Autor tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autor zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autor bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczny, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

poniedziałek, 5 czerwca 2017

#42 – „Zbrodnia w miasteczku” – Rozdział 6

Pośród licznych niedopowiedzeń”

Pedro Rivera dotarł pod drzwi prowadzące do gabinetu dyrektora. Mocno, ale nienachalnie zastukał. Poczekał na „proszę”, a gdy w końcu je usłyszał, to chwycił za klamkę i wszedł do środka. Grzecznie i kulturalnie skłonił się swojemu szefowi, następnie zajął miejsce dokładnie naprzeciwko niego, gdy tylko został o to poproszony.
Ja wiem, że moja choroba musiała być kłopotliwa dla wszystkich – zaczął od tłumaczeń, ale Roberto machnął na to ręką, przerywając tym samym wypowiedź bruneta.
Nie przejmuj się tym, każdy może zachorować. I tak zjawiłeś się w pracy wcześniej niż sądziłem, ale to dobrze, bardzo dobrze. – Odchylił się tak mocno, że niemal leżał na krześle, po czym poklepał się po brzuchu pokaźnych rozmiarów. – Niedługo przechodzę na emeryturę – zapowiedział – a Marcela raczej nie wróci do pracy – dodał.
Pedro szybko przypomniał sobie, że ostatnimi czasy, to jego narzeczona zastępowała drugą nauczycielkę matematyki.
Stało się coś poważnego? Nie słyszałem, by chorowała. To raczej były sprawy rodzinne, przynajmniej tak tłumaczyła swoje nieobecności mojej przyszłej żonie.
Bo to są sprawy rodzinne – odparł nieuprzejmym tonem dyrektor, a potem sięgnął do szuflady biurka, z której wyjął kartkę złożoną na cztery. – Czytaj! – warknął, rzucając Pedrowi rozłożoną kartkę pod nos.
Rivera wziął ją w dłoń i przestudiował oczyma. Prychnął z pogardą, odkładając ją na biurko.
Teraz rozumiesz?
Ta – odpowiedział, choć wcale nie rozumiał. Nie pojmował, jak jakikolwiek mąż może być aż tak egoistyczny. – Nic nie możemy zrobić? Była tu doceniana, była wicedyrektorką.
Była, Pedro, była. Już się tu nie zjawi, chyba że za kilka lat, gdy będzie prowadzała pociechy. Miguel nie zmieni zdania. Bez jego pisemnej zgody, na dodatek z pisemnym sprzeciwem, nie możemy jej zezwolić na pracę tutaj.
Rivera przyłożył kciuk do policzka, a dłoń zacisnął w pięść, nerwowo nią poruszył. Nie był obojętny, ale nie miał mocy, by zmienić hiszpańskie prawo. Musiał się więc pogodzić z tym, że Marcela nie będzie już pracowała i pełniła funkcji wicedyrektora.
Kto ją zastąpi? – zapytał, wiedząc, że ktoś musi to zrobić.
Ty.
Co!? – zdziwił się, nawet trochę zezłościł. Zawsze sądził, że awansuje dopiero, gdy wyłysieje lub zsiwieje. Tak naprawdę nie miał nic przeciwko wyższej pensji, nawet jeśli ta groziła liczniejszym obowiązkom, ale nigdy nie chciał zdobywać wyższej posady cudzym cierpieniem, a w tym przypadku Marcela cierpiała.
Ktoś musi, Pedro, a ty się najbardziej do tego nadajesz. Nie przychodzisz tu jedynie wyrobić swoich godzin, bywasz tu znacznie częściej, znasz te dzieciaki, pomagasz im. Gdyby oni mieli wybierać, też wybraliby ciebie.
Rivera potarł nos i mocniej odetchnął.
W innej sytuacji pewnie bym się cieszył, ale teraz... nie chodzi tylko o Marcelę. Niedługo będę miał żonę, rodzinę. Pewnie pan się domyśla, że Alicia jest w ciąży. Powinienem częściej bywać w domu.
A więc Alicia też odejdzie z pracy? Przynajmniej na pewien czas, tak? – dopytywał zmartwiony tym, że nie ma w zanadrzu innej nauczycielki przedmiotów ścisłych.
Tak – przytaknął. – Będzie pracowała dopóki będzie mogła, a potem wróci tak szybko jak to tylko będzie możliwe, ale tak, będzie taki moment, gdy będzie musiała zająć się dzieckiem – postawił sprawę jasno.
W takim razie nie możesz odmówić, musisz wziąć stanowisko Marceli, a potem moje. Co się tak patrzysz jak cielę w malowane wrota? Ty się będziesz potem użerał z wolnym etatem, w końcu to ty nabroiłeś.
Ja?
Ja nie zrobiłem dziecka jedynej matematycy jaką mamy. Ty to zrobiłeś! W każdym razie gratuluję i w równej mierze też współczuję. Małe dzieci to dużo nieprzespanych nocy – uprzedził i spojrzał w stronę otwieranych drzwi. Nieco zirytował się, że uczeń, który wpadł do gabinetu, nie zastukał, ale bardziej zmartwiły go jego słowa.
Bo nie ma pani Montero, panie dyrektorze, a w pokoju też nikogo nie było i czy my możemy już iść do domu? – pytał zdyszany Marcos. – Bo Antonio powiedział, że możemy skoro nauczycielka o nas zapomniała.
Coś nie tak z Alicią? Źle się czuła? Zaraziłeś ją? – dopytywał Roberto Riverę.
Nie, nic mi o tym nie wiadomo – rzucił w stronę szefa, a potem spojrzał na chuderlawego, wysokiego blondynka. – Ja zaraz do was przyjdę, Marcosie. Zaczekajcie na mnie.
Ale większość już poszła – zamarudził, opuszczając gabinet i zamykając za sobą drzwi.
Nie wiesz co z twoją narzeczoną? – zdziwił się Roberto.
Nie, znaczy... – przewał. Potarł dłonią o potylicę, tak jak zwykle czynił, gdy ogarniało go zakłopotanie. – Wczoraj się posprzeczaliśmy. Myślę, że mogła nie chcieć mnie oglądać.
