patrząc mu w oczy.
Przetarł twarz dłońmi, chcąc w ten sposób zetrzeć z niej wyraźne oznaki zmęczenia. Potem złapał żonę za ramię, wbijając boleśnie palce w miękką, delikatną skórę.
Idziemy. – Uniósł rękę, którą ją trzymał na tyle, by miała możliwość iść jedynie na palcach. W planie miał opuszczenie komisariatu, a następnie, gdy już znajdą się w domu, chciał rozmówić się z żoną i wybić jej z głowy głupie, niedorzeczne pomysły.
W plan Hadriana wszedł jednak głos komendanta, który rozniósł się po całym korytarzu i odbił od pleców Alarcona.
Zapraszam do siebie, milionerze – zachęcał i wskazywał na otwarte drzwi prowadzące do gabinetu, pomimo że Hadrian, stojący tyłem, nie mógł tego gestu zobaczyć.
Powiedziałaś staremu? – zapytał szeptem Alarcon.
Ostrzegałam cię – odparła w odpowiedzi.
Oszalałaś do reszty? – warknął przez zaciśnięte zęby. – W domu sobie porozmawiamy – rzucił ostrzegawczym tonem, a następnie z oburzeniem wymalowanym na twarzy, powędrował na rozmowę z komendantem, za którym, swoją drogą, nie przepadał.

* Alicia i Pedro zazwyczaj byli przeze mnie pomijani, a przynajmniej jeszcze na zdjęciu nie zagościli, tak więc tym razem możecie zobaczyć jak ja wyobrażam sobie Alicie Montero.
* Chciałbym też zachęcić Was do komentowania, więc nie wiem... może powinienem zadawać pod rozdziałami pytania, może chcielibyście pomóc mi kierować fabułą, choćby tymi wątkami pobocznymi, jakimiś konkretnymi wydarzeniami? Co o tym sądzicie?

8 komentarzy:

  1. Mam nadzieję, że Hadrian nie straci pracy. Choć uważam, że powinien porozmawiać z żoną, kiedy ta go o to prosiła. Jak zwykle świetne i ciekawe. Pozdrawiam Kama

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejny rozdział jest znacznie ciekawszy, niestety jestem cholernie zapracowany i dopiero za tydzień zajmę się publikowaniem opowiadań.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Pedro mnie zwyczajnie osłabia, wyprowadza z równowagi, Ali się o niego zamartwiała, nie mogła spać, w środku nocy pobiegła do niego i co zastała? Ni mniej ni więcej, tylko moczymordę jednego. Nie dziwię się, że się wściekła jak go zobaczyła w towarzystwie flaszki i nie chciała z nim gadać. Tak w ogóle, która kobieta na jej miejscu by się nie zdenerwowała, chyba żadna, zwłaszcza, że tu już nie chodzi tylko o nich dwoje, ale też i o dziecko, które ma się im urodzić. Szkoda mi Alicii, nie zazdroszczę jej tej sytuacji, ma ciężki orzech do zgryzienia, ona teraz potrzebuje wsparcia ze strony Pedro, a właśnie dotarło do niej, że raczej nie powinna na niego zbytnio liczyć.
    Ja rozumiem, że była wściekła, rozczarowana narzeczonym i chciała przed nim uciec, ale wsiadanie do auta obcego człowieka, w środku nocy, to raczej nie było rozsądne. Ale cóż, łatwo tak oceniać patrząc na to z boku, a na prawdę to pewnie postąpiłabym podobnie. Też chciałabym zrobić na złość i dokopać facetowi. Martwię się o Ali, ten facet mi się nie podoba, ciekawe kto to jest i skąd się tak nagle pojawił? Dlaczego nie lubi blondynek? A przede wszystkim czemu nie chce jej wypuścić z auta, chce jej zrobić coś złego, czy tylko nastraszyć? Ciekawa jestem czy on ma coś wspólnego ze śmiercią Glorii?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pedro jest pijakiem, tu nie ma innych opcji, ale ma przy tym dobre serce i może się jeszcze okazać, że mimo jego wad Ali będzie mogła na niego liczyć.
      Alicia zadziałała w stresie, pochopnie, bez przemyślenia i być może to się na niej zemści, ale jest też opcja, że czeka ją za to nagroda :)

      Usuń
  3. Hej. Ja odpowiem tylko na Twoje pytanie pod postem. Wydaje mi się, że bardzo by mi pomogły w komentowaniu takie pytania pod rozdziałami. Nie wiem jak z pozostałymi czytelnikami, ale ja jestem jak najbardziej na TAK.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czyżby Alicja stanęła twarzą w twarz z mordercą? Tajemniczy nieznajomy miał, wszakże broń. Nie poza tym nie zachowywał się wcale, jak przystało dżentelmenowi. Pośrednio zawinił Pedro, ale w sumie oboje mają co nieco za uszami. Oby to się nie skończyło tragedią. O pozostałych wątkach w tym rozdziale już pisałam. Moim zdaniem publikowanie „Zbrodni w miasteczku” na osobnym blogu było praktyczniejsze. Rozumiem, że chciałeś stworzyć zbiór opowiadań, ale w efekcie można się trochę pogubić w pogubić w tym kto i z kim. Tak czy siak czekam na dalsze perypetie mieszkańców miasteczka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, Patrizio nie jest dżentelmenem, ale nie jest też mordercą. Gdyby był mordercą to byłoby za proste.
      A dlaczego można się pogubić w tym kto jest z kim? Jaki to ma związek z publikacją na blogu autorskim, przecież fabuła nie uległa znacznej zmianie?
      Pozdrawiam.

      Usuń