Nie opowiadaj bzdur, Pedro. Pokłóciliście się kiedyś na środku korytarza, a i tak chodziła z podniesioną głową, nawet pomimo tego, że ode mnie burę dostała za urządzanie przedstawień dla uczniów i pozostałych nauczycieli. To nie w Alicii stylu, nie zjawić się w pracy z powodu sprzeczki.
Faktycznie – przyznał szefowi rację i od razu zaczął się bardziej niepokoić, zwłaszcza, że w nocy widział jak Alicia wsiadała do obcego samochodu. O tym jednak nie zamierzał nikomu opowiadać, choćby po to, by nie psuć jej opinii.
Idź, sprawdź co się z nią dzieje.
Ale ja mam jeszcze lekcje. Zresztą, by tu przyjść, podałem zagadnienia, rozdałem podręczniki i zostawiłem ich samych. Teraz jeszcze jest klasa, z którą Alicia powinna prowadzić zajęcia.
Ja do nich zajrzę, a tych drugich zwolnię, bo to i tak ich ostatnia godzina. – Wstał z miejsca i skierował się do wyjścia, oczekując aż Pedro uczyni to samo.
A następna lekcja? – dopytywał Rivera.
Do tego czasu powinieneś zdążyć już wrócić – odpowiedział Roberto.
Pedro opuścił gabinet jako pierwszy, a potem szybkim tempem ruszył w stronę domu swojej narzeczonej.

Alarcon w gabinecie komendanta czuł się dokładnie tak jak za dawnych lat, gdy jeszcze chodził do szkoły i lądował na dywaniku u dyrektora. Jako, że przyjaźnił się od wczesnego dzieciństwa z Pedrem Riverą, to ich wizyty w gabinecie u dyrektora były częstsze niż zliczone wizyty wszystkich uczniów. Zawsze jednak towarzyszył mu ten sam strach i skurcz żołądka. Teraz nie było inaczej.
Słucham, panie komendancie – odezwał się jako pierwszy, stając za jednym z krzeseł.
Siądź sobie, Alarcon i powiedz mi Alarcon, coś ty nawyczyniał, co? – Dante poczekał aż jego pracownik zajmie miejsce, a potem kontynuował – jesteś policjantem, stoisz poniekąd na czele prawa, masz mieszkańców ochraniać, a ty żonę bijesz.
Nie wierzę, że tu przyszła to powiedzieć – szepnął brunet sam do siebie.
Ale przyszła – podchwycił Olmedo. – I dobrze zrobiła. Gdzieś ty miał rozum, gdy ją bił, co? – dopytywał. Wstał i zaczął się przechadzać po niewielkim pomieszczeniu. Zaglądał do każdej z szuflad w poszukiwaniu papierosów.
Nie biłem jej – odpowiedział szybko Hadrian, zakładając przy tym po męsku nogę na nogę.
A ona uważa inaczej! – uniósł się Dante, a zaraz potem się ucieszył, bo w końcu znalazł upragnioną paczkę. Wsunął papierosa do ust, ale nie odpalił. Był na etapie rzucania niewygodnego nałogu.
To był tylko policzek.
Pieniądze tatusia ci mózg wyprały, czy jak!? Policzek to też bicie, przynajmniej kobiety tak uważają.
Jeśli to one obrywają, bo gdy jest odwrotnie, to jakby nie ma sprawy – śmiał zauważyć Alarcon. – Poza tym, to moja sprawa jak rozwiązuję spory między sobą a żoną, bo robię to za zamkniętymi drzwiami i pieniądze mojego ojca nie mają tutaj nic do rzeczy. – Wstał, wyraźnie się stawiając.
A gdy miasteczko się dowie? Jak masz wzbudzać bezpieczeństwo, gdy...?
To niech się też dowie za co oberwała. – Obie dłonie położył na biurku i pochylił się tak, by móc patrzeć Dantemu w twarz.
Za co? – spytał leniwie, jakby z czystej ciekawości. Wyjął papierosa z ust i przeczesał siwe włosy.
Nie szefa sprawa, miasteczka też nie. To moja żona, mam do niej pełne prawa.
Ale nie możesz jej bić.
Sam szef swoją lał, że aż odeszła, a mnie będzie pouczał!?
Ale Helena nie zawracała tobie dupy, a twoja Clara do mnie przychodzi.
Więcej nie przyjdzie! – zapewnił podniesionym tonem z taką pewnością w szarych tęczówkach, że nawet Dante Olmedo nie miał siły się z nim sprzeczać. – Więcej nie przyjdzie – powtórzył już znacznie ciszej, ale przy tym jeszcze pewniej. Przestał pochylać się nad biurkiem i patrzeć w twarz siedzącego naprzeciwko szefa. Chciał już wyjść i wrócić do domu, rozmówić się z Clarą jak należy i wybić jej z głowy wizyty na komisariacie.
Alarcon! – krzyknął za nim komendant. – Albo jej po laniu z domu nie wypuszczaj, albo nie bij po twarzy i najlepiej rób tak, by śladów nie było.
Hadrian przytaknął samym ruchem głowy i zamknął za sobą drzwi.
Tak bym ja problemów przez to nie miał – dodał cicho, już do zamkniętych drzwi Olmedo. Sięgnął po papierosa i zapałki. – No i, kurwa, nie rzucę. W tym zawodzie nie da się nie palić. Nie gdy pracuje się z takimi ludźmi – zamarudził i przyjrzał się zdjęciom postawionym na biurku. Byli na nim zawsze ci sami chłopiec i dziewczynka, z tą różnicą, że na pierwszym byli kilkuletnimi dziećmi, a na drugim niemal dorosłymi już ludźmi.

Arturo Bosca pochylał się nad materiałem w kwiaty i wykrawał z niego spódnice, którą zamówiła starsza, pulchna kobieta. Pracownicy salonu krawieckiego jak zwykle mieli pełne ręce roboty, więc był zmuszony sam, pomimo że był szefem, zakasać rękawy i brać się do pracy. Obwiązał więc elastyczną wstążką podwinięty nad łokieć rękaw, by ten mu nie opadał i nie przeszkadzał przy odrysowywaniu kredą odliczonych centymetrów.
Witam panie Bosca – usłyszał za swoimi plecami.
Odwrócił się powoli, nieśpiesznie, choć kobieta miała tak młody i melodyjny głos, że odczuwał dziwną potrzebę ujrzenia jej natychmiast, choćby po to, by się upewnić do kogo ten głos należy. Miał przeczucie, że już gdzieś go słyszał, i że było to całkiem niedawno.
Pani... lekarz – szepnął.
Williams. Margaret Williams – przedstawiła się i wyciągnęła dłoń w jego kierunku.
Szybko ją ujął, nawet pocałował wierzch.
Angielskie nazwisko – zauważył. – Wczoraj musiałem go nie dosłyszeć.
Faktycznie, nie pochodzę stąd, ale matka jest Hiszpanką – odpowiedziała drobna brunetka, której uśmiech był niezwykle promienny, a zęby duże i białe. – Kiedyś tu mieszkała, znała poprzedniego medyka. Rozumiem, że dla was, tutejszych, to dziwne, by kobieta pracowała, na dodatek w takim zawodzie – dodała z wyczuwalną przyganą i oburzeniem.
Nie jestem tutejszy. Domyśliłem się też, że musi tu pani być od niedawna, bo takiej kobiety nie umiałbym zapomnieć – skomplementował.
A więc to prawda co o panu mówią.
A co o mnie mówią?
Kobiety głoszą, że gdy ma się zły dzień, chandrę, to wystarczy udać się do zakładu krawieckiego. Ponoć tu szybciej poprawi się nastrój, niżeli nawet w zakładzie fryzjerskim.
Liczę na to, że za tą opinią stoją moje prace, ubrania, a nie...
Pan? – dopytywała, wchodząc mu tym sposobem w zdanie. – Proszę nie być skromnym. Fałszywa skromność to jedna z gorszych cech. Kobiety przychodzą tu dla pana i wciąż zamawiają nowe suknie, choć nie są im one w wcale potrzebne. Jak widać, dużo się od nich nie różnię. – Zsunęła torebkę z ramienia i wyjęła z niej zwinięty na kilka części materiał o malinowym kolorze. – Chciałabym, by sukienka była prosta, skromna, ale odznaczała się pewną nieprzeniknioną subtelnością. Ma być zwyczajna, a jednak wyjątkowa – zaczęła składać zamówienie.
Arturo stał z materiałem, który przekazała mu na dłonie i z oniemieniem wpatrywał się w jego barwę. W jego oczach na krótki moment zawitały łzy. Szybko jednak je ukrył i odłożył materiał za siebie, jakby nie mógł znieść jego delikatnego dotyku, jego koloru.
Czy coś się stało, panie Bosca? – zapytała Margaret, zauważając nagłą zmianę w krawcu.
Nie, nic. – Pokręcił głową i starał się zmazać wcześniejsze wrażenie. – Po prostu, mam ostatnio dużo pracy.
Odmówi mi pan? – powiedziała to w taki sposób, jakby chciała dać mu do zrozumienia, że żadnej odmowy nie przyjmie.
Nie, skąd? Oczywiście, że nie, tylko czas oczekiwania...
Poczekam ile będzie trzeba – ponownie weszła mu w zdanie. – Ile będę panu należna?
Arturo przez chwilę się zastanowił. Miał już przejść do pobierania wymiarów kobiety i zapisać je kredą na materiale, który od niej otrzymał, ale nagle poczuł, że musi zapytać o coś jeszcze.
Ten materiał, gdzie go pani zakupiła?
Pochodzi z Francji. Robi wrażenie, prawda?
Prawda – przytaknął jej. – Potrzebowałbym taki sam.
Nie ma mowy. Nie sprowadzę dla pana hurtowej ilości, bo wtedy moja suknie straciłaby na wyjątkowości. Wszystkie kobiety w miasteczku nagle miałyby podobną.
Nikt nie mówił o hurtowej ilości, pani Williams. Myślałem tylko o mojej żonie.
Jest pan żonaty? – zdziwiła się, a po chwili uderzyła samą siebie otwartą ręką w czoło. – A no tak, przecież ma pan syna. Całkiem wyleciało mi z głowy.
Niech się pani nie martwi. Co drugiej kobiecie wylatuje to z głowy. Zupełnie nie wiem czemu, przecież ja nawet nie zachowuję się jak kawaler.
A jak zachowuje się kawaler?
Jak załatwi mi pani materiał, to może nawet pani pokażę. – Uśmiechnął się w sposób tak uwodzicielski, że z trudem, ale w końcu udało jej się oderwać od niego oczy.
To już zakrawało o flirt, panie Bosca. – Potarła palcem o materiał w kwiaty leżący na dużym, krawieckim stole, a potem tym samym palcem pogroziła.
Bosca złapał za niego i szepnął:
Arturo, dobrze?
Arturo?
Tak, przejdźmy na ty – zaproponował.
W takim razie, Margaret.
Jak będzie z materiałem, Margareto?
Co tak panu... przepraszam. Co tak tobie zależy?
Powiedzmy, że w moim życiu miał pewne mocne znaczenie.
Znaczenie?
Tak. Obiecałem żonie, że nigdy nie zabraknie jej sukienek, że będzie miała każdą jaką tylko sobie wymarzy, ale przez tyle lat, nie byłem w stanie jej dać tej pierwszej upragnionej, tej od której wszystko się zaczęło.
Państwa małżeństwo zaczęło się od sukienki?
Poniekąd tak – powiedział cicho. Chwycił za centymetr krawiecki i oznajmił, że jest zmuszony zmierzyć ją osobiście, jeśli sukienka ma pasować idealnie.

Sylvia Bosca od pewnego czasu nie czuła się szczęśliwa. Dostrzegała zmiany jakie zaszły w Arturo. Jej mąż co prawda nigdy nie był szczególnie wylewny w uczuciach, a komplementy na temat wyglądu czynił z rzadka, ot święta. Pomimo tego zawsze starała się dobrze wyglądać. Oczywiście robiła to dla niego, a nie dla samej siebie. Niezaniedbanie się przy tak licznym potomstwie oraz obowiązkach domowych, wymagało nie lada wysiłku, ale nawet najdoskonalszym makijażem nie była w stanie zakryć codziennego zmęczenia, pewnego rozdrażnienia i nieszczęścia dostrzegalnego głęboko w źrenicach.
Blondynka miała dość samotności, bo pomimo tak licznej rodziny ona czuła się niezwykle samotną osobą. Dzieci nie były dobrymi kompanami do dorosłych rozmów, a jakiekolwiek wyjście wiązało się zabraniem młodszych z sobą lub chwilowym pozostawieniem ich pod opieką starszych. Gdzieś w tym wszystkim najbardziej brakowało jej Arturo, którego praca i ciągła nieobecność spowodowały, że jedyne porozumienie sięgało ich dopiero w późnych godzinach nocnych i miało miejsce w łóżku.
Czemu nie jesz, mamo? – zmartwił się Jacopo, zauważając, że matka jedynie dłubie widelcem w talerzu i co jakiś czas przywołuje rozbieganego Mattea do siebie, by choć odrobinę ziemniaków z sosem i gotowanym mięsem wylądowało w jego buzi.
Nie jestem głodna – odpowiedziała zgodnie z prawdą i wysiliła się, by wykrzywić usta w coś co pierwotnie miało przypominać uśmiech.
Ja za to jestem głodny za dwoje. Muszę się teraz dobrze odżywiać, by szybko wrócić do zdrowia. Tak powiedziała pani lekarz – wygłosił swoją egocentryczną mowę Antonio, a potem zaczął nabierać jeszcze większe porcje na widelec i szybciej przeżuwać.
Jedz, jak będzie trzeba to ci dołożę – zapewniła go Sylvia i ponownie krzyknęła na Mattea, by na moment do niej podszedł.
Jus nie! – odpowiedział czterolatek. – Jus nie głodny – dodał, wspinając się na kanapę, a kiedy już mu się to udało, to zaczął wchodzić wyżej, na górę oparcia.
Sylvia przewróciła oczami i wstała z miejsca, by podejść do syna i ściągnąć go na podłogę, w obawie, że ten jeszcze wywinie orła i rozbije sobie głowę.
Chętnie zjem jego porcję – zapewnił Antonio i zabrał talerz, w którym wcześniej matka dłubała widelcem. W ten sposób zamienił swój pusty, na cudzy pełny. Uśmiechnął się do Jacopo i poruszył znacząco brwiami.
Czego znowu chcesz? – zapytał dwunastolatek.
A ja coś mam – pochwalił się. – Ciekawe ile za to dostanę znaczków od Marcosa. Jak będę miał całą kolekcję, to sprzedam ją temu siwemu panu, co mieszka na drugim piętrze, tam gdzie pan Rivera. Ten pan zbiera tylko całe kolekcje.
Co masz?
Nie powiem – odpowiedział melodyjnie, niemal to wyśpiewując. – Nie powiem, nie powiem! – wykrzyknął i aż z radości podskoczył na krześle. – Tylko Marcosowi powiem – dodał i wtedy przez przypadek potrącił łokciem szklankę do połowy pełną kompotu. – O oł!
Nie o oł, tylko to zetrzyj! – krzyknęła do niego matka. Podeszła do łóżeczka, by wziąć właśnie rozbudzającą się Clarę na ręce. Chciała oszczędzić dziewczynce rozpłakania się.
Czemu ja muszę ścierać sam, a tata jak coś potrąci, to zawsze ktoś za niego wyciera? – interesował się dziesięciolatek, marudząc przy tym co niemiara. – Za tatę wycierasz! – zarzucił matce i mokrą ścierkę, którą najpierw wytarł podłogę, a następnie stół, wrzucił do zlewozmywaka, wprost na stertę brudnych naczyń.
Arturo jest moim mężem. Ty tylko synem – udzieliła mu odpowiedzi, która w jej mniemaniu miała wszystko wyjaśnić.
Poniekąd miała rację, bo Antoniowi taka odpowiedź całkowicie wystarczyła. W myślach uznał, że już się nie może doczekać aż będzie na tyle duży, by mieć żonę. Potem wyjawił to na głos, mówiąc do brata, że taka żona, to by po nim sprzątała wszystko, nawet zabawki.
Jacopo miał na ten temat jednak zupełnie inne zdanie. Był starszy, więcej rozumiał, ponadto od dziecka cechowała go mocno rozwinięta empatia. Uznał więc, że brat jest egoistą, tak samo jak ojciec. Nawet mu to powiedział.
Jestem kim? – zmarszczył nosek i obserwował jak brat pod wpływem wielkiego zdenerwowania wstaje od stołu i zasuwa za sobą krzesło.
Jacopo chciał już uciec do pokoju i zająć się odrabianiem pracy domowej, a potem pójść jeszcze na moment pod okno Caroliny, by zawołać ją do wspólnej zabawy, ale głos matki skutecznie zatrzymał go w miejscu.
Naczynia, Jacopo, same się po tobie do zlewu nie włożą. I nawet nie myśl, że jak zjadłeś, to gdziekolwiek pójdziesz, bo jeszcze znowu gdzieś zaginiesz, a ja nie mam głowy do kolejnych zmartwień i awantur.
Chłopiec zawrócił więc i chwycił oburącz za talerz, na którym wcześniej ułożył szklankę i sztućce. Podszedł do zlewu i chwilę zastanawiał się nad tym czy po prostu odłożyć to wszystko spokojnie i delikatnie, czy okazać jakieś emocje. Zdecydował się na okazanie emocji. Rzucił więc naczyniami z taką siłą, że talerz pękł na trzy części, a szklanka posypała się w drobny mak.
Antonio wystraszył się trzasku i szeroko otworzył oczy. Od krzyknięcia jednak się powstrzymał, zatykając oburącz usta. W milczeniu obserwował co zdarzy się dalej. Przeczuwał, że będzie awantura, a gdy zobaczył matkę i jej zagniewany wyraz twarzy był już pewien, że jego przeczucia okażą się być całkiem trafione.
Sylvia straciła panowanie nad sobą. Zaczęła krzyczeć że ma dość i że zachowują się nie tylko jak stado baranów, ale też przy okazji jak zupełnie niewychowane bachory i jest jej za nich tylko wstyd.
Ja nic nie zrobiłem! – przerwał jej Antonio. Zbulwersowany aż wstał z miejsca i stanął przed matką z gniewem wypisanym na twarzy.
Ta jednak go nie słuchała i krzyczała dalej, nawet zaczęła nim potrząsać.
Głupia jesteś! – wykrzyknął i nie chcąc dalej oglądać własnej rodzicielki, zdecydował się ją wyminąć, przy okazji popychając i uciec przed siebie, byle dalej od tego domu i tych ludzi.
Antonio! – wrzasnęła za nim Sylvia. – Antonio, wróć się w tej chwili!
Chłopiec jednak wcale nie miał zamiaru wracać. Trzasnęły za nim drzwi.
Przypilnuj Clarę i brata – poleciła starszemu synowi.
Mała rozpłakała się, wystraszona nerwową atmosferą, ale Sylvia nie miała czasu się nią przejmować. W klapkach wybiegła za dziesięcioletnim synem i zatrzymała go przed samą furtką. Udało jej się to tylko dzięki temu, że chłopiec przez doznany uraz kostki, nie biegał tak szybko jak zazwyczaj. Trzymając syna za rękę, wprowadziła go do domu, nazywając przy tym łobuzem i największym z hultajów. On jednak wcale się tym nie przejął i nadal uważał, że jest niewinny i że wszystkie oskarżenia padły na niego całkiem niesłusznie.
Posprzątajcie tu – poleciła obydwóm, a sama wzięła Clarę na ręce, by ją uspokoić i noszeniem zapewnić dziewczynce choć małą ulgę w ząbkowaniu.
Na nic się to jednak zdało, na dodatek mały Matteo także chciał na rączki, więc Sylvia zdecydowała się usiąść, wziąć oboje na kolana i otworzyć jedną z kolorowych książeczek, by choć po trochu każdego z nich zająć.
Natomiast w kuchni chłopcy przepychali się i jeden drugiego zaganiał do pracy, której sam nie miał ochoty wykonywać.
To ty stłukłeś ten talerz. Ty powinieneś wyjmować to szkło – powiedział Antonio i szturchnął przy tym Jacopa w ramię.
Ale to ty zabrałeś nóż z miejsca zbrodni i zawsze mogę o tym powiedzieć, jeśli...
Gnoju ty! – krzyknął blondynek i pchnął brata z taką siłą, że ten wpadł na krzesło, które przewrócił, gdy upadał.
Nienormalny jesteś!? – zapytał, wstając i otrzepując się z kurzu, którego zresztą w domu prawie wcale nie było, bo mama na bieżąco sprzątała i niemal co tydzień wycierała wszystkie szafki, blaty i bibeloty.
Co wy tam znowu robicie!? – krzyknęła Sylvia, ale nie miała siły na nic więcej jak tylko na wychylenie się przez oparcie kanapy i zerknięcie na dwóch urwisów, którzy już byli bliscy tego, by rozpocząć wzajemne okładanie się pięściami. – Powiem ojcu i nie chciałabym być w waszej skórze, gdy wróci – zagroziła.
Antonio i Jacopo na krótką chwilę się uspokoili, ale szybko każdy z nich doszedł do tego samego wniosku. Ich matka zawsze groziła, że na nich naskarży, ale tak naprawdę jeszcze ani razu tego nie zrobiła. Poczuli się więc całkiem bezkarni.
Powiedz mi co znowu znalazłeś – rzucił niemal rozkazującym tonem Jacopo.
Gówno psie – odpowiedział z wyraźnym zadowoleniem Antonio. Uśmiechnął się, otwierając przy tym buzię i wysuwając język między zębami.
Stojąc przy zlewozmywaku, zaczęli się przepychać i obrzucać wzajemnie wyzwiskami.
Jacopo! Antonio! – wypowiedziane mocnym, męskim barytonem wystarczyło, by w sekundę przestali i odwrócili się przodem do ojca.
Tata? – zdziwił się dziesięciolatek. – Tak szybko z pracy wróciłeś? – zagadnął.
Co wam mama kazała zrobić? – zapytał rzeczowo, zupełnie pomijając pytanie zadane przez Antonia. Oparł się o futrynę i wcisnął dłonie do kieszeni popielatych spodni. Miał na sobie białą koszulę i idealnie skrojoną kamizelkę.
Pozmywać – odpowiedział Jacopo. – I to szkło wyciągnąć, ale możemy się pokaleczyć.
Trudno, życie też kaleczy. Dlaczego żaden z was nie robi tego co powinien, tylko się lejecie jak jakieś pijusy przed karczmą? – Podszedł bliżej chłopców. W pewnym momencie stanął dokładnie między nimi.
Bali się tak mocno, że niemal skamienieli ze strachu, ale całkiem niesłusznie, gdyż ojciec sięgnął jedynie po szklankę i podłożył ją pod kran.
Pytanie wam zadałem – przypomniał, napił się wody, a potem usiadał na jednym z pobliskich krzeseł. Zwrócił też uwagę na to, że jedno z nich zostało przewrócone i nikt do tej pory go nie postawił i nie przysunął do stołu, tak jakby należało.
Antonio i Jacopo spojrzeli najpierw po sobie, a potem na ojca. Od matki odznaczał się tym, że zazwyczaj był spokojny i nie krzyczał tak jak ona, ale był też surowszy, nie odpuszczał i nie rzucał słów na wiatr.
Rozumiem, że żaden mi nie odpowie. – Poczynił łyka i zaczął przyglądać się cieczy pozostałej w przezroczystej szklance. – Sformułuję więc pytanie inaczej. Czy i jeden, i drugi oberwał ostatnio za mało, że znowu was coś bierze i robicie tak jak robić nie powinniście?
Chłopcy ponownie spojrzeli po sobie, a następnie pokręcili głowami.
Nie rozmawiacie z niemową – zwrócił im uwagę ojciec. – Macie skończyć się wydurniać, przepychać, szarpać. Dostaliście jakieś zadanie i macie je wykonać. Tu nie ma czasu na dyskusje ani miejsca na przerzucanie się winą.
Tak, ale to on... – zaczął Antonio, ale zamilkł, gdy tylko ojciec na niego spojrzał.
Nie interesuje mnie kto, co i kiedy – odparł leniwie, zmęczonym głosem. – Jesteście braćmi i macie się szanować, macie się wspierać, pomagać sobie, a nie jeden na drugiego donosić, się przepychać. Czy widział któryś byśmy ja z mamą tak robili? Nie, nie robimy, a też się czasami nie lubimy i w trzy czwarte podejmowanych decyzji mamy inne zdania. Ja wam daję pół godziny. Jesteście we dwóch, więc macie się podzielić obowiązkami i posprzątać tu na błysk. A potem mam do was jeszcze jedną sprawę. – Wstał i skierował się do wyjścia z kuchni, gdzie zamocowana była jedynie zasłonka z koralików, które przyjemnie odbijały się jeden o drugi, ale nie w tym momencie, gdyż teraz były związane, a owo wiązanie zaczepione o niewielki hak wbity w drewnianą futrynę.
Tato! – zawołał Jacopo.
Tak?
Przepraszamy.
Arturo spojrzał na starszego syna, który stał ze spojrzeniem wbitym we wzór starego, wytartego gumolitu i na tego młodszego, najwyraźniej się mocno nudzącego, gdyż rozglądał się po całym pomieszczeniu i bujał, odbijając o szafkę zlewozmywaka.
Przepraszamy czy przepraszasz? – zapytał rzeczowo. – Nie mów za brata – pouczył.
Ja też przepraszam! – ożywił się nagle Antonio i nawet przy tym uśmiechnął.
Ojciec odpowiedział mu niemal identycznym uśmiechem, ale, w przeciwieństwie do chłopca, szybko pozbył się go z twarzy i pogroził obydwóm synom palcem.
Macie pół godziny – przypomniał.
Ledwie wszedł do pokoju, a mały Matteo zaplątał się między jego nogi. Chwycił chłopca za ramiona i podrzucił do góry. Zaczął do niego mówić to co zwykle w takich momentach, czyli pytać, kto jest taki duży i kto potrafi latać. W końcu upuścił czterolatka na kanapę nieopodal żony i zaczął łaskotać.
Jesteś w dobrym humorze – zauważyła Sylvia, odbierając od Clary jeden z drewnianych klocków, który dziewczynka jej przyniosła.
Często jestem w dobrym humorze. Tylko ostatnio byłem przemęczony – usprawiedliwił się i przeszedł za oparcie kanapy. Musnął żonę w blond włosy, a potem zrobił dwa kroki w bok i złapał Mattea za dłonie, pozwalając chłopcu, by ten wspinał się po oparciu. – Kiedyś spadniesz – zagadnął do niego, ale w odpowiedzi usłyszał tylko szczęśliwy, dziecięcy śmiech, gdy czterolatkowi udało się dotrzeć na szczyt.

Clara Alarcon tego dnia zapragnęła odświeżyć kolor włosów, więc zdecydowała się na ich samodzielne pofarbowanie. W tym celu zakupiła farbę u miasteczkowej fryzjerki i pierwsze co uczyniła po powrocie do domu, to udała się do łazienki, by podczas nakładania, móc patrzeć w największe z luster jakie mieli.
W tamtej chwili nie interesowało ją nic innego, choć po głowie ciągle chodziły codzienne, domowe obowiązki. Wiedziała, że musi przetrzeć meble z kurzu, szczególnie stół, wstawić przygotowaną przez babcię zupę na palnik, by warzywa w niej doszły i zaopiekować się dziewczynkami, które za niedługo wrócą ze spaceru, na który wybrały się wraz z prababcią.
Przydałoby się też zmieść i zmyć podłogi – powiedziała do samej siebie. – Jeszcze nie zaczęłam, a już czuję jak mi się nie chce – dodała i postanowiła zająć się precyzyjnym nakładaniem farby, którą wcześniej rozrobiła w blaszanej miseczce. Dolała też do niej odrobinę wody utlenionej, po to, by odrosty lepiej złapały kolor.
Clara obserwowała jak jej wypłowiały rudy intensywnieje, a odrosty stopniowo jaśnieją. To był taki czas tylko dla niej. Godzina na obserwowaniu siebie w lustrze, przerywana nakładaniem olejku balsamicznego na całe ciało i lakieru na paznokcie.
Kiedy ponownie zerknęła w lusterko, a efekt jaki powstał na włosach wydawał jej się być zadowalający, zdecydowała się na zmycie farby pod kranem umywalki i osuszenie głowy ręcznikiem.
Oby tylko wszystko się udało – powiedziała do samej siebie i jak zwykle z lekkim przestrachem pozbyła się ręcznika z głowy.
Kolor jaki powstał przypadł jej do gustu. Co prawda nie była to planowana, brudna czerwień, a bardziej kasztan czy rudy wpadający w brąz, jednak i tak uśmiechnęła się do swojego odbicia. Była zadowolona ze swojego wyglądu. Szpecił jedynie siniec na policzku, ale miała powody, by nie skrywać go pod dużą ilością pudru. Po pierwsze, choć lubiła się malować, to nienawidziła, gdy makijaż jej ciążył, gdy zdawał się być maską. Po drugie, była zdania, że ona nie ma się czego wstydzić, że to Hadrianowi powinno być wstyd za to jak ją potraktował i to nie tylko wstyd przed nią, ale także przed innymi, a przede wszystkim przed samym sobą.
Clara nie bała się męża, była gotowa, by stawić mu czoło. Przekonywała samą siebie w myślach, że przecież ona się już starała o załagodzenie konfliktu, ale on nie podjął żadnej inicjatywy. Ruda postanowiła więc rozpocząć wojnę, z tego powodu, nakrywając do stołu, postawiła na nim jedynie cztery talerze – dla siebie, dziewczynek i babci. Męża zdecydowała się pominąć, gdyż takiego jakim się dla niej stał, nie zamierzała szanować. Pominęła też siostrę i jej trzech synów, gdyż ta akurat była w podróży. Emilia, która od trzech lat była wdową, wyjechała do narzeczonego, a dzieci pierwszy raz zabrała z sobą, by móc mu je przedstawić.
Może to i lepiej, niech sobie życie układa – szepnęła do samej siebie, stawiając koszyk z chlebem na środek stołu.
Kto taki? – zapytał męski głos.
Clara wystraszyła się na tyle, że aż podskoczyła.
Emilia – odpowiedziała mężowi. – Nie sądziłam, że tak szybko wrócisz – dodała, ale w pewnym momencie się zająknęła, bo coś w spojrzeniu Hadriana sprawiało, że nie czuła się bezpiecznie.
Pewnie ucieszyłabyś się, gdybym wcale nie wrócił. – Spojrzał znacząco na stół i zastawę.
A czego się spodziewałeś?! – lekko się uniosła i cały strach jakby gdzieś wyparował, ogrzany gniewem i zadrą, która ciągle w niej tkwiła. – Oczekiwałeś, że po tym jak mnie uderzyłeś, padnę ci do stóp lub, że wszystko będzie po staremu?
Hadrian uśmiechnął się żałośnie, a potem jego mina sposępniała. Pociągnął nosem, a przewieszony przez rękę sweter odrzucił na zielony fotel. Podszedł do żony szybkim krokiem, chwycił za ramię i nie puszczając, pchnął z taką siłą, że ta usiadła na kanapie.
Przerażona chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów i odwagi. Czuła jak w jej gardle wyrasta gula, która zapobiega wydobywaniu z siebie głosu. Na dodatek bolało ją prawe ramię, gdyż mąż chwycił za nie szczególnie mocno i nadal nie puszczał. Za moment poczuła też pieczenie na policzku.
A ty czego oczekiwałaś!? – ryknął na nią. – Że pójdziesz do mojego szefa i wymusisz na mnie przeprosiny!? Co ci w ogóle odbiło, by iść na skargę!?
Tym razem uderzenie jakie spadło na jej policzek było znacznie silniejsze, więc zapobiegawczo zakryła się przed kolejnym. To rozwścieczyło Hadriana jeszcze bardziej i to na tyle, że zacisnął dłoń w pięść. Zanim jednak wyprowadził cios, przyłożył nadgarstek do ust i zagryzł fałdę skóry. Tylko dzięki bólowi jaki poczuł, otrzeźwiał z gniewu na tyle, by rozłożyć dłoń. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby bił żonę z pięści, to mógłby zrobić jej poważną krzywdę. Z otwartej ręki jednak sobie nie żałował i już po chwili zupełnie nie obchodziło go to czy uderzenia spadają na twarz, głowę, ręce czy brzuch i ramiona.
Clara nie pozostawała mu dłużna. Znalazła w sobie siłę, by kilka razy kopnąć go w brzuch, dopóki nie obezwładnił jej nóg swoim kolanem. Dosięgnęła też paznokciami do twarzy Hadriana, mocno ją przy tym zadrapując, ale tym sprawiła jedynie, że lanie jakie otrzymywała przybrało na sile.
Zabijesz ją! – krzyknęła starsza kobieta i chwyciła męża wnuczki za ramię. Starała się go odciągnąć, ale doprowadziła jedynie do tego, że się wyprostował i przestał pochylać nad leżącą na kanapie żoną.
Nie wtrącaj się – syknął. – A ty może przypomnij sobie co przysięgałaś.
Też mi przysięgałeś – odpowiedziała Clara poprzez łzy, domyślając się, że Hadrianowi chodzi o przysięgę małżeńską. Poczuła jak słone smarki zmieszane z metalicznym posmakiem krwi wpadają jej do buzi.
Hadrian ponownie chciał się pochylić, nawet zaczynał się już zamierzać, ale starszej pani udało się wkroczyć dokładnie między niego a wnuczkę.
Uspokój się, na Boga! – krzyknęła na niego. – Co też za czort w ciebie wstąpił!? Przecież ty jej krzywdę zrobisz!
Mężczyzna szybko doszedł do wniosku, że ze starszą osobą nie wypada się szarpać i z nią przepychać, dlatego miał zamiar odpuścić, ale gdy tylko chciał to zrobić, to Clara krzyknęła niewyraźnie:
Zostaw go, niech zrobi, niech najlepiej zabije matkę dwójki swoich dzieci!
Zamknij się – polecił jej słabo, jakby już nie miał siły na wrzask.
Kawał gnoja jesteś – zdecydowała się powiedzieć, zmuszając samą siebie do tego, by brzmieć wyraźnie i zrozumiale.
Zamknij się, powiedziałem – powtórzył.
Oboje się uspokójcie. – Camila chwyciła Hadriana za obydwa ramiona i chciała go wypchnąć z pokoju, ale ten sobie na to nie pozwolił.
Zostaw mnie! – ryknął.
Kawał gnoja i skurwiela – oznajmiła Clara, dotykając zakrwawionej wargi. Czuła jak ta puchnie pod jej palcami.
Przestań go prowokować! – zwróciła wnuczce uwagę.
W tamtej chwili Alarcon poczuł złość i bezsilność, i obie były silniejsze niż kiedykolwiek. Zrozumiał, że nawet siłą i przemocą, nie zapanuje nad żoną i nie pozbawi ją własnego zdania, nie sprawi, że spokornieje. To jednak nie przekonało go do tego, by odpuścić. W głębi duszy cały czas się łudził, że mocniejszym laniem dałby radę przemówić jej do rozumu. Sięgnął więc dłońmi do skórzanego paska, który miał przy spodniach i zaczął go rozpinać.
Odsuń się – polecił i łypnął zdenerwowany spojrzeniem na babcie swojej żony.
Clara w tamtej chwili jakby czuła co się święci, więc niespodziewanie, co było zaskoczeniem dla niej samej, nabrała wody w usta i znowu nie była w stanie powiedzieć ani słowa. Patrzyła na szramy na twarzy Hadriana, które pozostały po jej paznokciach. Przyuważyła, że niektóre z nich lekko krwawią w kilku miejscach. Następnie zerknęła na pasek złożony w pół, który mocno ściskał w dłoni. Odsunęła się na tyle na ile pozwalało jej oparcie kanapy. Nie miała siły, by wstać i zacząć uciekać, ale w tamtej chwili niczego bardziej nie pragnęła.
Śmiesz się jeszcze ze mną wykłócać? – zapytał żonę. – Ty chyba nie wiesz co to znaczy dostać prawdziwy wpierdol – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Odwróć się albo przypierdolę tam gdzie trafię, a ty w końcu wyjdź i przestań się wtrącać – polecił zarówno Clarze jak i jej babci.
Nie wychodź. – Ruda złapała babkę za fragment spódnicy.
Camila westchnęła głośno, jakby była już zmęczona całą sytuacją.
Oboje się uspokójcie, dzieci. Nie można tak. Pozabijacie się nawzajem, przecie. Diabły jakie w was wstąpiły, czy co? – zapytała i ponownie chwyciła Hadriana za obydwa ramiona, by ten nie zrobił czegoś głupiego i znowu nie rzucił się na żonę. Zrezygnowała jednak z wypychania go z pokoju. Zamiast tego sięgnęła do paska, który mężczyzna trzymał w dłoni. – Odłóż to, synek, zanim naprawdę krzywdę jej zrobisz. Przecież ty ją zabijesz. To twoja żona jest. Nie chcesz jej chyba zabić, prawda?
Alarcon poczuł jak jego oczy zachodzą łzami, a potem namacalna stała się też wilgoć na policzkach. Potrząsnął głową, co znaczyło tyle co „nie” i zdecydował się odejść. Chciał odwrócić się na pięcie i w samotności wyjść z mieszkania, ale usłyszał tupanie małych nóżek, wciśniętych w dziecięce trzewiki, a następnie zgrzytnięcie klamki od drzwi wejściowych. Wsuwając pasek z powrotem do szlufek spodni, wyszedł córką naprzeciw.
Tatko? – zdziwiła się, ale też ucieszyła mała Aurora.
Dzień dobry, aniołku – powiedział do niej i przyklęknął na jedno kolano.
Amelia wykorzystała okazję i od razu przysiadła na drugim kolanie ojca.
Tobie też dzień dobry. – Musnął młodszą o dwie minuty córkę w policzek.
Mamy w domu kota? – zapytała się rezolutnie Aurora. – Podrapał ci buzię – zauważyła.
Hadrian mimowolnie uśmiechnął się na wzmiankę o kocie, bo przypomniał sobie, że każdy mężczyzna w miasteczku, którego twarz, szyja lub ręce były podrapane właśnie kotem się wymawiał. W rzeczywistości nie było jednak żadnego Mruczka, były za to żony i matki, ewentualnie córki.
Nie zdejmujcie butów ani pelerynek. Pójdziemy na spacer – oznajmił dziewczynkom.
My dopiero wróciliśmy ze spaceru. – Blondyneczka stojąca przed nim rozłożyła ręce w geście bezsilności, ale też w taki sposób, jakby chciała ojcu wyłożyć, że powiedział coś bardzo niedorzecznego.
Wróciłyśmy – poprawił ją mimochodem. – To pójdziemy jeszcze raz, tym razem do ciastkarni po jakieś ciastka i ciasto – zaproponował.
I po bezy dla mamy? – zapytała ucieszona czterolatka.
Tak, i po bezy dla mamy – odpowiedział z niezwykłym smutkiem w głosie.
To cudownie, to ja tak chcę! – wykrzyknęła, kręcąc się wkoło.
Granatowa polarowa pelerynka jaką miała na sobie zaczęła podnosić się do góry pod wpływem tego kręcenia.
To idziemy – zadecydował i wstał, biorąc Amelię na ręce. Przed Aurorą otworzył drzwi. – Gaduła przodem – oznajmił i poczekał aż dziewczynka zejdzie na pierwszy schodek niewysokiego progu, który mieli przed drzwiami. W ostatniej chwili zdjął jeszcze marynarkę z wieszaka, zdając sobie sprawę z tego, że na dworze jest zimniej niż przypuszczał.

*Na zdjęciu jest Hadrian i mała Aurora.

2 komentarze:

  1. A wiec Pedro jest fajnym facetem ale strasznie nie odpowiedzialnym mam nadzieje ze gdy zostanie ojcem to sie zmieni gdyz przez jego postepowanie malzenstwo dlugo nie potrwa. Mimo ze jest lekkoduchem i sie za bardzo niczym nie przejmuje strasznie lubie jego postac ;) Pan policjant strasznie przesadzil moim zdaniem to ich prywatne sprawy nikt nie powinien byc swiatkiem ich klutni i mimo ze moge zrozumiec jego zdenerwowanie bo to normalne po takich informacjach jednak troche zle sie za to zabral. A pana Bosca ( chyba dobrze napisalam ) nie cieprie jak juz pisalam wkurza mnie jego osoba nie nadaje sie na merza i na ojca dzieci sie go boja a zone zdradza .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pedro to taki Antonio w wersji starszej o jakieś 20 lat :)
      Hadrian to Hadrian, porywczy gość.
      A pan Bosca nadaje się na męża, ale o tym będzie dopiero w kolejnym rozdziale, którego szybko nie opublikuję, gdyż najpierw chciałbym zakończyć "Paulinę" i też uruchomić pewny projekt.

      Usuń